Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

Kroki w nieznane, czyli fantastyka widziana przez pryzmat

Almanach fantastyki tom V

Autor:Leon „SixTonBudgie” Niekonieczny
Redakcja:IKa
Kategorie:Książka, Recenzja
Dodany:2010-04-18 18:20:12
Aktualizowany:2010-04-18 21:44:12




Ilustracja do artykułu

Tytuł: Kroki w nieznane

Podtytuł: Almanach fantastyki tom V

Pod redakcją: Mirka Obarskiego

Projekt i opracowanie graficzne okładki: Grzegorz Kmin

Korekta: Bogdan Szyma

Skład: Tadeusz Meszko

Wydawnictwo: Agencja „Solaris”

***

Tony Ballantyne - A New Beginning - Nowy rozdział - 2001

Gustavo Nielsen - Marvin - Marvin - 2002

Meghan McCarron - The Magician’s House - Dom Maga - 2008

Ian McDonlad - The Little Goddess - Mała Bogini - 2005

Paolo Bacigalupi - The People of Sand and Slag - Ludzie piasku i popiołu - 2004

Howard Waldrop - Ugly chickens - Szkaradne kuraki - 1980

Nancy Kress - Saviour - Zbawiciel - 2007

Ted Kosmatka - The Prophet of Flores - Prorok z wyspy Flores - 2007

Aleksiej Kaługin - Sindrom Łazarja - Syndrom Łazarza - 2001

John Kessel - Pride and Prometheus - Duma i Prometeusz - 2008

Greg Egan - Glory - Gloria - 2007

Julia Ostapienko - Stygmaty - Stygmaty - 2004

Connie Willis - All Seated on the Ground - Usiądźcie wszyscy wraz… - 2007

Rachel Swirsky - Marrying the Sun - Zaślubiny ze Słońcem - 2008

Eric Brown - The Farewell Party - Przyjęcie pożegnalne - 2007

Robert Silverberg - The Emperor and the Maula - Imperator i Maula - 2007

***

Fantastyka ma się dobrze, a nawet coraz lepiej. I to pomimo swojej odwiecznej słabości. To przewrotne stwierdzenie ciśnie się samo na usta po pobieżnym przeanalizowaniu rynku księgarskiego. By się o tym przekonać nie trzeba nawet przeglądać rzędów cyferek odpowiadających za wydania, nakłady i sprzedaże, wystarczy po prostu od czasu do czasu zerknąć w księgarni na stoisko z fantastyką. Wydawnictw zajmujących się tą grupą czytadeł w widoczny sposób nie ubywa, za to przybywa coraz to nowych autorów - oczywiście wszyscy oni są „młodzi i obiecujący” albo już „uznani i doświadczeni” - a proporcjonalnie do nich, przybywa nowych książek. Zresztą nie tylko nowych, gdyż co jakiś czas wznawiane są wydania tytułów uznanych za wybitne (rzadko wznowienia dotyczą całej twórczości danego autora, z wyjątkami rodzaju „nieśmiertelnego” śp. Lema) - z pięknymi okładkami, w twardej oprawie, wydrukowane na dobrej jakości papierze, ładną, miłą dla oka czcionką, z całością zwieńczoną materiałami dodatkowymi, jak różnego rodzaju mapki, słowniczki, notki czy posłowia. Widoczne z daleka i cieszące oko opasłe tomiska Diun i Hyperionów, wzbogacone o polskie Lody i Wiedźminy oraz, nie tak utuczone, ale za to nadrabiające liczbą, Prachettowskie Dyski, stanowią prawdziwe wyzwanie dla sklepowych półek. Od zawsze czując sentyment do fantastyki z lubością przemierzam księgarnie, zatrzymując się tu i ówdzie, pewny, że zawsze znajdzie się coś ciekawego. A przynajmniej potencjalnie ciekawego.

Kroki w nieznane jest pozycją, która wzbudziła moje większe zainteresowanie. Czym? Raz, że zawiera ona zbiór kilkunastu tytułów, a dwa - każdy z nich ma co najwyżej kilkadziesiąt stron. Swego czasu powiedziałem stanowcze „nie” większości powieści fantastycznych. Nie powiem żebym żałował, bo dziesiątkami lat i tysiącami sztuk wypuszczanych „kreatur” solennie zapracowały sobie na takie traktowanie. Kroki w nieznane to coroczny zbiór, ponoć, kwiatu światowej fantastyki i najlepszych autorów. Wprawdzie osobom spoza fandomu - w tym mnie - większość nazwisk nie będzie wiele mówiła, ale przecież to nie nazwiska piszą opowiadania, lecz ich posiadacze. Niniejszym chciałbym podzielić się kilkoma przemyśleniami o najnowszej odsłonie antologii, wydanym w grudniu 2009 roku piątym tomie.

Czego jak czego, ale ewolucji tematyki fantastyce odmówić nie można. Gdzież się podziały te inwazje Tych lub Tamtych, których jedynym celem jest zniszczenie biednej Ziemi i ich bezbronnych, a bohaterskich mieszkańców? Faza „kosmiczna” także zdaje się przeszłością. Wprawdzie od czasu do czasu przeczytać można jakieś nowości o kolejnych wyprawach ludzkości w niekończące się otchłanie Kosmosu, okraszone wszelkiego typu przygodami w czasie podróży i u jej kresu, ale to są tylko marne pozostałości po przeszłości. A wojny międzygwiezdne? Temat chyba przewałkowano w tę i we w tę do niemożliwości - aż nic z niego nie zostało. Można to określić także innymi słowami - temat po prostu się znudził. Czy to oznacza kres Obcych w science-fiction? Nic podobnego. Inwazje nadal pozostają milusie, zmienił się tylko sposób podchodzenia do nich. Już nie ma rzezi, laserów i superbroni, Obcym znudziło się niszczenie. (Ta tendencja powoli zaczyna być widoczna nawet w kinie - ot, taki Dystrykt 9, w którym to przybysze stają się ofiarami i muszą walczyć o przetrwanie z bestialskimi ludźmi. Aczkolwiek nadal dużo więcej powstaje „zacofańców”, w stylu Dni w których stanęła Ziemia i Star Treków, a w telewizji triumfy święcą godne telenoweli Gwiezdne Wrota czy Battlestar Galactica). Po wielu latach w końcu stali się „cywilizowani”, a ich wizyty nawet nie są do końca związane z ludzkością (czyżby autorzy pojęli wreszcie, że Ziemianie nie są pępkiem Wszechświata?), a jeśli już nie są względem niej obojętni, to odnoszą się do niej z pobłażaniem lub jak do czegoś niższego. W Nowym rozdziale przybysze traktują ludzi jak powietrze - żyją pośród nich, ale nie dochodzi do żadnego „sensownego” kontaktu. Widać nie zasłużyliśmy sobie na to. Nie znaczy to jednak, że jesteśmy zupełnie bezużyteczni - co byście powiedzieli, żeby nas „zaorać” i „obsiać” chorobami? A wszystko po to, by zebrać z nas „plon” w postaci wydzielanych bakterii? Prościutka inwersja ludzie-pole w obcy-ludzie i już mamy nowelkę s-f. Do tego wystarczy dołożyć nietypowe przebiegi chorób, kolekcjonowanych zresztą przez licznych zapaleńców (można się nawet nimi wymieniać - hasło „Zbierz je wszystkie!” wydaje się tu idealne). Promyk Słońca w Kościach, Symfonia Smyczkowa, Niezapominajka i mnóstwo, mnóstwo innych chorób, są w zasadzie kompletnie niegroźne dla zdrowia czy życia, a spora ich część jest nawet przyjemna. Więc czemu nie? - a przynajmniej tak pomyśleli bohaterowie nowelki. Szkoda tylko, że nawet nie jestem w stanie nazwać ją przyzwoitą, być może dlatego, że jako pierwsza skupiła na sobie rozczarowującą siłę powstałą przy zetknięciu z - niestety muszę tak to określić - średnią fantastyki. Ballantyne, ponoć jeden z bardziej bystrych współczesnych pisarzy, kiepsko sobie radzi z „literackością” swojej twórczości - słaby styl, niezbyt ciekawie prowadzona fabuła i wymuszone dialogi. Przykład na to, że aby być cenionym w świecie science-fiction nie trzeba umieć pisać. Jakoś bym to zniósł, gdyby taka proza nadrabiała pomysłowością, ale z tym bywa równie źle jak ze stylem.

