Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Yatta.pl

Opowiadanie

Beneath my pillow

Rozdział V cz.2

Autor:problematic-child
Korekta:Teukros
Serie:Naruto
Gatunki:Dramat
Dodany:2009-02-19 14:59:06
Aktualizowany:2009-02-19 14:59:06


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Doskonale pamiętał pierwsze chwile, dni i miesiące po stracie wzroku. Na samym początku, nim pozostałe zmysły wyostrzyły się na tyle, by zrekompensować stratę tego najbardziej prozaicznego, używanego najczęściej i najbardziej potrzebnego, był jak dziecko pozostawione za karę w ciemnym, pozbawionym okien pokoju. Dziecko, które wie, że nie może już polegać na swoich oczach, a jednak usilnie pragnie ich wciąż używać. Mądre ciało zaczyna adaptować się do nowych, niesprzyjających warunków, instynkt wyostrza się jeszcze bardziej, podejrzliwy słuch w najmniejszym poruszeniu liści na drzewie upatruje zagrożenia, węch próbuje rozpoznawać rzeczywistość pomalowaną tysiącem zapachów, dotyk urabia świat na nowo, jak glinę, tworzy z niego surrealistyczną rzeźbę pełną nienaturalnych łuków, wykrzywień i wynaturzeń, owiniętą blaknącymi obrazami przetrzymywanymi w martwej źrenicy, jak błyszczącym, szeleszczącym papierem.

Nagle przestał być sobą, a stał się tym, co znajdowało się w zasięgu pozostających w nieustannej gotowości dłoni. Zlepił się z każdym fragmentem powietrza wciąganego do płuc i wypełnił swoją głowę kakofonią dobiegających zewsząd dźwięków, jeszcze wyraźniej, jeszcze dokładniej niż kiedyś.

Mimo wszystko dziecko zawsze ma nadzieję, że wraz z upływem czasu (na samym początku czas rozmył się, zwarty w kategoriach ciepło - dzień, zimno - noc) rodzice wrócą, otworzą drzwi, wpuszczą do środka słońce, najlepiej dużo słońca, albo chociaż zapalą lampkę nocną. Wystraszą potwory, które wyczołgują się spod poduszki, czekając tylko, by swoimi zacisnąć chłodne łapska na ciepłych, pulsujących uderzeniami serca przegubach nadgarstków i wciągnąć dziecko w jakąś nieznaną, przerażającą głębinę, do której nikt dotąd nie wchodził. Rodzice obiecają przy tym, że już nigdy, przenigdy więcej nie zapanuje ciemność i wycierając wylewające się z oczu upokorzenie, strach i ulgę jednocześnie, zabiorą je do dawnego, znanego świata.

Itachi nie miał już rodziców, nie był też dzieckiem, a jego pokoju nie dało się już oświetlić w żaden możliwy sposób.

Próbowała udawać, że to przeciągające się milczenie nie robi na niej wrażenia. „Żeby widzieć tak, jak ty”, też mi coś - znowu skarciła się w duchu. „Równie dobrze można by było powiedzieć : żeby nie widzieć niczego” - burknęła buńczucznie kunoichi, trwająca bacznie na posterunku, zawsze gotowa do opatrzenia sytuacji odpowiednim komentarzem. Tyle tylko, że tym razem nie miał racji. Różnica była i Sakura doskonale o tym wiedziała. Jakkolwiek oczy Itachi'ego nie były zdolne już do zaobserwowania czegokolwiek, to ciągle poznawał otaczającą go rzeczywistość.

Czasami miała ochotę poprosić go, by na nią spojrzał. By chociaż raz na nią popatrzył.

„Spójrz na mnie, Itachi” - powtarzała to zdanie w głowie, dziwnie gorączkowo, dziwnie natarczywie. Niespodziewane, nieoczekiwane pragnienie stania się fragmentem jego rzeczywistości, kimś zaakceptowanym, bo poznanym, bo nakreślonym za pomocą pozostałych zmysłów. Nie chciała być tylko zarysem, niewyraźnym konturem, cieniem przychodzącym od czasu do czasu z lekarstwami i sprawdzającym wyćwiczonym ruchem temperaturę pacjenta.

To były idiotyczne, głupie pragnienia i sama doprawdy nie miała pojęcia, skąd takie myśli się u niej brały.

Mimo wszystko za takie spojrzenie niekiedy mogłaby naprawdę wiele oddać.

Czasami miał wrażenie, że wyrzuciła z pamięci najbardziej podstawowe zasady życia ninja. Jak czujność na przykład. Tak, zupełnie jakby specjalnie blokowała wszystko to, co łączyło się z jej dawnym życiem. Wyłączała się zupełnie niespodziewanie i ignorując świat zewnętrzny, zatapiała się we własnej mikrosferze gdzieś wewnątrz swojej głowy. Dlatego nie zdziwił się szczególnie, kiedy zupełnie zignorowała to, że przeszedł kilka kroków i stanął tuż za nią. Dopiero kiedy się odezwał, spokojnie i cicho jak zawsze, wstrząsnął nią dreszcz i gwałtownie się poruszyła, chcąc się obrócić. Nie pozwolił jej na to.

