Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Yatta.pl

Opowiadanie

Brave: Journeyman

Rozdział V

Autor:Setsuna
Serie:Warhammer Fantasy
Gatunki:Akcja, Dramat, Fantasy, Przygodowe, Romans
Uwagi:Przemoc
Dodany:2008-05-19 17:19:35
Aktualizowany:2008-05-24 22:00:01


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

W tym zgiełku nikt nie zauważył, jak z Genevieve wymknęliśmy się na taras. Tu, przy blasku Moorslieba, ująłem twarz Gen w dłonie. Patrzyliśmy sobie przez chwilę w oczy, po czym złączyliśmy usta pocałunkiem, w którym zawarta była cała nasza miłość i radość z tej chwili.

Wtedy usłyszeliśmy ciche kaszlnięcie. Obróciliśmy się. Na wejściu na taras stała Erwina Kreuzwiger.

- Erwi! - ucieszyłem się. - Nie widziałem cię jeszcze dziś. Myślałem, że nie przyszłaś.

Erwina podeszła bliżej.

- Wyglądacie wspaniale - powiedziała. - Kiedy tylko pierwszy raz opisałeś mi Genevieve, wydawało mi się, że trafiłeś dobrze. Teraz jednak widzę, że jest jeszcze lepiej.

- Dzięki tobie stało się to możliwe - odparłem. - I właśnie za to, chciałbym ci teraz podziękować. - To mówiąc, ucałowałem ją serdecznie, a po mnie uczyniła to Gen, również dziękując Erwinie.

- Czy to prawda, że wyjeżdżacie lada dzień? - spytała.

- Tak - odpowiedziała Gen. - Chaos może ruszyć na zachód w każdej chwili, a wtedy Imperium będzie potrzebowało każdego żołnierza. A my jesteśmy żołnierzami.

- Wiem. Nawet teraz, kiedy jesteście tak elegancko ubrani, to widać, że waszym przeznaczeniem nieprędko staną się cienie i blaski mieszczańskiej nudy.

- My walczymy właśnie po to, by ktoś mógł się w spokoju nudzić, prawda? - zwróciłem się do Genevieve.

- Prawda - odpowiedziała z uśmiechem. - Jakoś nie wyobrażam sobie ciebie, siedzącego nad książkami rachunków, jak twój ojciec.

- A ja ciebie przy kuchni lub uspokajającą dzieci. Od razu wyjęłabyś na nie miecz.

We troje roześmialiśmy się głośno.

- Cisza - powiedziała nagle Gen. - Bądźcie cicho i słuchajcie.

Niedaleko słychać było płacz dziecka i odgłos kroków kogoś biegnącego. Wtedy usłyszeliśmy krzyk.

- Ratunku! Moja córeczka! Zostawcie ją, potwory! Ratunkuuuu!!

Spojrzałem na Genevieve. Oboje zeskoczyliśmy z tarasu, na leżący pod nim stóg siana. Gen na szczęście zdjęła już tamtą suknię, a ta, którą teraz nosiła, nie krępowała już jej ruchów.

Otworzyliśmy wrota i trzymając w dłoniach obnażone miecze, otrzymane od Marii, pobiegliśmy w stronę, z której dochodziły krzyki i płacz dziecka. Po chwili ujrzeliśmy leżącą na ziemi kobietę.

- Co się stało? - spytałem.

- Moja córka... - Kobieta ciężko oddychała, ktoś ją musiał uderzyć. - Tam, tam ją zabrali. - Wskazała dłonią ulicę.

Rzuciliśmy się do biegu. Szybko usłyszeliśmy płacz dziecka i kroki, wskazujące na to, że ktoś biegnie. Sądząc z ich natężenia, biegnących było kilku.

- Stać - krzyknąłem. - Stać w imieniu cesarza!

Wtedy skręcili w boczną uliczkę. Deptaliśmy im po piętach, toteż wpadliśmy tam tuż po nich. Ulica okazała się ślepa.

Teraz była okazja, by przyjrzeć się ściganym. Było ich sześciu. Pięciu stało z przodu, zaś szósty trzymał w rękach niewielkie zawiniątko, z którego słychać było płacz dziecka. Wszyscy ubrani byli w długie, czarne płaszcze.

