Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

Kraina wiecznych fragów

Autor:sahugani
Korekta:Teukros
Serie:Twórczość własna
Gatunki:Akcja, Fantasy, Fikcja, Przygodowe, Science-Fiction
Uwagi:Przemoc
Dodany:2008-03-22 11:13:57
Aktualizowany:2008-03-22 11:13:57


Moje to jest i nie kopiować bez pozwolenia, bo tego kto to zrobi dosięgnie klątwa impotencji, ewentualnie syfilis.


"Nie ma dni - ha! Nie ma nocy!

Jest krzyk i morze przemocy..."

Sweet Noise i Peja "Jeden taki dzień"


Obudziłem się. Zanim jeszcze otworzyłem oczy zastanawiałem się, co ze mną zrobili. Poczułem nieprzyjemny ból przeszywający mniej więcej cały tułów. - Znowu mnie na coś nadziali - pomyślałem. Kiedy moje narządy odpowiedzialne za zmysł wzroku były już aktywne, upewniłem się w swoich przekonaniach. Byłem nabity na pal. Ze zrezygnowaniem przewróciłem oczami.

Trochę to bolało, kiedy tak wsuwałem się w górę by w końcu się z niego wydostać, ale co tak naprawdę ból mi zrobi? Nic. Więc to nie miało znaczenia. Ale tylko dla mnie. Spojrzałem na tysiące innych ludzi, którzy byli w takiej sytuacji, jak ja przed chwilą. Krzyczeli z bólu, przeklinali Boga, Szatana i wszystko, co się dało. Niesamowicie cierpieli: mężczyźni, kobiety, dzieci. Kiedyś mnie nawet ten widok ruszał, ale z czasem znieczuliłem się. - Trzeba było dobrze żyć, póki mieliście na to czas. - pomyślałem i odwróciłem się.

Myślę, że czas wprowadzić czytelnika dokładniej w zaistniałą sytuację. Nazywam (nazywałem) się Wojciech Żółkowski. W roku 1998 roku umarłem na raka mózgu. Zanim jednak to się stało byłem szczęśliwym mężem i ojcem. I graczem... Oczywiście rodzina była w moim życiu najważniejsza i zrobiłbym dla jej dobra wszystko, ale miałem także inną pasję - gry komputerowe, a szczególnie Quake. Jako pracownik firmy informatycznej miałem dostęp do komputerów cały czas i jakoś tak się stało, że od gier się uzależniłem. Nie zaniedbywałem przez to rodziny, ale zdarzało mi się całą noc spędzić na grze. A następny dzień chodzić śnięty...

Rok 1998, dzień - 5 luty. Od trzech już prawie miesięcy cieszyłem się Quakiem 2, a od początku tego dnia - urodzinami mojej córki Uli. Kupiłem mojej ośmiolatce wielki domek dla lalek z całym wyposażeniem. Wykosztowałem się na to trochę, ale była (nadal jest) oczkiem w głowie tatusia, więc jej mogłem zafundować wszystko.

Cała rodzina była zebrana na przyjęciu urodzinowym małej. Nie lubiłem takiego cukierkowego klimatu przyjęć dziecięcych, ale to nie ja tam byłem najważniejszy. Ula właśnie miała zdmuchnąć swoje osiem świeczek na torcie, ja natomiast trzymałem w dłoniach aparat, gotowy do sfotografowania tego ważnego wydarzenia. I nagle zrobiło mi się czarno przed oczami. Chyba straciłem równowagę...

Obudziłem się w szpitalu. Przy łóżku siedziała zapłakana moja żona - Dorota. Długo nie dało się zrozumieć, o co jej chodzi. W końcu jednak pojąłem. Padłem tam na środku pomieszczenia bez przytomności, a potem dostałem drgawek.

- Padaczka?! - zapytałem przerażony.

- Nie - odparła bardzo cicho.

Odetchnąłem z ulgą.

- Więc co? - dociekałem z uśmiechem na ustach.

Dorota wybuchła płaczem. Gdyby zrobić wtedy nagranie mojej mimiki i puścić to w zwolnionym tempie, można by było zobaczyć wzorcowe przejście z uśmiechu do zatroskania.