- Żeby widzieć tak, jak ja, musisz zaufać swoim uszom. - Niespodziewany szept tuż przy jej uchu sprawił, że prawie podskoczyła. Kiedy, na boga, udało mu się stanąć tak blisko i jakim cudem tego nie zauważyła? Momentalnie odczute ciepło, którego centrum znajdowało się w lędźwiowej części kręgosłupa, rozchodzące się na całe ciało, a raczej jego źródło stało się całkiem jasne. Wraz z każdym oddechem klatka piersiowa to stykała się, to odsuwała od jej łopatek, a wypowiedziane słowa poruszyły założonymi za uszy włosami, połaskotały szyję i otarły się ciepłym podmuchem o kości policzkowe. W pierwszym odruchu chciała odwrócić się, otworzyć zaciskane dotąd powieki i spojrzeć na niego znowu, tym razem stojącego nietypowo blisko. Czując jednak opór, pozostała w tej samej pozycji.

Słuch. A więc to właśnie zaczyna ewoluować pierwsze, zaraz po tym, jak padnie zmysł wzroku. Słuch, który pozwala łowić coraz więcej, rozpoznać dźwięki, których wcześniej nie słyszano lub na które nie zwracano uwagi, mimo, iż ich nadawców nie da się już zobaczyć. Z drugiej strony, może dzięki temu każde wypowiedziane słowo posiadało niezwykłą siłę, magiczną wręcz moc, skoro była to jedyna rzecz, jakiej można się chwycić w kontakcie z drugim człowiekiem.

No, prawie jedyna.

Obecność czegoś nowego w zlewie rozpoznała po podniesieniu się poziomu wody. Zanurzonej aktualnie prawie już po łokieć ręki dotknęła inna, która powoli zjechała w dół i w końcu złapała wierzch dłoni Sakury.

Sytuacja stawała się coraz dziwniejsza. Przyciśnięci do siebie, stykający się przedramionami i ramionami, oddychający w tym samym tempie, trzymający się za ręce. Oparł brodę o czubek jej głowy. Leciuteńko, prawie niezauważalnie, ledwie czuła ciężar. Ale jednak.

- Musisz zaufać dotykowi, swoim dłoniom. - Kolejny szept, znów bardzo blisko, znów wypowiedziany spokojnym, pozbawionym emocji tonem. Albo po prostu to ona nie umiała tych emocji znaleźć, rozszyfrować ich.

Powoli przesuwał jej, a zarazem i swoją dłonią po stalowym dnie. Kiedy jego dłuższe palce natrafiły na naczynie, przyciągnął je pod opuszki Sakury. Poruszył nimi najpierw po samej krawędzi przedmiotu, a później sprowadził dalej, do jego środka.

Aha. Głęboki talerz.

Pewniejszym już ruchem, czując nietypową asekurację, chwyciła w dłoń naczynie i szybko wyciągnęła je z wody. Usłyszała plusk wpadających z powrotem kropli, poczuła zimne uderzenie powietrza wychładzające zanurzone przez pewien czas w cieple ręce. Nie cofnął swojej, a ona nie otwierała wciąż oczu.

- Pamięć. Wspomnienia. Wszystko to, co kiedyś zarysowało się w twojej głowie, będzie Cię teraz prowadzić.

Przeniósł ich dłonie wraz z talerzem trochę na prawo. Dociśnięte do siebie dłonie zawisły gdzieś w nieokreślonej przestrzeni. Sakura wytężyła umysł, by przypomnieć sobie, jaka odległość dzieli zlew od wolnego miejsca na blacie, gdzie dotąd ustawiali naczynia.

Tylko trochę. Tylko troszeczkę.

Nie pomagał jej, nie nakierowywał. Po prostu trzymał swoją dłoń na jej dłoni, jak twardą, nieustępliwą podporę, wsparcie przez samą obecność. Nawet wtedy, gdy niechcący uderzyła talerzem o krawędź blatu, nie zareagował. Może dlatego nie spanikowała, nie otworzyła oczu, żeby sprawdzić, czy przypadkiem niczego nie obtłukła. Naczynie znalazło się na swoim miejscu. Dopiero wtedy położył ich dłonie na zimnym, mokrym fragmencie zlewu, wystającym znad wody i piany.