Może jednak przesadzam, gdyż Zbawiciel i Usiądźcie wszyscy wraz… zawierają właśnie to, co nie udało się poprzednikowi. Cóż z tego, skoro oba satyrycznie odnoszą się w kierunku samej s-f i utartych przez nią schematów, co zresztą jest ich zaletą - szczególnie pierwsze opowiadanie potrafi ubawić. Już sam początek, w którym tajemnicze „jajo” z kosmosu płata figla amerykańskim szychom i zamiast wylądować „tam gdzie powinno”, w ostatniej chwili zmienia kurs, by wylądować kilka kilometrów dalej, wiele mówi o tym, czego można się spodziewać po dalszej części. A mamy serię mniej lub bardziej zgrabnie wplecionych przytyków - milczenie „jaja”, poruszenie mediów zmieniające się w znudzenie, bohater, który jest tylko człowiekiem i umiera ze starości, zapłodnienie córki senatora, którego „cudownym” sprawcą miałoby być „jajo”, nowi bohaterowie, kulawi i pozbawieni piątej klepki, itd. itp. Dodatkowym smaczkiem są przytaczane nagłówki z gazet (oczywiście tamtejszych), typu:

„SĄD W STANIE MINNESOTA ODRZUCA POZEW W SPRAWIE DOMNIEMANEGO SKAŻENIA WODY W POBLIŻU OBCEGO OBIEKTU”

Albo:

„KOBIETA W STANIE HIPNOZY TWIERDZI, ŻE SŁYSZY GŁOSY DOBIEGAJĄCE Z KOSMICZNEGO OBIEKTU - NAUKOWCY Z UNIWERSYTETU STANOWEGO W KENT BADAJĄ PROBLEM”

Jak widać satyra wykracza poza wewnątrzgatunkową grę i dotyka całego zachodniego społeczeństwa (szarych mieszkańców, polityków, media, światek nauki) i cywilizacji, przy czym jest to o tyle śmieszne, co bliskie prawdy. Komizm polega nie tylko na tym, że „kosmiczne jajo” wrzucono w formę typową dla nagłówków „ważnych” informacji, ale też że gdyby takie „jajo” pojawiło się naprawdę, to opisywane hasłami wydarzenia faktycznie mogłyby mieć miejsce i to nie tylko jako potencjalna możliwość - bo właśnie analogiczne zjawiska możemy obserwować na co dzień. Tak liczne elementy o prześmiewczym czy ironicznym charakterze nie oznaczają jednak, że są one główną osią fabuły. Całość podzielona jest na kilka epizodów z przeskokami o kilkadziesiąt lat, których punktem spajającym jest właśnie owo „jajo”. Przez jego pryzmat widzimy upadek ludzkości w konsekwencji ogólnoświatowej wojny atomowej, powolnej odbudowy cywilizacji oraz jej rozkwit. Niestety opowiadanie staje się przez to co nieco przydługawe, a autorka (Nancy Kress) za bardzo rozcieńcza jego istotę w niewiele wnoszących, a mocno szczegółowych wątkach i intrygach nanotechnologicznych - takie pofolgowanie swoim zainteresowaniom bez względu na dobro opowieści. Sam pomysł na nią jest prawie tak samo prosty jak w Nowym rozdziale (oba tytuły wykorzystują podobny chwyt z zaskakującą intencją Obcych względem ludzkości), lecz czyta się to nieporównywalnie lepiej. Da się? Da się.

Ostatnimi czasy Obcy lubią być względem nas tajemniczy. W Zbawicielu próżno czekać na kontakt z nimi, natomiast w Usiądźcie wszyscy wraz… następuje on dosłownie w ostatniej chwili, jako moment kulminacyjny, do którego to opowiadanie dąży od początku. Przeżywając małe déjà vu obserwujemy przybycie Obcych, wielkie podniecenie, jakie z tej okazji nastało, no i opadnięcie emocji, gdy kolejne próby dokonania kontaktu spełzają na niczym (i znów oczywista tu rola mediów, której Connie Willis nie pominęła). Tutaj dopiero drogi obu tytułów rozchodzą się. Zamiast „jaja” mamy kilku Altairczyków, którzy jako tacy okazują znaki życia, objawiające się biernym podążaniem za oprowadzającymi ich ludźmi i przeszywaniu wszystkiego wokół nachalnym wzrokiem pełnym nieskończonej dezaprobaty. Autorka kpi tutaj nie tylko ze stereotypowych relacji Obcy-ludzie, lecz, podobnie jak Nancy Kress, także z samych ludzi. Szacowna, nadęta Komisja ds. Kontaktu, ze wszystkimi swoimi niuansami, jest obrazem machiny biurokratyczno-politycznej, która wprawdzie słyszy, lecz nie słucha pojedynczych głosów rozsądku (na przykład bohaterki). Opowiadanie posiada też walory czysto komediowe. Od momentu, w którym Altairczycy podczas rutynowej przechadzki siadają - reagując na „coś” - rozpoczynają się zabawne i pełne absurdu poszukiwania tajemniczego bodźca. Rozwiązanie okazuje się trochę rozczarowujące - ostatecznie tajemnica zostaje rozwikłana, do kontaktu dochodzi i zdąży się jeszcze przy tym zrobić lekko patetycznie, jednak to jedyna większa wada tego tytułu (plus: przydługawe), a droga do zakończenia potrafi ubawić. Jak widać, poza klasycznymi w science-fiction opowieściami „wyssanymi z palca”, których jedynym walorem ma być dziwaczność, coraz więcej jest takich, które odcinają się od „klasyki” a jednocześnie wmontowują w s-f całkiem realne odniesienia do współczesnego świata. Autorzy takich tytułów nie stronią od krytyki i ironii wymierzonych w sumie w nas, ludzi, a przy tym piszą - jak na fantastyczne standardy - całkiem zgrabnie, dostarczając jakiejś tam rozrywki, intelektualnej nawet.