- Rak mózgu. - powiedział stanowczo lekarz, który właśnie wszedł do pomieszczenia.

Cała sytuacja stała się jasna. Od dawna cierpiałem na migreny, ale byłem święcie przekonany, że to od zmęczenia lub zbyt długiej pracy (taaa pracy) przy komputerze. A to był guz mózgu. Na dokładkę dowiedziałem się, że zostały mi może trzy miesiące życia.

Do końca praktycznie nie wychodziłem ze szpitala, umierałem w bólu i cierpieniach, ale nie sam. Wciąż była przy mnie rodzina. Nie podobało mi się to. Nie chciałem by patrzyli na moją agonię. Ale im później, tym mniej dałem rady powiedzieć, a ranić ich nie chciałem i tak, więc nie oponowałem. Jedyne, czego chciałem to sobie zagrać w Quake'a albo Quake'a 2.

W końcu umarłem.

Przebyłem długą świetlistą drogę wraz z innymi duszami by udać się na Sąd Boży. Chyba dość długo czekałem na swoją kolej, ale tutaj to nie ma znaczenia, bo coś takiego jak przemijanie nie istnieje. Podszedłem do postaci ubranej na biało, trzymającej złote klucze. Był to starszy mężczyzna ubrany na biało, siedzący aktualnie przy biurku.

- Bóg? - zapytałem trochę głupio.

- Jeszcze nie. - odparł mężczyzna - Jestem Piotr.

Spojrzałem na klucze. - Jak mogłem się nie domyślić!? - z niedowierzaniem pomyślałem i uderzyłem się otwartą dłonią w czoło. Apostoł zaczął:

- Byłeś dobrym człowiekiem. Niepozbawionym wad, ale reasumując wszystkie twoje uczynki kierowałeś się zawsze miłością i dobrem bliźnich. Niestety.

- Niestety co? - wtrąciłem się trochę niegrzecznie, ale zaskoczyło mnie to "niestety".

- Niestety kiedy włączałeś tę grę, stawałeś się bezwzględnym mordercą bez uczuć i za to nie mogę cię wpuścić do nieba.

Zatkało mnie na tyle, że nic mi nie przechodziło przez gardło, nawet śliny nie przełykałem. Święty kontynuował:

- Jednak zanim cię ześlę do piekła, jesteś upoważniony do dwóch jakichkolwiek życzeń. Spełnię wszystkie.

Szybko wiedziałem co wybrać. Odparłem:

- God Mode On i Give All?

I tak "wyposażony" trafiłem do piekła. Mogę więc wrócić do teraźniejszości...

Długo zastanawiałem się, jaką broń wybrać na dziś. W końcu zdecydowałem się na shotguna. Właściwie termin "dziś" ustalałem sobie sam. Od momentu, kiedy się budziłem, do momentu, kiedy szedłem spać. A spać chodziłem jak mi się nudziło. Tu nie było dni i nocy, niebo zawsze wyglądało tak samo (tu miejsce na link). Nie przynosiło to mi odpoczynku ani nic właściwie po za odłączeniem się na chwilę od otaczającej rzeczywistości. A w błogim stanie snu diabły lubią robić sobie ze mnie żarty. Krzywdy nie zrobią, ze względu na God Mode, ale co się pośmieją to ich. A ja tego nie lubię.

Przy stoliku nieopodal siedziały sobie cztery upadłe anioły i grały w karty. Wśród nich rozpoznałem Marchosiasza (tym razem miał ludzką postać). Kiedy mnie ujrzeli wybuchli głośnym śmiechem.

- Fajnie się dyndało? - zapytał jeden z nich.

- Wiesz, że jak w nocy chrapałeś, to za każdym razem, kiedy to robiłeś tryskała ci z nosa krew? - powiedział Marchosiasz.

Wywołało to kolejny wybuch entuzjazmu. Patrzyłem na nich zniesmaczony. Kiedy trochę się uciszyli, rzekłem nie podnosząc wzroku:

- A wiecie jak wygląda sałatka z buraków?

- Nie. - odpowiedział któryś z nich.

- Mniej więcej tak. - po czym rzuciłem między nich granat.