Myślała, że coś powie. Nie, raczej miała nadzieję, że coś jeszcze powie, szczególnie teraz, kiedy tkwili bez ruchu tak blisko siebie. Chciała, żeby wytłumaczył jej wszystkie dźwięki, których dotychczas nie słyszała, a które teraz atakowały ją ze wzmożoną intensywnością. Żeby wyjaśnił jej, dlaczego krople wody wydają się zimniejsze, dlaczego ciepło dwóch stykających się ciał rozchodziło się powoli po jej ciele, docierając do czubków palców, przenikając do środka, do każdego organu, tkanki. Pragnęła, by swoim racjonalnym, apatycznym tonem podał powody, przykłady, a przede wszystkim skutki zmian, które niespodziewanie nastąpiły w jej psychice, zmian sprawiających, że czuła się zagubiona, niepewna, stąpająca po nieznanym, rozpadającym się gruncie.

Napięcie i cisza stawały się nieznośnie ciężkie. Rozdzieliła ich dłonie i powoli obróciła się, stając teraz twarzą w stronę Itachi'ego. Ciepło, które dotąd przenikało plecy, przeniosło się na przód jej ciała. Pochyliła twarz odrobinę do przodu, wciąż nie otwierając wciąż oczu; miała wrażenie, że przypadkowo musnęła fragment jego skóry. Oddech Itachi'ego, cichy i spokojny, wplątywał się we włosy Sakury, prześlizgując po czubku głowy. Zachowywał typowe dla siebie opanowanie, podczas gdy ona mogłaby przysiąc, że przyśpieszające pulsowanie jej krwi, jeszcze cieplejszej niż zwykle, da się usłyszeć w przepełnionej ciszą kuchni.

Wciąż milcząc i się nie odsuwając, Itachi podniósł tkwiącą dotąd na metalowym brzegu rękę i przyłożył ją powolnym, ale pewnym jak zwykle ruchem do policzka Sakury. Palcami drugiej podparł jej brodę i podniósł ją lekko do góry.

Nie otwierała oczu. Przez cały ten czas, chociaż momentami nie tylko ciało, ale też jakaś część jej osoby wołała głośno i żałośnie o przywrócenie wzroku, by móc w pełni przeżywać zaistniałą sytuację. Inna, ta większa i dominująca nie była jednak do końca pewna, czy byłby to najlepszy pomysł. Pomimo tego, że nie widziała Itachi'ego i nie mogła zobaczyć wyrazu jego twarzy czy ręki wędrującej w jej kierunku, stykającego się z jej własnym ciała zdawało jej się, że przez pozostałe, wyostrzające się zmysły odbierała i jego, i własne odczucia intensywniej, prawdziwiej, bardziej dobitnie. Tak, jakby nie stał przed nią, ale znajdował się wszędzie wokół jej ciała, otaczał ją, wypełniał do granic pozostałą przestrzeń, pochłaniał całkowicie, zagęszczał sobą powietrze opływające jej sylwetkę. Czuła go na opuszkach palców, w żyłach biegnących wzdłuż dłoni, pędzących gdzieś w okolice serca. Pozwalała mu na to i, co najgorsze, nie chciała, by odszedł.

Lewa ręka Itachi'ego przeczesała włosy opadające na twarz Sakury. Zrobił to tak delikatnie, niezauważalnie prawie, jego palce wplotły się pomiędzy kosmyki, musnęły jedynie wysokie czoło i zniknęły tak szybko, jak się pojawiły. Prawa ręka przesunęła się w górę. Poczuła, jak duża, męska dłoń obejmuje jej twarz, podtrzymuje ją zupełnie tak, jak delikatna poduszka. Mimowolnie oparła na niej głowę. Poruszył lekko palcami, ale nie cofnął ręki. Położył tylko kciuk na zamkniętej powiece i zaczął głaskać ją subtelnie, to przeczesując długie rzęsy, to rozciągając lekko skórę. Woda z mokrych palców spływała po szyi Sakury, płatku ucha, pojedynczymi kroplami wyznaczała szlak na policzku.

Zupełnie jak łzy, których tak dawno nie roniła.

Nie interesowało jej, jak długo trwa ta dziwna scena. Itachi zresztą też nie zachowywał się nerwowo, nie okazywał irytacji czy zniecierpliwienia. Dotykał tylko jej młodej, gładkiej jeszcze twarzy, oparł podbródek na różowych włosach i milczał. Objął Sakurę lewym ramieniem, znowu delikatnie, bez krzty natarczywości. Może gdyby nie fakt, że wszystko odczuwała ze wzmożoną siłą, wcale by tego dotyku nie zarejestrowała.

„Ulecz mnie” ta myśl pojawiła się nagle w jej głowie, wypowiedziana silnym, zdecydowanym a jednak wciąż cierpiącym głosem. „Ulecz mnie, póki to jeszcze możliwe. Dopóki jesteś w stanie to zrobić. Dopóki jestem w stanie na to pozwolić.”

Względny czas przestał istnieć, zniknęła kuchnia, tak samo jak i reszta domu. Sakura miała poczucie, jakby przenieśli się zupełnie w inne miejsce. Nieznane jej, ale mimo tego bardziej przyjazne.