Osobna historia ma się z Przyjęciem pożegnalnym Erica Browna. Owszem, Ziemia znowu gości Obcych, tym razem określanych mianem Kethanich, którym daleko do agresorów - ba, właściwie to otwierają przed ludźmi drzwi do nieśmiertelności, niesamowitych podróży i tajemnic Wszechświata, tyle, że brak tu jakiegokolwiek humoru czy ironii. Ich miejsce zajmuje dość romantyczna wizja i tęsknota za nieznanym. Nie wiem, czy to ja jestem odporny na ckliwości tego typu czy może autor „dał ciała”, ale dla mnie jest to nijakie i mdłe. Dokładnie takie jak bohaterzy, którzy spotykają się co tydzień w barze, stawiają sobie kolejki i prowadzą pseudofilozoficzne rozmowy - o Kethanich i wyższości niekończących się podróży nad nieciekawym, banalnym życiem na skrawku planety zwanej Ziemią. Przybysze pojawiają się więc tylko po to, by dać ludziom nowe życie, oczywiście pozbawione trosk. Nie da się ich jednak rozpoznać, gdyż przybierają ludzkie kształty i żyją pośród nas. To znaczy: nie rozpoznasz, jeśli jesteś bohaterem książki, bo czytelnik nie będzie z tym miał żadnych problemów. Wszystko utrzymano w nostalgicznym tonie, co przy wlekącej się fabule nieźle nudzi, choć, dość przewrotnie, zakończenie daje przynajmniej niewielki przywilej niedopowiedzenia. Żeby polecieć do gwiazd trzeba umrzeć - dopiero po śmierci ładują cię do Stacji Odpraw i wysyłają w przestworza, ku wiecznemu życiu. Ponieważ ludzkość ogarnia nostalgia, Ziemia stopniowo się wyludnia, a wielu po prostu popełnia „samobójstwa” - niedługo nikt na planecie nie zostanie. A może to potwornie chytry plan cierpliwych, ale żądnych nowych zdobyczy złowrogich kosmicznych przybyszów, którzy po śmierci ostatniego człowieka przejmą Ziemię w posiadanie? Czy te wszystkie podróże i nieśmiertelność to lipa, czy raczej przynęta (gdyż umarli, którzy zdecydowali się na powrót na Ziemię, wrócili)? Pokrętne to tłumaczenie i sam w nie nie wierzę, ale właśnie to, co niedopowiedziane, stanowi, lichą bo lichą ale jednak, deskę ratunkową, której trzyma się cały utwór. Dopowiedzenie w jedną lub drugą stronę do reszty strąciłoby go w otchłanie całkowitej lichoty.

Nie znaczy to jednak, że takich utworów brakuje. Gregowi Eganowi w Glorii zabrakło tego wyczucia - jego opowiadanie jest kompletne, a jednocześnie mierne. Zdobywcy kontra poszukiwacze, czyli kosmiczna farsa. Ponoć autora porównuje się do Lema (za „naukowe” podejście), ale to jak przyrównywanie latarki do Słońca - niby daje to samo, bo światło, ale w zupełnie innej skali. A przynajmniej tak to wygląda przez pryzmat niesławnej Glorii. Rozpoczyna się jeszcze nienajgorzej, gdyż Egan wykorzystuje swój największy atut, a mianowicie „naukowe” (bo z przymrużeniem oka traktowane) nawiązania, które zaprzęga do opisów fikcyjnej technologii. Dzięki niej dwie niewielkie bryły metalu, po ciagu zaprzęgniętych do tej roli zjawisk fizycznych oraz transformacjach z udziałem nanotechnologii, stają się dwoma statkami międzygwiezdnymi wraz z pilotkami - przedstawicielkami jakiejś tam federacji galaktycznej czy czegoś równie abstrakcyjnego. Dobrze, że autor zdał sobie sprawę, że nic nieznaczące opisy nigdy nieistniejących technik na dłuższą metę będą nie do przetrawienia, ale ku nieszczęściu czytelników jako alternatywę funduje intrygę sensacyjno-kosmiczną. Ludzka wyobraźnia musi być mocno ograniczona skoro najbardziej fantazyjne kosmiczne rasy, które niby od ludzi różni prawie wszystko, ostatecznie wykształciły cywilizację tak bardzo przypominającą naszą, ziemską, że jakieś ogoniaste stwory, wyrażające barwą skóry stan emocjonalny, wydają się w tym opowiadaniu kompletnie nie na miejscu. Toż to ludzie i Ziemia przebrane w kosmiczne łachy, Godzille ichnich miejsc i czasów. Godne pożałowania. Na takim tle przedstawicielki „federacji” próbują uratować mądrość dawno wymarłego gatunku na tamtejszej planecie - tzw. „równania wszystkiego”. Bo należy wiedzieć, że wszystkie rasy dzielą się na zdobywców (dążących do nieustannych podbojów) i poszukiwaczy (których celem jest wiedza i mądrość same w sobie). Na nieszczęście poszukiwaczy, gdy w końcu dotrą do celu (np. tych „równań wszystkiego”) tracą sens życia i gatunek bez widocznego powodu ulega stopniowej zagładzie. Takimi wydumanymi problemami potrafi się parać tylko fantastyka, jakby naprawdę nie było niczego istotniejszego. Jak tu się potem dziwić, że jest to gatunek nierzadko pogardzany, skoro miernej wartości literackiej i równie wątpliwej jakości rozrywce towarzyszą tyleż wymyślne tematy i problemy, co śmietnika warte, nie odnoszące się do niczego - ani do naszej rzeczywistości, w drzwi futurologii także się nie mieszczące, ani nie przystające na koniec do „filozofii przyszłości”. Zachwyty nad tytułami tego typu świadczą o fandomie, który zresztą chyba nigdy specjalnie krytyką się nie przejął, kisząc się we własnym sosie.