Po czym oddaliłem się spokojnie nie zwracając uwagi na wybuch i ich walające się wokoło flaki. Oczywiście nie pozbyłem się ich na zawsze, bo tak się nie da, ale tak jak mnie denerwują ich żarty, tak ich moje bronie.

Niszczenie, zabijanie i ogólnie robienie krzywdy było jedynym, co sprawiało mi tutaj przyjemność. Nie zapominajmy, że jestem w piekle. Co prawda czasami już mnie to nudziło i brak mi było takiego cukierkowatego klimatu, jakiego nienawidziłem jeszcze żyjąc. Kiedyś znalazłem pluszowego, różowego króliczka walającego się gdzieś po ziemi. Skojarzył mi się z zabawkami mojej córki i rozpłakałem się. Tak za nimi tęskniłem, ale jednocześnie tak nie chciałem ich spotkać. Oznaczałoby to dla nich wieczne cierpienie. Nie mogłem sobie wybaczyć tego, że uciekałem się w świat brutalności, bo niby tego właśnie brakowało w moim życiu. Teraz nie brakuje mi tego, mam wręcz nadmiar. A brakuje mi miłości, dobroci, zrozumienia. Tak, tak tych wszystkich "pedalskich" słówek i czynów, które mnie za życia denerwowały. Tak chciałbym móc cofnąć czas. Płakałem i przytuliłem tą maskotkę. Wtedy wybuchła. To był kolejny dowcip diabełków. Jak później dorwałem sprawców to chyba im powyrywałem nogi (nie pamiętam dokładnie).

Tak więc szedłem bez celu, jak zawsze od tych prawie już dziesięciu lat. Wsparłem swoją strzelbę na ramieniu, spuściłem wzrok i starałem się nie myśleć o niczym. To było trudne, kiedy mija się kotły z wrzącą smołą pełne ludzi, brutalne biczowania, mężczyźni i kobiety poprzyczepiani do najróżniejszych narzędzi tortur, które przebijają zdecydowanie te średniowieczne. Czułem najgorsze smrody, jakie się da, potężniejsze chyba ze sto razy od tych ziemskich. Do tego nie da się przyzwyczaić. Podniosłem wzrok na to zachmurzone, pomarańczowe niebo jakby szukając nadziei. Ale jej tu nie ma, wyprowadziła się dawno temu na rzecz swojej siostry beznadziei.

Nagle usłyszałem za sobą kroki. Bez wahania wystrzeliłem swoim shotgunem za siebie. Ktokolwiek to był, na pewno chciał mi zrobić krzywdę. Tu nie ma lekko. Nawet jak idziesz po truskawki (tak, w piekle są truskawki, trujące, ale są) prawie na 100% zostaniesz zaatakowany, co mi akurat nie robi problemu tylko trochę irytuje.

Dopiero po chwili odwróciłem się. Był to Marchosiasz, już widocznie poskładał się po wybuchu granatu. Myślałem, że jako wielki wojownik, będzie się chciał teraz mścić.

- Ten tekst z sałatką z buraków był niezły. - zaczął z uśmiechem.

- Bo jesteście buraki. - odparłem czekając na atak.

- Nie dokazuj koleś. - zdenerwował się upadły anioł - Przyszedłem ci powiedzieć, że masz zaproszenie od samego Szatana.

- A niby, dlaczego mam ci wierzyć? - zapytałem.

- Możesz nie wierzyć, jak nie chcesz, ale co masz do roboty? - opryskliwie rzekł Marchosiasz.

- Taa?

Odpaliłem mu jeszcze raz w twarz tak, że pozbawiłem głowy i poszedłem w kierunku siedziby "szefa". W środku nigdy nie byłem, tylko przechodziłem obok. Strasznie tam śmierdziało i cierpiący ludzie zbyt głośno jak na mój gust krzyczeli, więc nie wracałem tam często. Z początku mnie to strasznie dołowało, ale w końcu zacząłem do tych ludzi czuć pogardę. Tacy wielcy męczennicy... Trzeba było uważać na swoje uczynki i słowa za życia albo pocierpieć chwilkę wtedy, to teraz mielibyście luzik. Ja się nad sobą nie użalałem nigdy, bo wiem za co tutaj jestem.

Było już widać zamek Szatana. Tuż nad nim kłębiły się chmury z piorunami. Miało chyba wyglądać klimatycznie, a było tandetne. Przynajmniej według mnie. Pod drodze znalazłem jeszcze jakąś zimową kurtkę. - To pewnie pozostałość po tej akcji z kibicami Interu... - pomyślałem. Jeśli czytelnika interesuje cała ta sytuacja, to odsyłam do tekstu pomiędzy gwiazdkami, jeśli nie, śmiało można pominąć.


***

Dwóch kibiców Interu po wypadku zginęło i trafiło do piekła. Ale byli oni specyficzni. Nie cierpieli z powodu tutejszych upałów tak jak cała reszta. Im było zimno! Podszedł do nich diabeł i zapytał:

- A co wy tak trzęsiecie się?

- A bo nam zimno!

- Zimno?!

Za zgodą Szatana podwyższono temperaturę w piekle kilkakrotnie. To było okropne, sam ledwie wtedy chodziłem. Ale na szczęście nie trwało to długo, bo:

- Wy dalej się trzęsiecie?! - zapytał poirytowany diabeł.

- No bo nam dalej zimno! - odparli.

Na radzie u Szatana ustalono, że wszyscy w piekle muszą cierpieć niewyobrażalne męki, więc temperaturę obniżono. W piekle na jakiś czas zapanował niewyobrażalny chłód. Lodowce, śniegi, mrozy i kolejne męki dla wszystkich tutaj.

Tymczasem obaj kibice biegali po lodzie i podskakiwali ze szczęścia. Zdenerwowany Szatan sam ich zapytał:

- O CO WAM CHODZI?!

- To Szatan nie słyszał... Jak w piekle spadnie śnieg to znaczy, że Inter wygrał mistrzostwo!

Obaj zostali zamknięci w kinowej sali "Milan i jego sukcesy", a wszystko w piekle wróciło do normalnego stanu rzeczy.


***

Podszedłem do fosy. Nikt nie zamierzał opuścić zwodzonego mostu, więc postanowiłem użyć rocket-jumpa. Dla niewtajemniczonych - skoczyłem i po chwili strzeliłem sobie pod nogi rakietą, jej wybuch przedłużył zdecydowanie mój lot. Tak też trafiłem na miejsce.

Otworzyłem drzwi i wszedłem do pomieszczenia. Na kanapie siedział sobie Lucyfer, jadł kanapkę i oglądał telewizję. Kiedy mnie zobaczył, strasznie się poruszył i z pełnymi ustami rzekł:

- Szef już na ciebie czeka, tam w pokoju obok!

- Co oglądasz? - zapytałem przechodząc przy nim.

- Jakiś program o grach komputerowych. Teraz to są na ziemi gry! - odparł zachwycony.

Przyjrzałem się. Faktycznie grafika powalała. Wszystko było tak dopracowane... bardzo to się zmieniło przez te dziesięć lat.

Ale poszedłem dalej.

Trzeba wyjaśnić, że z Lucyferem miałem dobre układy. Pewnego dnia mijałem się z nim i nie chciałem mu zejść z drogi na wąskim moście nad Rzeką Krwi. Oczywiście doszło do walki. Wyrwałem mu wtedy rękę i jak się okazało, byłem pierwszą osobą, która zdołała skrzywdzić pupilka Szatana. Od tego czasu ma szacunek do mnie i z nim jednym już nie walczę.

Wszedłem do pokoju Szatana. Siedział na wielkim tronie zbudowanym z ludzkich kości. Było to tak przerażająco tandetne, że aż się uśmiechnąłem. On także uśmiechnął się na mój widok.

- Witam Wojtek, mam dla ciebie prezent. - rzekł.

- Co konkretnie? - zainteresowałem się.

- Jesteś wyjątkową postacią i zdobywasz szacunek personelu. Niebywałe! Wiem, że tęsknisz, za rodziną i chciałbyś ją zobaczyć. Umożliwię ci to. Dostaniesz takie ładne lustereczko, które pokazuje dowolną osobę, którą kochasz. - po czym podał mi ów magiczny przedmiot.

Spojrzałem. Moim oczom ukazała się ładna, młoda dziewczyna. Zastanawiałem się chwilę, kto to jest. W końcu poznałem. To była moja Ula! Łzy ciurkiem płynęły mi z oczu. Ale co ona robiła?

Była cała zapłakana i wpatrywała się w swój lewy nadgarstek. W prawej dłoni trzymała nóż...

- CO ONA ROBI?! - krzyknąłem.

- Życie ją przytłoczyło. Za dużo niepowodzeń, zła i mała zrezygnowała. A do tego nie ma tatusia, który by się nią zajął... Cóż, jeśli zrobi to, co zamierza, to się spotkacie! - powiedział spokojnie Szatan, po czym zaczął się chamsko śmiać.

- Ale ja na to nie pozwolę? - prawie wyszeptałem.

Trzymając mocno lusterko w dłoni, wybiegłem z pokoju, później budynku. Wiedziałem doskonale, gdzie jest wejście (więc i wyjście) do piekła. Nikt nie miał tam dostępu, było doskonale strzeżone przez hordy diabłów, ale mało mnie to teraz obchodziło. Dwie wyrzutnie rakiet w ręce i do dzieła.

Podbiegłem do zaskoczonego oddziału i wywaliłem serię rakiet. Ich ciała wybuchały, zanim zdążyli się ruszyć. Biegłem przed siebie. Wciąż strzelałem. Krew i flaki obkleiły mnie całego, do tego stopnia, że nawet widziałem jakoś tak na czerwono.

Po przebiciu się przez oddziały "pionków" dotarłem w końcu do ekipy samego Belzebuba. Skończyły mi się rakiety, więc wyciągnąłem karabin maszynowy. Nie patrzyłem gdzie - strzelałem. Rzucali się na mnie kolejno, gryźli, kopali, cięli swoim broniami. Nie ruszało mnie to. Ich poobklejane we krwi resztki ciał przyczepiały się do mnie w agonalnym uścisku i ciężko było się posuwać naprzód, ale tempa nie zmniejszałem.

Nagle dostałem wielkim młotem w głowę. Upadłem na kolana. Nie minęła sekunda, a miałem na sobie chyba tysiące krwiożerczych upiorów. Gdzieś pomiędzy ich częściami zobaczyłem, że stoi przede mną Belzebub. Wstąpiła we mnie gigantyczna agresja. Wyjąłem trzy granaty i odczepiłem zawleczki. Wybuch pozbawił mnie "bagażu".

Zmieniłem szybko broń na piłę łańcuchową i rzuciłem się na Belzebuba. Wystawił on tylko ręce przed siebie. Nic to nie dało - przebiłem go na wylot i pobiegłem dalej.

Wielkie schody - mój cel. Już zacząłem piąć się na górę. Spojrzałem w to magiczne lusterko. Moja córka dalej płakała. Do pomieszczenia wszedł jakiś chłopak. Uśmiechnął się dziwnie. Biegłem dalej.

Nagle tuż przede mną w powietrzu ukazał się Szatan. Zza niego natomiast dało się zauważyć oślepiający blask. Zatrzymało mnie to. Starałem się zbadać, bo wywołuje ten blask. Było to wielkie oko. Usłyszałem dwa głosy mówiące jednocześnie to samo:

- Nie możesz tam pójść!

- Mogę! - krzyknąłem i wyjąłem granatnik.

- NIE! - ryknęli jednocześnie Najwyższy i Najniższy.

Gigantyczna siła zepchnęła mnie w dół. Z wielkim impetem wbiłem się kilka metrów w ziemię.

Byłem bezradny wobec tej siły. Ich wspólnej siły, która decyduje o nas.

Spojrzałem w to lusterko. Było pobite, nie działało. "Proszę cię, pomóż jej!" - skierowałem swoje myśli do chłopaka, którego widziałem z Ulą.


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pruszkov : 2008-03-23 21:32:48
    brak tematu

    Łał. Otwarte zakończenie, kapka humoru i... hmm, nie wiem co, ale chce się czytać. Po prostu 9/10. Bez argumantacji.

  • Skomentuj