Przypomniała sobie niechcący kilka chwil intymności z Sasuke. Kiedy ją całował czuła się tak, jakby wznosili się w powietrze, odrywali swoje stopy od gruntu i szybowali w niewiadomym kierunku. Gwałtownie, czasem tkliwie, innym razem okrutnie.

Teraz stała mocno na ziemi, czując chłód posadzki. Itachi nie pocałował jej, nawet nie wyrażał takiej chęci. W jego zachowaniu nie było ani odrobiny zaborczości, co tak bardzo rzucało się w oczy w przypadku Sasuke. A jednak to tym razem, właśnie w tej chwili czuła się dziwnie bezpiecznie, dziwnie spokojnie. Jak w domu, do którego nie miała prawa powrócić.

Otworzyła oczy dokładnie w tym momencie, kiedy zniknął drobny ciężar z jej głowy, dłoń zsunęła się z policzka, a źródło ciepła, którym syciła się przez ostatni czas (minuty? Godziny?) odsunęło się odrobinę. Uderzyła ją feeria barw, oślepiające niemal światło. Zacisnęła i zmarszczyła nos, chcąc powstrzymać napływające do oczu łzy. Itachi stał naprzeciwko, majaczył jej przed nadwrażliwymi oczami jak czarna, wyrazista plama. Wyciągnęła dłoń przed siebie, czując zawroty głowy. W momencie, gdy opuszkami palców dotknęła miękkiego, cienkiego materiału, ręka Itachi'ego zacisnęła się na jej nadgarstku. Chwilę później przesunęła się wyżej i zatrzymała na przedramieniu. Nie miała pojęcia, skąd wiedział, jakie wsparcie jest jej właśnie potrzebne, ale uścisk nie zelżał dopóki nie była w stanie pewnie, już bez zdrowotnych komplikacji, ustać na własnych nogach. Dopiero wtedy cofnął rękę i wyszedł z kuchni, stąpając cicho, jak skradający się kot.

Chciała go zawołać, ale nieużywane przez pewien czas gardło odmówiło posłuszeństwa. Z ust Sakury dobiegł jedynie skrzekliwy, zachrypnięty głos, imię wypowiedziane żałośnie cicho, żałośnie bezradnie.

Nie wiedziała, czy usłyszał. Nie wrócił.

Próbując uspokoić dudniące serce, usiadła na podłodze, opierając się o szafkę i wpatrując w przeciwległą ścianę, dokładnie wycierała i tak już suche palce lekko wilgotną ścierką.

+

Kiedy przyszła do niego po raz kolejny, stanęła w drzwiach i przez kilka pierwszych minut wcale się nie poruszała, nie zdziwił się zupełnie. Tym razem nie udało się jej zaskoczyć Itachi'ego, postąpiła dokładnie tak, jak się spodziewał. Ciekawa z natury, wciąż zadająca pytania i tworząca na bieżąco kolejne po wcześniejszym incydencie z oczami, zapewne będzie chciała dowiedzieć się czegoś więcej, poznać sprawę z innej - być może jego - perspektywy. Nie spodziewał się jednak tego specyficznego zapachu oczekiwania, strachu, niepewności, odsłaniającej się powoli skóry zmieszanej ze znaną już, ładną wonią szamponu. Nie przypuszczał, że usłyszy jak dygocze, jak oddycha - płytko, niecierpliwie, tak, jakby nie mogła złapać tchu.

- Spójrz na mnie, Itachi. Chcę, żebyś na mnie spojrzał. - Żądanie wypowiedziane jasno, klarownie, zbyt zdecydowanie jak na nią, mimo, iż pobrzmiewały w nim nuty wahania i lekkiego wstydu.

Przypomniał sobie, jak ostatnim razem patrzył na nią w swój specyficzny, ślepy sposób. Musiał przyznać, że było to zbyt powierzchowne, zbyt niedbałe, zbyt fizyczne, chociaż oczywiście zachowywał się jak najbardziej dokładnie.

Itachi wiedział doskonale, o co prosiła go Sakura. Samotna, pozostawiona swoim demonom na pożarcie kobieta, ukrywająca się za fasadą uśmiechniętej, pogodnej lekarki. Świat wokół niej istniał według innych praw, wśród których elementy życia ninja nie figurowały. Cząstki zdewastowanej, odrzuconej psychiki również. Rzeczywistość mogła zaoferować jej jedynie płytkie, udawane życie, odcinające tępym, uporczywym, rozrywającym bólem wszystko to, co tak naprawdę ją tworzyło.

„Spójrz na mnie, Itachi. Spójrz na mnie, zjawo z przeszłości, która nie powinna się tu znaleźć. Przemijający człowieku, zrywające się połączenie z dawnym światem, z tym, kim kiedyś byłam - spójrz na mnie i po raz ostatni utwierdź mnie w przekonaniu, że jestem. Że istnieję naprawdę. Że nie zniknę jutro, pojutrze, kiedy znak trzymanej głęboko w szufladzie opaski zatrze się całkowicie, przytłumiony kurzem, zapomniany z każdym dniem coraz bardziej.”