Jaki poziom artystyczny prezentują ci młodzi i błyskotliwi autorzy najlepiej widać po porównaniu ich utworów z Imperatorem i Maulą, zasłużonego dla fantastyki ponad siedemdziesięcioletniego Roberta Silverberga. Kwiat współczesnych fantastów nie potrafi pisać z taką biegłością, lekkością i swobodą jak to czyni przecież nigdy nie wybitny, nawet w swoim gatunku, „staruszek” (gdzież mu do takiego Dicka czy Le Guin). Jednak nie wychwalam zanadto Silverberga, gdyż to, co tutaj nazywam „biegłością i swobodą”, w literaturze uznane by pewnie zostało za nieudolność, nie godną nawet przeciętnego rzemieślnika. I tutaj przychodzi wrócić do szarej rzeczywistości - tym właśnie jest to opowiadanko. Maula, „barbarzyńska” istota z podbitej planety Ziemi, przybywa na świętą planetę Imperium pomimo tego, że za ten występek czeka ją kara śmierci. Z kolejnymi stronicami na wierzch wypływa intryga jaką maula - niejaka Laylah Wallis - uknuła w celu oswobodzenia Ziemi. Dostaje się do Imperatora, jako że ten zaciekawiony jest jej zachowaniem, po czym raz po raz kupuje sobie kolejny dzień życia snując niekończącą się opowieść o jej motywach i przeszłości. Że intryga się ostatecznie powiodła? Kogóż to obchodzi, szczególnie, że wszystko odbywa się w typowej dla s-f miernocie - podkreślonej właśnie zakończeniem. Obce rasy Imperium znów zachowują się jak poprzebierani ludzie, a już po chwili fabuła staje się na tyle przejrzysta i oczywista, że zaczyna nudzić, tak jak opowieść Wallis. Najciekawsze co można z niej wyłuskać to historia przybycia Obcych i podboju, jakiego dokonali na Ziemi, widzianego oczami podbitej. W oczach Silverberga ludzie nie mieli szans - przegrali jeszcze zanim na dobre zdali sobie sprawę z tego co się dzieje. Może kiedyś Hollywood zdoła się wreszcie nauczyć chociaż tego, że gdy przybędą Obcy z wrogimi zamiarami, to Ziemia najpewniej będzie stanowić dla nich kamyczek na drodze i żadne atomowe bombki, bohaterskie wypady, czy lokalna biosfera nie przyniosą cudownego ocalenia. Trochę samokrytycyzmu jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a pomóc owszem, może.

W szanującym się zbiorze nie może też zabraknąć utworów sięgających w wyimaginowaną przyszłość ludzkości, w której nie ma miejsca dla kosmicznych kreatur. Ludzie piasku i popiołu Paolo Bacigualpiego na muszkę biorą bioinżynierię, „zastanawiając się” co ona może zrobić z ludźmi - czy to będzie „dobre”, czy „złe”. (Co ciekawe kwestia ta poruszana jest jeszcze tylko w jednym utworze, omawianym wcześniej Zbawicielu, a przecież obecnie staje się ona jednym z bardziej palących problemów - aczkolwiek pamiętajmy, że poruszanie problemów to coś, od czego fantastyka zawsze stroniła). Autor ze smutkiem zdaje się stwierdzać, że przed nami nie ma innej alternatywy i jeśli chcemy przeżyć jako gatunek to musimy siebie zmienić (warte uwagi, że nic nie wspomina o tym, żeby „się zmienić”). A może ma tylko zbyt wybujałą fantazję? Gdzieś tam w przyszłości żyją ludzie, którzy nie są ludźmi w znanym nam sensie - kość ci się zrośnie w kilka minut, a odrąbana kończyna odrośnie w jeden dzień. Nie trzeba do tego żadnych dodatkowych środków, operacji czy specjalnego traktowania - wystarczy schrupać trochę piasku z plaży, albo osadu z łazienki, a reszta dokona się sama. Czyż to nie wspaniałe? Bacigualupi widzi w tym drogę do przetrwania na skażonej Ziemi, na której „zwykli ludzie” dawno by pomarli. I tylko gdzieś tam na drugim planie czai się obawa, że te „konieczne” zmiany odsączą humanistyczną cząstkę człowieka, pozostawiając bezrefleksyjną skorupę. Kilkoro takich ludzi, strażników w odległej kopalni, odnajduje cudownie ocalałego, „dawnego” psa, i przygarnia go. Lecz jako drogiego w utrzymaniu (ze względu na potrzeby biologiczne, gdy wszystko wokół jest skażone), cierpiącego na liczne choroby i bez zdolności regeneracji, ostatecznie zabijają go i wrzucają na ruszt, by przynajmniej nacieszyć się smakiem (który w sumie okazuje się dosyć przeciętny). Jak widać, ludzi, jako produkty bioinżynierii, wrzuca się tutaj do jednego worka z cyborgami, androidami, robotami i innymi nieludzkimi potworami technologii, których motywy wraz z ewolucją fantastyki i jej zainteresowań zostawały porzucane - jak dziecięce zabawki, które po chwili radosnego zainteresowania, nudzą się i lecą do kosza jako niechciane, stare, zużyte. Pies na ruszcie to mało, zdecydowanie za mało dla zaprawionych w fantastyce czytelników. W tej naprawdę słabo napisanej noweli nie mogło zabraknąć sfery seksualnej, sięgającej aż do perwersji, tym bardziej, że przecież autor przygotował sobie pod nią idealny grunt. No bo skoro kończyny i tak całkowicie odrosną w ciągu doby, to czemu by ich nie odrąbać - za przyzwoleniem partnera (-ki) - zabawiając się potem bezradnym korpusem z głową. Toż wtedy prawdziwie można pofolgować swoim najdziwniejszym fantazjom, czyż nie? Bynajmniej nie chcę tu zanadto ganić autora za ten seksualny wątek, ponieważ spoglądając nań przez pryzmat utworu, wkomponowuje się w niego bez jakichkolwiek zgrzytów. Nie mam złudzeń, że gdyby nasz świat wyewoluował w takim właśnie kierunku jak ukazany w Ludziach piasku i popiołu, podobne akty seksualne nie byłyby raczej ani czymś dziwnym, ani rzadkim. Zresztą, co ja piszę - gdyby teraz istniała możliwość szybkiej regeneracji utraconych kończyn, to już teraz takie akty na pewno miałyby miejsce. Ktoś ma jakieś złudzenia?