- Tylko dwóch - krzyknął ten z tyłu, który zapewne był przywódcą. - Zabić ich!

Wtedy ruszyli ku nam. Spojrzeliśmy jeszcze ku sobie porozumiewawczo i nasze miecze spadły na wrogów. Odrzucili płaszcze, które przeszkadzały im teraz w walce. Moje przeczucia okazały się prawdziwe. To byli czciciele Chaosu. Ich twarze bardziej przypominały twarze owadów. W miejscu normalnych oczu, mieli szerokie jamy, wypełnione setkami maleńkich oczu. Ich nosy były wąskie i długie, zaś usta kształtem przypominały ssawki. Ich skóra była pożółkła i pomarszczona, a gdzieniegdzie widać było zalążki chityny. Rozpoczęła się walka.

Okazało się jednak, że w szermierce byli równie sprawni, jak w bieganiu. Ich początkowa przewaga, wynikająca z liczby, stopniowo malała. Nowe miecze okazały się wspaniałą bronią. Cięły gładko, zaś w walce tańczyły w dłoniach, niemal odgadując nasze myśli. Uzbrojeni w krótkie miecze i zakrzywione sztylety, kultyści padali jeden za drugim. Myliłby się jednak ten, który pomyślałby, że było to łatwe starcie. Ci, którzy mieli sztylety, niewątpliwie potrafili nimi walczyć i tylko długość naszych kling, trzymała ich krzywe ostrza z dala od naszych serc. Jednak ci, którzy mieli miecze, walczyli jak patałachy. Mieli pecha zwłaszcza, kiedy wpadali na Gen. Wiedziałem, skąd u niej ta furia. Wystarczyło, że raz usłyszała płacz dziecka, któremu Chaos chciał wyrządzić krzywdę. Teraz jej ubiór był brudny od brunatnej posoki tych stworów, a ona wciąż uderzała, każdym ciosem niosąc swą furię i śmierć wrogom.

Ostatecznie pozostał tylko ten trzymający dziecko. Stanął plecami do muru, trzymając sztylet blisko główki maleństwa.

- Nie zbliżajcie się! - rzucił z gniewem w głosie. - Nie zbliżajcie się albo mózgiem tego bachora udekoruję ściany!

Wciąż trzymałem miecz i zastanawiałem się, czy gdybym cisnął nim w jego łeb, to czy zginąłby, zanim zdążyłby zrobić dziecku coś złego. Jednak ryzyko było zbyt wielkie.

- Dobrze - powiedziała Gen. - Pamiętaj, że jeśli dziecku spadnie choć włos z głowy, to zadbam, byś umierał bardzo, ale to bardzo powoli!

- Ha, ha! Nic mi nie zrobicie! Mam dzieciaka!

- Słuchaj - powiedziałem. - Dam ci szansę. Oddaj nam dziecko, a my puścimy cię wolno.

Podniósł głowę.

- Puścicie wolno? Dobrze, ale przysięgnijcie mi to. Nie chcę niespodzianek.

- Co?!

- Dietrich, proszę - W głosie Gen słyszałem smutek. - Nie chcę, by temu dziecku coś się stało.

- Niech będzie. - Opuściłem miecz z rezygnacją. - Przysięgam, że jeśli to dziecko wróci do nas żywe, to nic ci nie zrobimy.

- Słuszny wybór. - Kultysta wydawał się być ukontentowany.

Podszedł do Gen i podał jej dziecko. Ona szybko odwinęła je ze szmat i stwierdziła, że dziecko jest żywe i wygląda dobrze.

- Teraz żegnam - powiedział tamten i wyszedł z uliczki.

Wtedy usłyszeliśmy charkot i po chwili kultysta cofnął się, tym razem ze sztyletem wbitym w gardło. Zakrztusił się, kaszlnął głośno i wymiotując własną krwią, upadł na ziemię. Bruk wokół niego zalała czerwona krew. Zza rogu wyłoniła się matka dziecka.

- Ja mu nic nie przysięgałam - powiedziała.

Genevieve oddała jej dziecko. Chwyciła je w ramiona.