Podszedł bliżej, słysząc doskonale, jak młode, zdrowe serce Sakury przyśpiesza.

Stykające się ze sobą ciała zaczęły od nowa, tak jak wcześniej, dzielić się ciepłem, jak jedyną rzeczą, którą posiadały. Pochylił się i dotknął wargami jej ust. Ciepłe, lekko spierzchnięte, odrobinę drżące. Opuszkami palców musnął delikatną skórę od piersi do biodra, gdzie znalazł kolejną, nieznaną jeszcze bliznę. Zatrzymał się na niej przez chwilę, porównując różnicę pomiędzy gładkim fragmentem biodra a tym naznaczonym szerokim pasem cieńszej, zapewne jaśniejszej skóry. Lekkie zgrubienia po założonych kiedyś szwach.

Lubił jej ciało. Chociaż nie mógł zobaczyć go w typowy sposób, postrzegał je za pomocą wrażliwych, czułych dłoni. Lubił je, miało znajome znaczenia, pamiątki po dawnym życiu, które było i jego udziałem, nieoczekiwane pieprzyki, rzadkie, ale odznaczające się, było ciepłe, było realne, prawdziwe, obok, blisko. Odpowiadało mu, mówiło do niego w sposób, jaki rozumiał, zadawało pytania i wołało o pomoc.

Ulecz mnie - szepnęła, kiedy odsunęli od siebie na chwilę gorące już teraz wargi. Odezwała się jako pierwsza, przełamała milczenie, ubarwiła ciszę, na którą składał się dotychczas tylko szelest ubrań i mieszanie się oddechów. Słowa wdarły się impetem do umysłu Itachi'ego, prośba zawirowała i powróciła, choć niewypowiedziana, to jednak brzmiąca jego głosem.

„Ulecz mnie, bo jeśli ty nie potrafisz, jeśli ty tego nie zrobisz, nic mi już nie pozostało. Jeśli mamy umrzeć, to odejdźmy w pełni sił, zamiast czołgać się jako cienie tego, kim kiedyś byliśmy”.

Ulecz mnie.

Pocałował ją znowu, intensywniej, z jeszcze większym niż wcześniej zaangażowaniem. Położył Sakurę na łóżku, a zapach niedawno pranej pościeli, nagiej skóry i jej szamponu wdarł się w płuca obietnicą i opatrunkiem.

Obudź mnie - odezwała się po raz drugi, kiedy trzymał ją już w ramionach, wtulającą się w jego tors, przeczesującą czarne włosy i przemierzając palcami ścieżkę wzdłuż jego kręgosłupa. Dobrze zbudowane, wciąż bardziej umięśnione niż pokryte tkanką tłuszczową ciało, takie kruche, takie delikatne, łatwe do zniszczenia, przygniecione jego ciężarem, ciepłe, jeszcze cieplejsze, doskonale instynktowne. Dopełniające, jak splecione nogi na wysokości jego bioder, miękkie uda, tworzące całość piękną, pełną, której nie należy naruszać. Jak jej ramiona, jak włosy, pomiędzy które wkładał palce.

Pocałował jej czoło, naznaczone wypiekami policzki, nabrzmiałe wargi, jeszcze raz, i kolejny. Poczuł, jak drży, kiedy złapał ją za dłonie i przycisnął je, rozłożone po obu stronach jej ciała do prześcieradła. Splecione palce zacisnęły się mocniej na jego knykciach, nie był więc do końca pewny, czy to ona trzyma jego, czy może jest odwrotnie.

Mówią, że ten rodzaj intymności pomiędzy kobietą i mężczyzną jest święty. Że jest doskonałym zespoleniem równie potężnych sprzeczności. Manifestacją życia, witalności, piękna i pasji w czystej postaci. Mówią, że potrafi być doskonałością, idealnym połączeniem, mieszanką sacrum i profanum w najlepszej postaci. Siłą, której nie sposób powstrzymać, miłością, której nie da się poskromić.

Nie dla niego. Dwójka splecionych ze sobą, spoconych ludzi zawsze bardziej przypominała mu hymn na cześć instynktów, pozostałości po nierozwiniętych do końca krewnych ze świata zwierząt niż obrządek sakralny. Nawet teraz nie zaryzykowałby górnolotnych, lirycznych określeń na to, jak Sakura gubi w pewnych momentach oddech, nie wymyśliłby oryginalnych określeń na zaciskające się mięśnie, paznokcie wbijające się, to powoli i stonowanie, to nieoczekiwanie i stanowczo w jego skórę. Nie mówiąc już o opisach ślizgających się po sobie z zadziwiającą łatwością ciałach, jeszcze niedawno zupełnie sobie obcych, teraz desperacko wysysających i obdarowujących się nawzajem gorącem i dotykiem. Jeżeli cokolwiek było tu naznaczone świętością i doskonałością, nie zauważył tego. Twarz Sakury, odciśnięta na jego palcach jak nowe linie papilarne, wydawała mu się ludzka aż do bólu. Może dlatego właśnie chciał poznać ją i zapamiętać jak najlepiej potrafił.