Na tym utworze kończy się część science-fiction zbioru, w końcu fantastyka to nie tylko Obcy i wizje przyszłości. Pozostałe utwory określę wspólnym mianem fantasy, aczkolwiek wśród nich można spotkać jej całą różnorodność: od zwykłych bajań, przez pseudohistorię, mniej niż bardziej klasyczną fantasy, aż po jej hybrydę z s-f. Próżno jednak szukać jakichkolwiek wojowników, przemierzających z mieczem dziwaczne krainy, smoki również zapadły w głęboki sen i żaden z autorów nie chciał ich budzić. Odejście od klasyki jest bardzo wyraźne - czyżby się przejadła? Faktem jest jednak, że poza niskich lotów rozrywką, wzbogaconą o wrażenie niesamowitości i kompletnego oderwania od rzeczywistości, nie posiadała ona wiele walorów. Nie dlatego, że posiadać ich nie mogła. Powód był bardziej prozaiczny - to autorzy w swojej ignorancji (a może celowym działaniu?) unikali jakichkolwiek uwikłań w nasz świat, co przy połączeniu z brakiem umiejętności pisarskich większej ich części dawało mierny efekt. Jakże niewiele było wyjątków z rodzaju wspominanej wcześniej Ursuli Le Guin. Niestety nie mogę powiedzieć, żeby od czasów Roberta Howarda wiele się zmieniło - poza tematyką. Dziś fantasy umieszcza się w pseudoteraźniejszym świecie. Korepetycje z magii? Nie ma problemu. Gdzieś tam w pobliżu drogi szybkiego ruchu znajduje się dom maga, który chętnie „przyuczy” zainteresowanych. Chętna się znalazła - nastoletnia dziewczyna, która sama nie bardzo wie, czego chce. Od tego momentu utwór w pewnym sensie zaczął mnie fascynować. Próżno zastanawiałem się, o czym on właściwie jest, choć raczej pytanie powinno zabrzmieć: po co on w ogóle jest? Lektura nie pozostawia po sobie nic poza niesmakiem. Opowiadanie napisane zostało kompletnie nieudolnie, z dialogami i bohaterami godnymi pożałowania. Czytelnik obserwuje, jak dziewczyna próbuje się czegoś nauczyć o magii ziemi, co jednak sprowadza się do przekopywania ogródka (co ma zbliżyć ją do ziemi), oraz serii stosunków płciowych, jakie odbywa z magiem - nie można więc powiedzieć, że niczego z tych spotkań nie wynosi. Oczywiście seks jest formą pracy i nauki. Broń Boże nikt nie robi tego dla przyjemności. Wie o tym żona maga, która nie ma nic przeciwko harcom męża i nawet życzliwie wymieni kilka zdań z bohaterką. Po drodze Meghan McCarron, która na co dzień pracuje z książkami (a jakże - w księgarni), funduje jeszcze opisy jakichś rytuałów i tym podobnych głupot. Uważam, że Dom Maga to jedno wielkie nieporozumienie, chyba, że w zbiorze znalazł się jako typowy reprezentant fantastyki. Jednak ja mimo wszystko wolałbym, aby w antologii umieszczano przede wszystkim utwory wybitne - nie chcąc być zanadto złośliwy uznam, że on takim nie jest.

Jak swego czasu pisał Lem „(…) nie należy kontynuować lektury tekstu, w którym: (…) jako postaci działające występują diabły, anioły, Pan Bóg, bogowie greccy, dżiny, wampiry, itp.”. Nieprzypadkowo o tym wspominam, ponieważ Rachel Swirsky postanowiła w swoich Zaślubinach ze Słońcem przenieść w XXI wiek właśnie bogów greckich. Efekt jest zgodny z przewidywaniami Lema, jako że żałowałem czasu spędzonego przy lekturze tego potworka. Helios, wspaniały bóg Słońca, widzi coś dziwnie pociągającego w kruchości i przemijalności ludzkich istot, czyli tego, co jest mu tak obce. Z drugiej strony mamy panią naukowiec, zajmującą się badaniem Słońca, któremu poświęca cały swój czas. Zaślubiny ostatecznie się nie odbyły, bo panna uciekła, gdy Helios, folgując sobie odrobinkę, swoim żarem spalił jej suknię. Cała reszta to durna retrospekcja wydarzeń, które doprowadziły do zaślubin, oraz ciąg dalszy - tego, co stało się potem. Coś w tym jest, że gdy brakuje pomysłu na ciekawą fabułę czy postaci, sięga się po środki doraźne, mające zarówno te braki maskować, jak i „zaspokoić czytelnika”, zwieść go. Bodaj najpopularniejszym z takich środków jest seks, więc i nasza opowieść zaczyna kręcić się wokół seksu, bo i Helios po nieudanych zaślubinach przynosi sobie ulgę zabawiając się w hotelowym pokoju z kolejną śmiertelniczką, a jego towarzysz, ciamajda Apollo, „dosiadany” jest w wannie przez hotelowego chłopca. Swirsky ma większe chęci pisarskie niż umiejętności, a czytanie opinii, że to dobra i zabawna historia, powiew świeżości, chyba jak nic innego świadczy o wysokości muru, jaki wybudowali wokół siebie zagorzali czytelnicy fantastyki - chyba już nie ma takiego narzędzia, którym można byłoby go zburzyć. Utwór podsumowywany jest morałem (nie podanym wprost), jakoby człowiek powinien pamiętać, że jest tylko człowiekiem i pewne rzeczy na zawsze pozostaną poza jego zasięgiem. Może co najwyżej z tęsknotą o nich pomarzyć, tym bardziej, że widziane z bliska wcale takie piękne być nie muszą. Co śmieszne (taki śmiech przez łzy) to ten banalny morał jest najlepszym elementem Zaślubin ze Słońcem.

To właśnie z powodu historii podobnych do dwóch powyższych coraz rzadziej sięgam po fantasy. A przecież wcale nie jest tak trudno napisać przyzwoitą, wręcz dobrą nowelkę, której czytanie nie jest stratą czasu, na co przykładem jest Marvin Gustavo Nielsena. Tu także akcja dzieje się w dość szeroko pojętej współczesności, w bliżej nieokreślonej wiejskiej okolicy. Tytułowy Marvin jest swego rodzaju jednoosobowym objazdowym „cyrkiem”, który podróżuje od jednej wiejskiej szkoły do drugiej, wykonującym jakieś dziwaczne sztuczki, z rozdzielaniem ciała ukrytego w pudełkach włącznie. Nie jest to jednak sztuka sama dla siebie, gdyż przy jej pomocy uwalnia on zatrzaśnięty gdzieś talent i inteligencję dziewczynki, do tej pory uznawanej za opóźnioną. Styl noweli nie jest zbyt wyrafinowany, lecz Nielsen zręcznie, kilkoma prostymi chwytami buduje klimat (czyli coś, czego poprzednie dwa utwory nie posiadały). Młoda nauczycielka, która ze szkolnej ławki obserwowała tę zadziwiającą przemianę swojej podopiecznej, z czasem się zestarzała i została wiejską wizytatorką. Istota Marvina polega na ukazaniu, jak czasem to, czego bardzo pragniemy, samo nam się wymyka - a co gorsza, ku własnej rozpaczy zdajemy sobie sprawę, że to poniekąd nasza wina. W czasie kolejnej wizytacji w prowincjonalnej „szkole” (jeśli pojedyncze pomieszczenie, w którym razem uczą się wszystkie okoliczne dzieci bez względu na wiek, można tak nazwać) przyjeżdża niewidziany od lat Marvin. Młoda nauczycielka, która z nim rozmawia, mimo iż sama bardzo chce obejrzeć przedstawienie, odprawia „magika”… Czegóż więcej chcieć od fantastycznej nowelki? To połączenie wiejskiej atmosfery, z leniwie płynącym życiem, tajemniczości dziwnego człowieczka, świadomości wymykających się z rąk lat oraz własnych marzeń, tworzy naprawdę interesującą mieszankę, która, jak mało co w tym zbiorze, skłania do refleksji.

Odmienne podejście do krótkiej formy przedstawia Ian McDonlad w Małej Bogini, którą uważam za jedną z najciekawszych pozycji tej antologii. Opowiadanie to jest swoistym przeplataniem się motywów fantasy, współczesności i science-fiction. Cała rzecz dzieje się w Nepalu i Indiach przyszłości, w których kilkuletnia wiejska dziewczynka na drodze eliminacji zostaje miejscową boginią i, jako wcielenie czystości, trzymana jest następnie w świątyni, odcięta od skalanego świata. Jej los jest jednak przypieczętowany, gdyż przestanie być boginią przy pojawieniu się „pierwszej krwi” - czy to w postaci charakterystycznej dla płci pięknej, czy jakiegokolwiek skaleczenia. Żaden inny utwór tak bardzo nie skupia się na wnętrzu bohaterki i jej przeżyciach. Można rzec, że w końcu otrzymujemy postać „trójwymiarową”. Obraz nepalskiej rzeczywistości McDonlad znakomicie i przekonująco wplótł w fikcyjny świat, który staje się wręcz namacalny. Czytelnik obserwuje, jak wpływa on na bohaterkę, która z dziewczynki prawie zmienia się w boginię (jeśli wszyscy wokół tak cię traktują, to w końcu się nią staniesz). Najważniejsze jest jednak to, co się dzieje „potem”, gdy nastąpi nieuniknione, a bohaterka, opuściwszy świątynię, będzie musiała zetrzeć się w boju z prawdziwym światem, a nie tym widzianym w wysokiego okienka. Od tego momentu utwór wkracza w fazę s-f - po świecie panoszą się sztuczne inteligencje, które politycy próbują ujarzmić, co powoduje intensyfikację przemytu, a to znowu nasilenie się łapanek i kar. Wszechobecna bioinżynieria i rozwinięta cybernetyka - tak świat przyszłości widzą powszechnie współcześni fantaści. Mają ku temu przesłanki, bo to chyba jedne z szybciej rozwijających się obecnie nauk. Z jednej strony, jak wskazuje McDonald, może doprowadzić to do powstania - znów - pozbawionych uczuć „sztucznych” ludzi, samokształtujących się czy robionych na zamówienie. Jeden z nich, dorosły w ciele dziecka, kupuje bohaterkę, po czym chce skonsumować… związek (bo ani miłość, ani uczucie tutaj nie pasują). Zdziwi kogoś, że dziewczyna ucieka, gdy widzi chłopca w uprzęży, do której zamocowano sztuczne przyrodzenie, wielkie jak u konia? W pewnym sensie podzielam obawy autora - nie trzymana w ryzach inżynieria biologiczna może doprowadzić do różnych, powiedzmy, dziwactw, przy czym seksualne to chyba jedne z mniej istotnych aspektów tego problemu (jak żywe staje przed oczami widmo nadczłowieka). A przecież „dzieci na życzenie” to już wcale nie jest wymysł przesadnie wybujałej wyobraźni fantastów. Mimo tego istnieje także druga strona medalu - odpowiednio ukierunkowana bioinżynieria czy cybernetyka mogą znacząco pomóc w problemach, z jakimi borykać się będą ludzie przyszłości. A nasza bohaterka? Historia zatacza pełne koło, a bohaterka, która w hańbie opuszczała rodzinne strony, wraca pod nową postacią, jako mała bogini codziennych spraw.

To, po co tak chętnie sięgają pisarze fantasy w powieściach - tworzenie całkowicie odrębnych krain i kultur, z wyimaginowanymi ludami i ich historią - z dość oczywistych przyczyn jest unikane w krótkich formach. W końcu, żeby porządnie przedstawić te elementy potrzeba trochę czasu, trochę „objętości”, na co w opowiadaniu nie ma miejsca. Alternatywnym rozwiązaniem, które pozwala umiejscowić opowieść w konkretnym miejscu, wypełnionym niedopowiedzianymi lecz zrozumiałymi dla czytelnika odniesieniami, a przy tym pozwalającym uniknąć rozwlekłych, nic nie wnoszących opisów, jest umieszczenie jej w powszechnie znanej historii, a więc w niby rzeczywistym świecie. Dosyć popularne, także w powieściach, jest tworzenie historii alternatywnej - dziejącej się w zupełnie innym świecie, lecz w niby znanych nam dekoracjach, trochę tylko przeinaczonych. Czy to z powodu przypadkowości zajść, bo przecież niewielka zmiana w tą lub w tamtą stronę spowodowałoby kolosalne zmiany w przyszłości, czy też z dlatego, że autor wkomponowuje w rzeczywisty świat istniejące elementy fantasy czy s-f. W zbiorze znalazło się dwóch przedstawicieli tego nurtu. Bodaj najbardziej osobliwym utworem są Szkaradne kuraki Howarda Waldropa. Jego dziwaczność polega nie na tym, że opisuje wydarzenia historyczne, które nigdy nie miały miejsca (poprzeplatane z faktami), lecz na podjętym temacie. Otóż autor na cel bierze sobie wymarłe już dronty, tworząc im nową-starą historię. Bohaterem jest pewien naukowiec, który wyrusza w podróż po odległych zakątkach świata w celu poskładania do kupy odnalezionych strzępków informacji, starych gazet, pożółkłych i niewyraźnych zdjęć oraz przekazów ustnych. Wątek ten poprzeplatany jest wstawkami historycznymi (na tyle, na ile można się zorientować, mającymi pokrycie w rzeczywistości) o najsmutniejszym etapie życia drontów - od momentu odkrycia ich przez człowieka. Dowiemy się z nich, dlaczego i jak przetrzebiane były stada głupiutkich ptaków, na dworze jakiego króla lądowały pojedyncze egzemplarze, kto je uwieczniał na płótnach. Autor konfrontuje znaną nam historię drontów z fikcyjną, w której, jak się ponoć okazuje, dronty żyły jeszcze w XX wieku. No dobrze, tylko po co to wszystko…? Samą opowieść uważam za nudną, a jej sens? Czy to przytyk dla ludzi, którzy wybijają kolejne gatunki szybciej niż zdążą się zorientować - taki tytuł pseudoedukacyjny? A może Waldrop napisał to tylko dlatego, że napisać się dało? Trudno powiedzieć. W każdym razie powiedziałbym, że to kolejny tytuł w almanachu, którego sensu próżno szukać, bo w zasadzie jest o niczym. Przy czym, w odróżnieniu od takiego Domu Maga czy Zaślubin ze Słońcem, przynajmniej towarzyszyła temu jakaś myśl przewodnia, a całość napisano przyzwoicie.

Waldrop w swojej noweli zmienił tylko jeden element rzeczywistości, na dodatek nieistotny, natomiast w zupełnie innej skali alternatywną jest historia opowiedziana przez Teda Kosmatkę w Proroku z wyspy Flores. Niestety, o ile rozmach jest godny pochwały, o tyle uważam, że przedstawione „fakty” z założenia są kompletnie bzdurne. Kosmatka nie tyle wprowadza elementy fantasy w rzeczywistość, co najspokojniej w świecie zmienia prawdy naukowe w stertę śmieci. Bo choć trudno sprzeczać się z fikcyjną historią, w której powszechnie rządzi pseudokościół typu scjentologicznego, który naukowo „potwierdza” takie głupoty jak Ziemia licząca dziesięć tysięcy lat, a kreacjonizm jest powszechną prawdą, o tyle wciskanie, że wszelkie badania naukowe, w tym analiza wieku izotopem węgla C14, potwierdzają te teorie, jest ze strony autora przegięciem. Nie tworzy się opowieści opartych na bredniach, przydając im aureolkę faktów. To jest mniej więcej tak, jakby ogień zaczął chłodzić, a nie grzać, a entropia powszechnie by malała. Więc na takiej podstawie istnieje sobie świat o władzy kościelno-policyjnej, totalitarnej, w której głoszenie innych prawd, podobnie jak przeprowadzanie niektórych doświadczeń z listy „podejrzanych” (np. nad ewolucjonizmem i doborem naturalnym) są uznawane za herezje i surowo karane. Może i ciekawe byłoby dokładniejsze zgłębienie niuansów życia i funkcjonowania takiego świata, jednak Kosmatka wraz z bohaterem-naukowcem, zabiera nas na odległą wyspę, na której odkryto jakieś nowe szczątki człekopodobne. W tym miejscu historia przyspiesza, zmieniając się w sensacyjną - groźby, polowania, ucieczki, mordy, szantaże, a wszystko po to, by udaremnić badania, które mogłyby doprowadzić do upadku porządku kreacjonistycznego - taka spełniająca się teoria spiskowa w alternatywnym świecie. Oczywiście bohater jakimś tam cudem uchodzi z życiem. Mało tego - udaje mu się przemycić próbki DNA, więc gdzieś tam tli się nadzieja, że prawda w końcu zwycięży i kłamliwe rządy „scjentystyczne” skończą się. Ted Kosmatka chyba próbuje nas przestrzec przed narzuceniem sobie władzy totalitarnej i, nade wszystko, agituje za absolutną niezawisłością nauki. No dobrze, tyle że obecnie jest zbyt wiele ośrodków naukowych, zbyt wielkie są podziały polityczne i religijne, by komukolwiek udało się stworzyć jedyną słuszną i niepodważalną wersję nauki. Więc jeśli to wszystko nie ma odniesienia do naszego świata, to czym właściwie jest? Tym, czym fantastyka jest na co dzień - zabawą.

Odmianą powyższego nurtu jest czerpanie inspiracji ze słynnych i uznanych dzieł, wykorzystując je do własnych celów, czyli przede wszystkim do dostarczenia rozrywki czytelnikom. Utwory takie korzystają ze sławy i renomy oryginałów, więc tym surowiej powinny być oceniane, szczególnie jeśli utwór stanie na granicy obrazoburczości - wiadomo, że im co bardziej kontrowersyjne, tym lepiej się w dzisiejszym świecie sprzedaje. Pozytywnie zaskakuje opowiadanie Johna Kessela - Duma i Prometeusz, z oczywistą inspiracją w postaci Dumy i uprzedzenia Jane Austen. W pewnym sensie żałuję, iż nie dane mi było zapoznać się z oryginałem, lecz to bynajmniej nie psuło przyjemności czytania. Wręcz czuć styl brytyjskiej pisarki - Kessel bardzo dobrze potrafi ją naśladować, od nowa pisząc historię rodziny Bennet. Jedynymi niezamężnymi córkami pozostają Maria i Kitty (28 i 26 lat) i coraz mniej prawdopodobne wydaje się ich wydanie, szczególnie Marii, która unika balów, a wolny czas spędza nad książkami i rozważaniami filozoficznymi. Wszystko zmienia się, gdy w okolicę przybywa dwóch młodzieńców z Europy - Carval i Frankenstein. I tutaj moje słowa uznania dla Kessela, gdyż wkomponowanie w obraz georgiańskiej Anglii motywów frankensteinowskich w taki sposób, by były one „na miejscu” i nie raziły jakąś tandetą, wymagało sporo zręczności. Pomimo makabrycznych wątków całość sprawia wrażenie spójnej. Naprawdę interesująco wypada połączenie społeczno-obyczajowych wątków znanych - choć w trochę innej postaci - z Dumy i uprzedzenia, z wątkami kryminału oraz horroru, okraszonego filozoficznymi wstawkami. Frankenstein stworzył za młodu żywego trupa z fragmentów ludzkich ciał i teraz ten potwór podąża za nim, mając na celu zabicie każdego, kogo pokocha wyrodny „ojciec”. Utwór poza dobrą rozrywką zachęca także do chwili zastanowienia się, poruszając problem mitu prometejskiego, samotności i odrzucenia, a także szczęścia oraz podążania za nim jako konieczności bezalternatywnej. Na przykładzie tego utworu widać, że i w niedługim opowiadaniu można na jednym ogniu upiec dwie pieczenie - przyjemności płynącej z samego czytania oraz ciekawej problematyki. A szczęście… Jak wskazuje autor, łatwo może zostać pomylone z czymś innym - najgorsze jednak, że fatamorgana ta ujawni się najpewniej dopiero, gdy zbliżymy się do niej i zechcemy ją złapać. Bo szczęście nigdy nie było niczyim sługą.

Niektórzy autorzy poszli jeszcze dalej niż Kessel, stwierdzając, że jeśli czerpać, to z dzieł najbardziej popularnych, nie bacząc przy tym na nic - najważniejsze to przyciągnąć uwagę. Syndrom Łazarza Aleksieja Kaługina jest chyba najbardziej żałosnym z prezentowanych utworów. Co jest bardziej popularne niż Biblia (przynajmniej z nazwy)? Co przyniesie więcej tak miłych autorowi kontrowersji niż wykrzywiony obraz Jezusa? No właśnie. Kaługin niby sfabularyzował to, co w Biblii zapisano, lecz uczynił to wybiórczo, przekłamując często i gęsto, gdy tylko oryginał nie pasował mu do „myśli przewodniej”. Nie mnie oceniać na ile prawdziwie są opisane wydarzenia w Biblii, przełknąłbym także przekłamania względem oryginału, jeśli wszystko przedstawiony byłoby logicznie i służyło jakiemuś celowi nadrzędnemu (jak to miało miejsce w przypadku Dumy i Prometeusza). Tutaj jednak nie ma mowy o żadnej logice, a wydarzenia potrafią same sobie przeczyć. Fabuła jest tak bardzo naciagnięta, by jednocześnie mogła sprostać biblijnemu pierwowzorowi oraz wyobraźni autora, że wszystko pęka u podstaw i gubi sens w opisywanych zdarzeniach. Luki w logice, prawach natury i fizyki są nie do przyjęcia nawet jak na mierny poziom fantastycznych standardów. Zaprawdę intrygujące, że Absolutna Nicość, z której wrócił, jak przekonuje Łazarz (sic!), ładnie i całkiem barwnie jest przez niego opisywana, dusz tam multum i że się mieszają. Trudno jednak mieć pretensje do samego Łazarza, skoro autor zrobił z niego zombie, żyjącego trupa, ponieważ jego dusza powróciła do martwego ciała. Tak przeklęty przez Jezusa, który na potrzeby tego utworu został nekromantą, podąża za nim, próbując zasiać w nim zwątpienie - że żadnego Boga i żadnego życia po śmierci nie ma. Jako że i tak nie ma nic lepszego do roboty nachodzi Jezusa, gdy ten wjeżdża na osiołku do Jerozolimy, podczas ostatniej wieczerzy i „zdrady” (która ponoć była spiskiem zaaranżowanym przez samego Jezusa), oraz gdy ten wydaje ostatnie tchnienie na krzyżu. Podobno jest to opowiadanie o przekleństwie, jakim stało się wskrzeszenie z martwych. Zastanawia mnie jednak co to, u licha, za motyw przewodni - jakby ożywianie martwych ciał duszami miało w niedalekiej przyszłości stać się powszechnym procederem. Innymi słowy autor sam stwarza fikcyjne problemy, by zaraz spróbować je, nieudolnie zresztą, rozwiązać. Tak naprawdę jakakolwiek ewentualna problematyka utworu niknie gdzieś za horyzontem pisarskich grzechów, które popełnił Kaługin. O wiele bardziej interesująco mogłoby wyglądać skupienie się na rozterkach Jezusa względem tego, co miało go czekać, dzięki czemu mogłaby powstać opowiastka filozoficzna. Tutaj jednak Jezus jest tylko tłem dla Łazarza i jego rozważań pełnych sprzeczności. Efekt jest pod każdym względem godny pożałowania.

Ostatnia pozycja powinna być dla wielu przykładem na to jak stworzyć prostą ale przyzwoitą nowelę fantasy. Stygmaty Julii Ostapienko dość interesująco podejmują mocno wyświechtany, lecz zawsze aktualny motyw wolności. Bohater jako jedyny przeżył katastrofę statku na odległej Północy - a właściwie został uratowany przez „wiedźmę z pustkowia”, liczącą tysiące lat. Uwięziła go w świecie ułudy - znajdował się w pięknym zamku, który tak naprawdę był jakimiś ruinami, a jego mieszkańcy - zwidami. Wszystko to dla miłości bohatera (chyba jednak bardziej tej cielesnej jej wersji), który jednak, raz zobaczywszy wiedźmę pod prawdziwą postacią, za nic w świecie nie chce w tym zamku-więzieniu zostać. Nie może jednak uciec, gdyż w pewnym momencie otwierają się rany na jego dłoniach, z których obficie płynie krew - w efekcie traci siły i służki wiedźmy (harpie) przywodzą go z powrotem. Gdy jednak wraca do sił znów podejmuje się syzyfowej ucieczki. Bohater próbuje dociec, co powoduje „aktywację” stygmatów. Ostapienko w ten prosty sposób podejmuje rozważania nad istotą wolności oraz jej granicami. Czy uwięziony, bez cienia szans na ratunek (gdyby nawet udało mu się uciec, niedługo potem zginie z zimna pozbawiony schronienia pod opieką wiedźmy), może poczuć się wolny? Utwór nie jest specjalnie odkrywczy, ale pomysł został konsekwentnie zrealizowany w prosty ale logiczny sposób. Co warte podkreślenia całość napisano całkiem zgrabnie, a zakończenie nie rozczarowuje swoją oczywistością.

Jeśli chodzi o styl pisarski trzeba wziąć pod uwagę, że wszystkie zawarte w antologii utwory były tłumaczone. Nie ujmując niczego tłumaczom można przypuszczać, że nie udało im się w pełni oddać ducha oryginałów, lecz z drugiej strony często po prostu nie było czego oddawać (co łatwo sprawdzić zaglądając do internetowych wersji magazynów, w których oryginalnie ukazywały się niektóre z tytułów), a wiadomo - z pustego i Salomon… Nie sposób nie zauważyć, że jednak większa część utworów nie jest najwyższych lotów. Niektórym autorom braki w umiejętnościach pisarskich można wybaczyć, szczególnie, gdy bronią się ciekawymi pomysłami, które potrafili w miarę interesująco przedstawić, lub chociaż gdy w ogóle w ich pracy widać chęci. Pośród fantastów znajduje się jednak liczne grono, które nikomu, poza oddanymi fanami gatunku, nie ma nic do przekazania. Nie wymyślam tu bynajmniej na antologię, boć przecie ona jest tylko odzwierciedleniem rynku, nie czepiam się też zanadto fantastyki, jako że to jest jak karcenie upośledzonego dziecka tylko za to, że jest właśnie upośledzone. W powyższym tekście starałem się po prostu ukazać dobre i złe strony współczesnej fantastyki - owszem, może i więcej było tych złych, ale na koniec dodam, że zaraz po ukończeniu tych prawie sześciuset stron najnowszych Kroków w nieznane sprawiłem sobie dwie poprzednie odsłony, z 2008 i 2007 roku. Jak na razie nie straszne mi rozczarowania - większy jest mój sentyment do fantastyki oraz potencjał, który mimo wszystko drzemie w tym gatunku (przynajmniej w kwestii pomysłowości).


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Shenai : 2010-05-12 21:55:03

    Antologia bardzo dobra ale ja nadal czekam na coś miary minionych Niebezpiecznych wizji pod redakcją Ellisona. To było dopiero coś. Ten wybór jest solidny i to cieszy.

  • Skomentuj