- Ingrid, moja mała Ingrid - Łzy szczęścia płynęły kobiecie po twarzy - Dziękuję wam, możni państwo, dziękuję. Ingrid, nie płacz, już dobrze! - Z tymi słowami odeszła, tuląc do piersi dziecko.

Moją uwagę zwróciła natomiast krew tego kultysty. Nie była taka, jak u tamtych, była ludzka. Podszedłem i ostrzem miecza odsłoniłem jego twarz.

- Na Sigmara! - krzyknąłem - To przecież...

- Kto to? - spytała Genevieve.

- To Adolf Kreuzwiger.

- Kto to taki?

- Mąż Erwiny.

- A niech to! Ale to może znaczyć, że ona też...

- Tak, może ale nie musi.

Wtedy usłyszeliśmy kroki i odgłos stali. Nadchodził właśnie patrol straży miejskiej.

- Hej - zawołałem. - Tutaj!

Strażnicy podeszli. Było ich pięciu. Na widok tego, co zostało z jatki, jaka miała tu jeszcze przed chwilą miejsce, dwóch strażników cofnęło się.

- Co tu się stało, na Ulryka? - spytał dowódca.

- To kultyści Chaosu - odpowiedziałem. - Porwali dziecko jakiejś kobiecie na ulicy. Usłyszeliśmy odgłosy i ruszyliśmy w pościg. Efekt pan widzi.

- Paskudztwo! Dziękuję państwu za to. Ostatnimi tygodniami coraz częściej to plugastwo atakuje otwarcie. Już nie nadążamy.

- Wyroili się, czy co?

- Wojna. Armie Chaosu napierają na granice, a wojna trwa już w najlepsze w samym sercu kraju.

Swym powrotem na wesele, wzbudziliśmy sensację. Weselnicy stali w drzwiach, gdyż Erwina zaraz po tym, jak ruszyliśmy do walki, wybiegła na salę i zaczęła krzyczeć. Sporo czasu zajęło, zanim ktoś zrozumiał, o co jej chodzi.

Teraz przyszliśmy. Nasze ubrania, a zwłaszcza Gen, były skąpane w posoce mutantów, a z naszych mieczy wciąż skapywała brunatna ciecz. Wyglądaliśmy, jak byśmy wracali z pola bitwy.

Kiedy w końcu do wszystkich dotarło, co się stało, pozwolono nam w spokoju przebrać się. Następnie odszukałem Erwinę.

- Erwi? - spytałem. - Gdzie jest twój mąż?

Odwróciła się od okna.

- Miał dziś ważną transakcję i nie mógł przyjść.

- Transakcję w nocy?

- Nie, wieczorem.

Podszedłem bliżej.

- To nieprawda, co?

Spojrzała na mnie. Z wyrazu jej twarzy rozumiałem, że jest zaskoczona. Wierzyła w to, co powiedziała przed chwilą. Mogłem założyć, że była niewinna.

- Jak to nieprawda? O co ci chodzi?

- Erwi - powiedziałem. - Musisz być silna...

- Silna? Czy coś się stało?

- Twój mąż nie żyje.

Teraz musiałem zwrócić szczególną uwagę na jej zachowanie. Spojrzała mi w oczy.

- To nieprawda - powiedziała tonem, który zdradzał jednak wątpliwość.

- On nie żyje. Sam widziałem jak zginął.

Stała jakby była z kamienia. Ale tylko przez chwilę. Zaraz potem wybuchła płaczem. Pozwoliłem jej oprzeć się o mnie i wtulić. Po chwili spytała:

- Jak to się stało? Powiedz!

Wszelkie oszukiwanie jej, nie miało już sensu.

- Twój mąż był czcicielem Chaosu. Próbował porwać dziecko, by złożyć je w ofierze swym bogom. Zabiliśmy z Genevieve jego wspólników, a jego zabiła matka dziecka.

- Zostaw mnie, proszę - powiedziała. - Chcę stąd odejść.

Skierowała się ku wyjściu. W pierwszej chwili chciałem iść z nią, ale czasem w takich chwilach ludzie wolą być sami. Bez słowa przecisnęła się przez tłum i wyszła.

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu

Brak komentarzy.