Nie zostało już dużo czasu. Wiedział o ty tak samo dobrze jak ona, zdawał sobie z tego sprawę nie posiadając całej tej medycznej wiedzy, która w kluczowym momencie i tak okazywała się nieprzydatna. Nie zostało już wiele czasu. Nie mógł powiedzieć, czy jutro znowu usłyszy jej głos, dostanie trochę środków przeciwbólowych, czy może ocknie się w nicości będącej przeciwwagą dla świata żywych. A może w ogóle się nie obudzi, tylko w ułamku sekundy przestanie istnieć? Po prostu zniknie, tak jak z dnia na dzień znikali wszyscy ludzie, których znał, tak, jak zniknął Shisui, klan, z takim samym niedowierzaniem, jak Sasuke. Nie wiedział, w co wierzyć, jaka ideologia jest prawdziwa. Nie miał ochoty się zastanawiać.

W tej chwili przecież o wiele ważniejsze było cisza pomiędzy nimi, wokół nich, przerywana tylko żądaniami Sakury. Tak dziwacznymi na pierwszy rzut oka, bo przecież zupełnie nie pasującymi do sytuacji. Tak nieprawdopodobnymi, bo prosiła go o rzeczy, których sam nie posiadał. Ulecz mnie, śmiertelnie chory człowieku, Obudź mnie, powoli zasypiający na zawsze.

Wskrześ mnie - poprosiła raz jeszcze.

Wskrześ mnie.

Skinął głową, doskonale ją rozumiejąc.

Zamierzam.

+++

Kolejne dni mijały, czas trwał w zawieszeniu - sama nie wiedziała, kiedy minuty zmieniały się w godziny, a te z kolei w doby. Zaczęła posługiwać się nowym zegarem, z zaznaczonymi godzinami podawania jedzenia, leków, kontrolnych badań. Żaden inny sposób odliczania czasu nie wchodził w grę, nie wtedy, gdy siedziała praktycznie nieustannie przy jego łóżku. Czasami tylko otwierała okno, by wpuścić trochę świeżego, czystego powietrza i wychodziła na taras rozprostować kości, usiąść na chwilę, oprzeć głowę o drewnianą belkę i słuchać. Na początku jeszcze wmawiała sobie, że interesuje ją głównie śpiew ptaków i dobiegający z oddali szmer wioski, śmiech przebiegających niedaleko domu dzieci. Dopiero po pewnym czasie zaakceptowała fakt, iż wśród tych wszystkich dźwięków obawia się, ale jednak szuka choćby jednego, świadczącego o tym, że coś niedobrego dzieje się w jego pokoju. Podrywała się wtedy natychmiast z miejsca i naglona strachem pojawiającym się znikąd wbiegała do domu, do pomieszczenia, w którym leżał i z cieniem paniki sprawdzała, czy wszystko w porządku. Wzdychała ciężko, widząc każdy grymas bólu na twarzy Itachi'ego. Przykładała ręce do spoconego czoła i powtarzała wyuczoną emisję czakry, gest, który wykonywała ostatnio stanowczo zbyt często.

Sakura wiedziała doskonale, że rozwiązanie sprawy, problemu, jak mówiła o tym kiedyś, na początku, jest już bardzo blisko. Choroba w zastraszającym tempie, właściwie nagle odznaczyła swoje piętno na Itachim. Miał zapadnięte policzki, niezdrowo bladą skórę. Nie otwierał już praktycznie oczu, a klatka piersiowa unosiła się i opadała rzadziej, bardziej spazmatycznie, bardziej boleśnie.

Zresztą, on sobie też doskonale zdawał z tego sprawę. W tych rzadkich momentach, kiedy udawało mu się ocknąć. Oczywiście, siedziała przy nim, to na łóżku, to na taborecie. Czasami pozwalała sobie nawet na złapanie go za rękę albo delikatne jej głaskanie. Odgarniała też czarne włosy przyklejające się do wilgotnej twarzy. Nie protestował. Odwracał tylko głowę w jej kierunku i milcząco akceptował jej obecność. Ścisnęła rękę Itachi'ego, trochę pokrzepiająco.

Już niedługo - szepnęła, bardziej do siebie niż do niego.

Odwzajemnił uścisk.

Wiem.

Był spokojny, dziwnie spokojny. Pomimo długiego (a może nie?) czasu spędzonego razem nie mogła się wciąż nadziwić temu stoickiemu podejściu, kompletnej akceptacji nadchodzącego w zawrotnym tempie losu. Przyzwyczajona była przecież do ludzi, którzy do samego końca walczą o każdą sekundę, każdą kroplę krwi opuszczającą ich ciała poprzez rany, najmniejszy fragment zlepionych w dziwaczny patchwork wspomnień powracających nagle, bombardujących i tak pracujący na pełnych obrotach umysł. Widziała też takich, którzy wpadali w czarną, zasysającą dziurę, ich oczy, najpierw rozszerzone w przerażeniu w kilka sekund stawały się przerażająco wręcz puste, a wszystko, co mówili, było całkowicie przesiąknięte apatią. Zdarzali się również ludzie, którzy po usłyszeniu wyroku zaczynali płakać, histeryzować, szlochać głośno i rozpaczliwie, głusi na jakiekolwiek wsparcie. Pozostawało tylko poczekać, aż wyrzucą z siebie całą tą wściekłość, smutek, żałobę po samym sobie, która nagle spadła im na ramiona i zasną ze zmęczenia, z zapuchniętymi powiekami i sinymi ustami.

Itachi nie pokazywał po sobie strachu czy złości. Nie walczył, nie miał o co, po co, dla kogo. Nie był właściwie apatyczny, raczej przyjmujący, przepełniony przerażającą wręcz zgodą. Może właśnie dlatego Sakura tak bardzo, bardzo pragnęła dowiedzieć się, co tak naprawdę czai się za tą zasłoną, o czym myśli, kim się czuje, właśnie teraz, w tych ostatnich momentach. Powiadają, że człowiek jest najprawdziwszy w chwili śmierci.

Chciała go w tej chwili poznać do końca. Zobaczyć mężczyznę, którym przecież był. Nie ninja, nie mordercę, nie wyrodnego syna, ostatniego przedstawiciela nieistniejącego już klanu. Po raz drugi, tym razem w świetle dnia, tym razem po raz ostatni.


++

Tamta chwila, którą będzie pamiętać do końca życia, miała ładną oprawę. Środek dnia, do pomieszczenia o śnieżnobiałych ścianach i medycznym, minimalistycznym, metalowym wyposażeniu wlewało się mnóstwo światła. Obudził się nagle, poruszając niespokojnie. Wbił łokcie w materac i spróbował podnieść zastane ciało do pozycji siedzącej. Nie było łatwo, widziała dobrze, jak drżą zaciśnięte pięści, a Itachi marszczy brwi, niezadowolony z własnej ułomności i jednocześnie zapewne rażony kolejną wiązką przenikającego aż do kości bólu. Pomogła mu i poprawiła poduszkę. Zachrypniętym głosem poprosił o coś do picia. Sakura sięgnęła po przygotowaną już wcześniej szklankę i nalała do niej wody. Podała mu ją. Kiedy zaczął pić, położyła rękę na jego dłoniach, asekurując tak, jak wcześniej on wspierał ją w niepewnych ruchach podczas mycia naczyń. Pił powoli, z trudem przełykając, robiąc częste przerwy na złapanie oddechu. Po pewnym czasie odsunął szklankę od ust i skinął lekko głową. Wystarczy.

Kiedy przetarł dygoczącą lekko dłonią powieki i otworzył oczy, zobaczyła znajome, hipnotyzujące czarne tęczówki i tak niepasujące do nich, przekrwione białka. Zmęczone, ciężkie spojrzenie i tak ślepych oczu znów skierował w jej stronę, na jej twarz.

- Itachi... - jęknęła, świadoma tego, jak żałośnie zabrzmiał jej głos. Wręcz płaczliwie, a przecież wcale nie płakała.

Wiedział, że Sakura spędzała przy jego łóżku większość czasu. Przynajmniej tak wnioskował z faktu, że zawsze, kiedy się wybudzał i kiedy z powrotem zasypiał siedziała gdzieś obok, cicha, wspierająca, opiekuńcza. Raz nawet, kiedy niespodziewanie ocknął się w nocy (przypuszczał, że to była noc, chociaż ostatnio wszystko było takie samo, pachniało tak samo, brzmiało tak samo) i usłyszał jej spokojny oddech tuż obok. Poruszył ręką i natrafił na miękkie włosy rozrzucone na pościeli i głowę Sakury wtuloną w nagie, chłodne ramiona. Dziwiła go, zaskakiwała jej opiekuńczość. Nie potrafił jej do końca zrozumieć, chociaż wiedział, że gdyby nie ona, pewnie już dawno by nie żył. Oddanie Sakury, medyczne, profesjonalne i to drugie, subtelniejsze, którego właśnie nie umiał sprecyzować było interesujące i tworzyło kolejny element jej obrazu, który przez cały czas, od ich pierwszego spotkania do teraz szkicował w głowie. I chociaż nadal był to niedokładny, pośpieszny - tak mało czasu - rysunek, to jednak zaznaczył kontury wyraźnym, czarnym atramentem, miękką, kształtną linią. Podobał mu się, zapamiętał go dokładnie i zamierzał zabrać ze sobą.

Kiedy poczuł mocne ukłucie w klatce piersiowej automatycznie spróbował wziąć głęboki wdech. Nic z tego. Płuca jakby skurczyły się znacznie, a gardło odmawiało posłuszeństwa. Kolejna fala bólu, kolejna próba nabrania powietrza. Do tej pory się nie bał. Nie było przecież czego. Nagle jednak problemy z oddychaniem przemieniły się w duszenie, a otaczająca go od pewnego już czasu ciemność zrobiła się jeszcze ciemniejsza, zimna, zasysająca.

Chłód. Chłód i drętwiejące dłonie, stopy, ciało odłączające się od świadomości, nieprzestające jednak boleć. Zimno.

Nagle poczuł zapach owoców, wiśni.

Sakura.

Coś gorącego zacisnęło się na jego nadgarstku. Po chwili wszystko wróciło do poprzedniego stanu. Znowu wiedział, gdzie jest, odzyskał kontrolę. Zrobiło mu się przyjemnie ciężko, cieplej. Poczuł się bardzo zmęczony. Śpiący. Naprawdę bardzo, bardzo śpiący.

Przez głowę przebiegły mu znajome, powracające często obrazy. Shisui z niedowierzaniem upadający na podłogę. Matka i ojciec, bezwładni, w powiększającej się z każdą minutą kałuża krwi pod ich ciałami. Sasuke leżący na trawie, czerwona rosa osadzająca się na każdym źdźble, czerwona rosa barwiąca powoli jasne ubranie.

Walka. Samotność. Śmierć uderzająca nagle, niespodziewanie. Przynoszona przez ręce, które jeszcze niedawno nie nosiły miecza. Które kiedyś służyły do wspierania, pomagania, przekornego szturchania przykrytego czarną grzywką czoła.

Przez chwilę zobaczył samego siebie, leżącego spokojnie w wygodnym łóżku, zasypiającego, z Sakurą siedzącą tuż przy jego łóżku, uśmierzającą obezwładniający ból.

- Czy to...tak powinno wyglądać? - zapytał cicho, bardziej sam siebie, niż Sakurę, nie licząc właściwie na odpowiedź.

- Tak, właśnie w ten sposób. Dokładnie tak - odpowiedziała szeptem. - Dokładnie tak.

Skinął prawie niezauważalnie głową i zamknął oczy. Odetchnął spokojnie, głęboko, pełną piersią.

Przypatrywała się nieruchomo jak z powrotem zaczyna oddychać. Po chwili zielona mgiełka otaczająca jej dłoń zaciśniętą wciąż na nadgarstku Itachi'ego zaczęła powoli znikać. Zupełnie tak, jak powietrze opuszczające jego lekko rozchylone wargi. W pewnym momencie podniosła się i pochyliła nad nim. Luźne, długie kosmyki różowych włosów opadły na pozbawioną już napięcia twarz. Wzięła płytki, spazmatyczny trochę oddech i musnęła ustami jego czoło. Nie wiedziała, czy chce go pocałować, czy po prostu jeszcze raz poczuć dotyk jego wilgotnej skóry na swoich wargach. Zresztą, to już nieważne. Wróciła z powrotem na swoje miejsce, ciągle nie puszczając jego ręki, mimo, iż po leczniczej aurze nie pozostał już nawet ślad.

Kiedy było już po wszystkim, przez chwilę patrzyła na Itachi'ego z niedowierzaniem.

Nagle, sama się tego po sobie nie spodziewając, zaczęła płakać.

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu
  • milena.buciaczek1.wp.pl : 2009-10-24 09:57:05
    zmoderowano

    Uwielbiam czytać opowiadania w czytelni. A to jest na również innym opowiadaniem na pierwszym miejscu. A najlepsze, jak Sakura jest z Itashim.


    Usunięto reklamę. Moderacja

  • Anisha : 2009-02-20 22:51:09
    Piękna notka ;]

    Hej ;*** Mam nadzieję, że to opowiadanie będzie się jeszcze ciągło =) Świetne opisy, dużo epitetów i mądre słowa to jest coś czego można pozazdrościć ;] Strasznie się wzruszyłam czytając ten kawałek, gdzie Itachi był już przy krańcu życia. Szczerze mówiąc podoba mi się twoje opowiadanie, gdyż poznaję te postacie na nowo ;] Pozdrawiam ;***

  • kopciucha : 2009-02-19 23:50:19

    Cudowne. Choć raz mogę z pełną świadomością stwierdzić, że coś zawładnęło mną całkowicie. Barwny język, opisy tak realne, że niemal prawdziwsze od rzeczywistości, postacie w świetle, które normalnie nawet by ich nie musnęło.

    Kawał dobrej roboty ! :))


    ________Anka____

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu