Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Otaku.pl

Opowiadanie

From Eagle, from Moon

Autor:Ayuno Kuzuhara
Korekta:Kier
Redakcja:Keii
Tłumacz:Aver
Serie:Twórczość własna
Gatunki:Baśń
Dodany:2010-07-28 16:50:24
Aktualizowany:2010-07-28 16:50:24


Tłumaczenie zamieszczone za zgodą autora. Oryginał.


Opowiem wam historię Eagle Moon.

Eagle Moon mieszka samotnie w małym domku na skraju wioski. Nie znam dokładnie jego wieku, ale wiem, że przekroczył już dwudziestkę. Do trzydziestki wciąż mu brakuje. Nie wyróżnia się wyglądem. Nie wygląda na szczególnie miłego, ani też nie wydaje się specjalnie groźny. Jest dość wysoki.

Żyje skromnie w swoim małym domu, zarabiając jako skryba. W tych okolicach wciąż jest dużo ludzi niepotrafiących czytać ani pisać. Nie wiem gdzie to było, ale musiał gdzieś się nauczyć pisać i przybył tutaj. Jego pismo jest bardzo zgrabne i wyrafinowane, dlatego krążą plotki, że musiało być to całkiem niezłe miejsce. Nawet ludzie umiejący pisać często korzystają z jego usług. Nie mają takiej wprawy jak on.

Gdy nie ma klientów skryba nie może wykonywać swojej pracy, więc Eagle Moon nie mając żadnego zajęcia, zazwyczaj siedzi na werandzie paląc papierosa, spaceruje po wiosce, a czasami czyta książki w domu. Gdy klient pojawi się w słoneczny dzień, Eagle Moon ustawia biurko i dwa krzesła w cieniu dużego drzewa, znajdującego się w ogrodzie i tam pracuje. Podczas deszczowych dni pracuje w domu. W pokoju wypełnionym książkami, przypominającym biuro.

Gdy na ganku wywieszona jest tabliczka z napisem: „Poza domem” to zazwyczaj spaceruje po wiosce. Często można go spotkać, gdy wraca ze sklepu żując coś. Jeśli się do niego odezwie, odpowie jeśli nie pogodnie, to chociaż przyjaźnie. Często można też dostać od niego jakiegoś cukierka.

Gdy wraca do domu ktoś stoi przed gankiem, lub siedzi na werandzie. Eagle Moon spokojnie zaczyna rozmowę i przechodzi do pracy.

Wyciąga kilka kartek i pióro, którego używa odkąd zaczął tutaj pracować. Nie wiem gdzie je dostał. Nie wygląda jakby było kupione w tych okolicach. Nie mówię, że jest to niemożliwe, ale z pewnością nie jest łatwo tutaj takie zdobyć. Gdy się go o to spyta, odpowiada tylko wymijająco.

Na początek pyta: „Więc, czym się dzisiaj zajmujemy?” po czym przechodzi do zadania. Najczęściej jest to spisywanie ze słuchu. Bez wahania zapisuje niepewnie wypowiedziane słowa swoich klientów. Ktoś powiedział kiedyś, że jego poruszająca się z lekkością stalówka przypomina tańczące na wietrze ptasie pióro. Zapomniałem kto to był.

Czasami ktoś przychodzi z tekstem do przepisania. Wtedy Eagle Moon przygląda się w skupieniu oryginałowi, po czym również bez wahania zaczyna pisać. Zapytany o to czy nie boi się, że zrobi błąd, odpowiada, że nie ma się czym martwić. Nie znam się na tym, ale musi być bardzo utalentowany w tej dziedzinie.

Gdy skończy, podaje klientowi zapisane kartki papieru. Większość tutejszych ludzi nie potrafi czytać, więc od razu chowają kartki i płacą za wykonaną pracę. Eagle Moon po przeliczeniu monet mówi: „Zgadza się” i chowa je do kieszeni. Zdarzają się też ludzie którzy czytają otrzymany tekst. W takich chwilach zapala wyciągniętego z kieszeni papierosa i czeka cierpliwie. Gdy klient powie, że wszystko się zgadza, nie gasząc papierosa liczy monety. Kiedy ktoś go zapytał ile dziennie pali, to jak się tego można było spodziewać, śmiejąc się odpowiedział, że wcale nie tak dużo.

Dom w którym mieszka teraz Eagle Moon został postawiony za czasów jego dziadka. Mieszkali w nim jego dziadek i babcia, mieszkali w nim jego rodzice, a teraz mieszka w nim on sam. Jego dziadek i babcia zmarli, a rodzice się rozwiedli. Nie ma żony, dziewczyny raczej też nie ma. Zawsze spaceruje samotnie po wiosce, a kupując papierosy i cukierki, nie zerka nawet na tanie naszyjniki czy inne drobiazgi. Gdy sklepikarka upomina go, że to już najwyższy czas aby sobie kogoś znalazł, na jego twarzy pojawia się trochę zakłopotany uśmiech.

Jego skrzynka pocztowa prawie zawsze jest pełna. Ale bynajmniej nie listami zaadresowanymi do niego. Najczęściej są to jakieś głupie ulotki, które podobno raz na jakiś czas zbiera i wyrzuca. Nie prenumeruje żadnych gazet. Zazwyczaj czyta je przed sklepem paląc papierosa, co często działa na nerwy sklepikarce.

Eagle Moon lubi książki. Gdy do wioski przyjeżdża wóz z używanymi książkami, ogląda z przejęciem jedną po drugiej. Zawsze coś kupuje. Czasami jedną, a czasami nawet ponad dziesięć. Mimo, że mieszka na uboczu wioski, zawsze pierwszy dowiaduje się o przyjeździe wozu. Nie wiem jak on to robi.

Jego biuro jest zawalone książkami. Podobno gromadzone są już od czasów jego dziadka. Słyszałem, że zaczął robić listę, ale poddał się w połowie. Na biurku nagromadzone są książki które zaczął czytać. Jak kupi nowe, często zapomina gdzie je zostawił.

Jego sypialnia jest urządzona bardzo skromnie. Podobno wcześniej było tam dużo rzeczy, ale gdy zaczął mieszkać sam, pozbył się wszystkiego. Teraz znajduje się tam jedynie łóżko i jeden obraz na ścianie. Obraz przedstawiający chmurę za szybą. Zapytany o jego znaczenie, śmiejąc się odpowiedział, że nie wie.

Imię podobno nadał mu jego dziadek, ale nie wiem czy mu się podoba. Ludzie, którzy spotykają go pierwszy raz, mówią mu, że jest bardzo dziwne, ale już chyba do tego przywykł.

Gdy zbliża się zachód słońca, chowa się w domu jakby był to dla niego nieprzyjemny widok. Światło w jego oknie nie świeci się zbyt długo, ale jakby w zamian za to wstaje bardzo wcześnie. Widziałem kiedyś jak o świcie palił papierosa, siedząc na schodach przy wejściu do swojego domu. Przyglądał się jak góry stopniowo zabarwiały się na biało.

Deszczowe dni spędza w domu. Wychodzenie w takie dni wydaje się dla niego uciążliwe. Mówił, że nie ma nawet parasolki.

Eagle Moon w taki oto sposób spędza swój czas w tej wiosce. Jest to coś oczywistego. To jest właśnie Eagle Moon.


***



Deszczowy dzień. Otoczony przez chłód deszczu i ziemi, przyglądałem się jak krople wody spadają do kałuży pozostawiając po sobie kręgi. Ale chyba bardziej pasuje stwierdzenie, że nic innego nie widziałem.

Chciałem opuścić moją rodzinną wioskę i zamieszkać w dużym mieście. W tamtej wiosce pozostały tylko wspomnienia. Rodzice się rozwiedli, ojciec ponownie się ożenił, a matka zachorowała i wkrótce zmarła. Tam pozostały same wspomnienia. Ale teraz myślę, że to wszystko bez znaczenia. Pada zimny deszcz. Nikt nie próbuje pomóc, ani nawet nie spogląda na leżącego na ziemi, brudnego młodzieńca. Słychać jak ktoś stąpa po kałużach.

Zakrył mnie jakiś cień. Ktoś… Ktoś z otwartym parasolem, spoglądał na mnie. Ale ja, mając ograniczone pole widzenia, nie wiedziałem kto to był.

- Na co patrzysz? - Nie był sam. Osoba która na mnie spoglądała odpowiedziała:

- Ktoś tutaj leży.

- Wiem. - Słychać jeszcze jedną osobę przechodzącą po kałużach. - Co z nim zrobisz?

- Nie wiem.

- A co chcesz zrobić? - Odgłosy padającego deszczu.

- Mogę mu pomóc? - Nagle ktoś pociągnął mnie za ramię. - Gil…

- To ty go znalazłeś. Zanieśmy go do ciebie.

Przykryty białym ręcznikiem, rozejrzałem się po raz pierwszy. Połowa tego starego, ale wciąż eleganckiego pokoju zajęta była przez regały z książkami. W mojej wiosce jest ich niewiele, więc nawet patrząc na ich grzbiety nie wiedziałem co było na nich napisane. W wiosce ludzi znających pismo było niewielu. Ja do nich nie należę.

Ktoś postawił kubek na stole z niewielkim stukiem. Kawa przyrządzona urządzeniem, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Podnoszę wzrok na mężczyznę w czarnym garniturze, który przyniósł kubek. Nasz wzrok na chwile się spotkał, ale on szybko spojrzał w inną stronę. Wyciąga powoli rękę i chwyta swoją kawę.

- Co za przygnębiająca pogoda - powiedział niewyraźnie mężczyzna w czarnym garniturze stojąc przy oknie. Z zachmurzonego nieba pada deszcz…

Z pomiędzy półek wyszedł mężczyzna. Był dużo mniejszy od tego w garniturze. Spojrzał ulotnie na trzęsącą się głośno szybę w oknie, po czym zerknął na mnie.

- Mocno dzisiaj wieje.

- Rzadko się zdarza tutaj taka pogoda.

Budynek do którego dotarłem, wspierając się na ramieniu mężczyzny w czarnym garniturze i włócząc nogami po kamiennym chodniku, był już dość stary. Zraniony łokieć i kolano było posmarowane maścią i zabandażowane. Na głowie miałem kompres. W rogu pokoju suszyły się moje przemoczone ubrania. Wkładałem właśnie suche ubranie, które otrzymałem. Na przemoczonych włosach wciąż miałem biały ręcznik.

- Wytrzyj. Inaczej się przeziębisz.

Ale chyba ważniejszy jest twój żołądek. Ten w garniturze z tymi słowami na ustach skierował się w stronę drzwi. Po krótkiej rozmowie z kimś za drzwiami, wrócił do pokoju trzymając tacę z jedzeniem. Postawił ją na stole.

Szyba w oknie trzęsie się bardzo głośno.

Mniejszy mężczyzna wpatrywał się w okno.

- O co chodzi?

- To na pewno zwykły wiatr…?

Ten w garniturze przeniósł wzrok z okna na mniejszego otwierając szeroko oczy. W tym momencie okno otwarło się gwałtownie.

Wiatr.

Ręcznik, który był na mojej głowie zatrzepotał w powietrzu po czym upadł delikatnie na podłogę. Mężczyzna w garniturze przyklęknął na jedno kolano tracąc równowagę. Ten mniejszy wpatrywał się w stronę okna.

Pojawił się człowiek. Miał długie do ramion, czarne włosy, a na jego twarzy drwiący, czy nawet pełen pogardy uśmiech. A do tego ubranie nie z tej epoki. Tak, to było ubranie poetów z bardzo odległych czasów, które pokazał mi ksiądz, gdy byłem mały…

- Truwerze Minstrelu, recytujący słowa, powierniku znaków. Dlaczego tutaj przybyłeś? - Słysząc słowa małego mężczyzny, jego uśmiech się pogłębił.

- Ponieważ zostałem tutaj wezwany.

- Ty straciłeś swe pieśni i straciłeś znaki, którymi mogłeś je przekazać. Ty zapadłeś w sen, którego nikt nie potrafił przerwać. Nikomu do tej pory się to nie udało.

- Me pieśni płyną we wnętrzach ludzi, a znaki którymi można je przekazać przeszły przez ich dłonie. Nie pożądałem żadnej chwały. Nie pożądałem żadnego efektu. Dlaczego? Bo wiedziałem, że kiedyś znaki zostaną utracone. W jaki sposób osoba tego nie wiedząca miała mnie zbudzić?

- Pieśni zostały utracone. Znaki, którymi można je przekazać przepadły. W takim razie dlaczego teraz się budzisz?

- Przyszedł śpiewak, pojawiła się osoba recytująca. Znaki zostały utracone. Ale przenigdy nie nadejdzie dzień, w którym słowa stracą swą moc. Czyżbyś zapomniał, że są rzeczy, które mimo tego że zmienią swą formę, zmienią swój dźwięk, zmienią miejsce czy też czas, to nie przepadną?

Ręka mężczyzny nagłym ruchem wskazała na mnie. Trząsłem się ze strachu. Ten w czarnym garniturze wstał.

- Zostaw go, on o niczym nie wie.

- To właśnie dlatego, że on o niczym nie wie. Niezapisana stronico! Zapiszę na tobie słowa, zapełnię cię znakami! Wszystkie słowa tego świata i wszystkie znaki! Zwę się Truwer Minstrel. Przybyłem gdy na tym świecie zrodziły się słowa i pojawiły znaki. I nigdy nie odejdę. Dopóty, dopóki nie nadejdzie dzień, w którym ludzie o mnie zapomną. Nawet jeśli miałbym przespać okres bliski nieskończoności.

Mężczyzna w garniturze stanął między mną, a przybyszem, blokując mu drogę.

- Nigdy wcześniej o nim nie wspominałeś!

- Nawet ja się czegoś takiego nie spodziewałem. Przecież był zamknięty w magazynie…

- Niezapisana stronico, obwieść swoje imię! I wtedy zawołaj me imię!

Gdy zaczął się do mnie zbliżać, mniejszy mężczyzna zagrodził mu drogę. Ten spojrzał na niego z góry i zaśmiał się.

- Daremne są twe wysiłki.

- Ale nie mogę pozwolić abyś krzywdził innych…

- Tylko, że ty nie potrafisz poprzeć tego czynami. Myślisz, że nie potrafię przejrzeć przez twe słowa chłopcze?

Wyciągnął nagle rękę. Nie zważając na mój lęk przytrzymał ją przed moim czołem nie dotykając go.

- Już rozumiem. Musiałeś czuć tęsknotę. Rozumiem. Więc on już umarł? No tak… - Odsunął rękę. W jego oczach blask, w którym nie widać ani uprzejmości, ani tęsknoty. - Czy on umarł bez cierpień? Czy może umarł cierpiąc? Umarł jako szczęśliwy człowiek? Czy może umarł lamentując? Jak było?

- Kto… ?

- Właśnie. Przyszli niezapowiedziani. Jeden mężczyzna i jedna kobieta. We dwójkę wypędzili go z tamtego domu. Mimo, że nie było takiej potrzeby… Osadzili go w odległym szpitalu. Mnie zostawiając zamkniętego w szufladzie od biurka… Mężczyzna to wyciągnął i sprzedał. Nie dostał za to dużych pieniędzy. Ale to było oczywiste. Ja nie miałem żadnej formy ani imienia. Do tego dnia, w którym on mi nadał imię…

- Kto…?

- Czy on umarł bez cierpień? Czy może umarł cierpiąc? Umarł jako szczęśliwy człowiek? Czy może umarł lamentując? Jak było? Wnuku Rio Moon.

- Dziadek…?

Tamten pokój był tajemniczy. Wielkie drzwi były przejściem do tajemniczego świata. Gdy się je otworzyło, był tam tajemniczy świat.

Dziadek śmiejąc się przywitał mnie, gdy wszedłem tam ubabrany błotem. Z ogromnej półki wypełnionej książkami wyciągnął jedną i zawołał mnie na swoje kolana. W otwartej książce był tajemniczy świat. To nie było tutaj, nie było teraz, a w środku to nie byłem ja. Ale to było tutaj, było teraz, a w środku to byłem ja. Ja tam byłem. W bardzo dawnym, bardzo odległym miejscu…

- Rozumiem. Więc ty tam byłeś? Ale ty nie spostrzegłeś mnie, a ja nie spostrzegłem ciebie. Ale myślę, że widziałeś mnie kilka razy… W książce, którą często czytał ci dziadek, znalazłeś moją postać. Już rozumiem. Więc to jest ta postać... - Przyglądał się dokładnie swojej sylwetce.

- Co robiłeś gdy on odszedł z domu? Zresztą nie ma potrzeby o to teraz pytać. - Wyciągnął nagle przed siebie rękę, wskazując na mnie. - Słyszałeś me imię, prawda? Nadał mi je twój dziadek. Podobno oznacza ludzi wędrujących opowiadając i śpiewając… A ty nadałeś mi formę. Poeta z dawnych czasów. Jesteście jak dwie krople wody, prawda? - Zaśmiał się.

- Przekażę ci. Wszystko co opowiadałem i śpiewałem od czasów twego dziadka, a nawet z czasów jeszcze odleglejszych… A ty przekażesz mi. Wszystko co opowiadasz i o czym śpiewasz… I wszystkie rzeczy które nie przestają napływać…

- Czekaj Truwerze Minstrelu.

- Siedź cicho chłopcze. Widzę, że sam jesteś właścicielem innej historii, ale ona mnie nie interesuje. Ja jej nie wyrecytuję.

Mimo tych bezpośrednich słów, mniejszy mężczyzna gwałtownie chwycił go za ramię.

- Czego?

- Może i nie mam żadnego planu, ale to nie znaczy, że nic nie mogę zdziałać.

- Zgadza się, masz rację. Ale nie wiadomo czy przyniesie to jakikolwiek efekt.

- Gil! - Gdy zawołał imię, do pokoju wskoczył czarnowłosy mężczyzna, który wyszedł niepostrzeżenie podczas zamieszania.

- Hmm…

W ręce trzymał jedno pióro.

- Wydaje się wam, że udało się wam zdobyć zakładnika? Niech wam będzie… I tak nie zmienia to faktu, że będę istniał nawet jeśli utracę swe imię i swą postać.

- Dokładnie! - zawołał ten mniejszy - Ale ci którzy stracili imię i postać zostają zapomniani. Słowa pieśni i znaki którymi można je przekazać zostały utracone. Chyba nie masz zamiaru pogodzić się z tym, że będziesz gnił w najgłębszych zakamarkach czary zapomnienia, prawda? - Zaśmiał się triumfalnie.

- A ty jak uważasz? Wnuku Rio Moon. - Zaczął mierzyć mnie wzrokiem. - Czy ty… Zaakceptowałbyś to, że będziesz gnił w najgłębszych zakamarkach czary zapomnienia?

Zaczyna mi się kręcić w głowie.

- Mimo, że w czarze zapomnienia wszystko powoli gnije, to w najgłębszych jej zakamarkach, ludzie, wszyscy wciąż przekazują swoje wspomnienia. Śpiewają dziecięcą pieść, snują opowieści o miłości. Wszystko powoli gnije, ale my o tym pamiętamy. O wszystkim co było w przeszłości, wszystkim co jest teraz i o wszystkim co dopiero nastąpi. Zapomniane wspomnienia wciąż się powtarzają i tym samym gromadzą się w nas. Nikt nie potrafi wydostać się z czary zapomnienia, ani też nie da się z niej niczego wyciągnąć. Ale my wiemy o tym, że wszystko w niej się zbiera. Ja właśnie o tym opowiadam. Śpiewam pieśni, które przeszły w zapomnienie i opowiadam utracone opowieści. Wszystko co było w przeszłości, wszystko co jest teraz i wszystko co dopiero nastąpi. Nikt nie potrafi wydostać się z pętli nieskończoności. Nawet gdyby udało się otworzyć czarę zapomnienia, to z pętli nieskończoności uciec się nie da.

Jego pieśń rozległa się gdzieś w głębi moich uszu. Dalej kręci mi się w głowie.

- O czym… ty… mówisz…? - Astma. Zawsze tak było. Myślałem, że ostatnio się uspokoiło, ale… Dlaczego teraz?

- Ciężko ci? Wnuku Rio Moon. - Wiem, że mężczyzna patrzy na mnie, z trudem łapiącego oddech. W moim polu widzenia znajdują się jego buty.

Od zawsze tak było. Nic nie idzie po mojej myśli. Gdy coś zaczyna się dobrze układać, zawsze coś pójdzie źle. Zawsze tak jest.

- To ty zawołałeś. - Głos mężczyzny. - To ty mnie przyzwałeś. Mnie, nie mogącego zaśpiewać pieśni, nie mogącego snuć opowieści.

Kręci mi się w głowie. Tracę oddech. Z całych sił próbuje zachować przytomność, ale wiem, że to jest bezcelowe.

- Eagle Moon. Ty, który nosisz imię po orle i księżycu. Możliwe, że twoja historia jest banalna. Możliwe, że jest przeciętna. Możliwe, że zostanie zapomniana i nikt nie będzie o niej wspominał. Ale…

Upadłem, uderzając głową o podłogę. Moja świadomość…

- Mimo to, ty mnie przyzwałeś.

Tracę przytomność.

- Moja postać stała się potrzebna dla twojej opowieści.


***


Eagle Moon wrócił do wioski po roku. Opuścił ją biorąc ze sobą tylko jedną torbę i z tylko jedną torbą wrócił. Wrócił nie zwiększając swojego dobytku, ani go nie zmniejszając. Tak naprawdę, to tylko jedna rzecz przybyła. Było to stare pióro.

Zaczął mieszkać w domu po dziadkach. W mieszkaniu, które opustoszało po tym jak jego dziadek zmarł, a rodzice się rozwiedli. Zaczął mieszkać w domu, który miał przed sobą tylko dwie drogi. Zostać sprzedanym, lub zniszczonym. Jego rodzice, po tym jak się rozwiedli nawet się do niego nie zbliżali.

Eagle Moon zaczął pracować jako skryba chwilę po tym jak wrócił do wioski. Nie przypominam sobie aby była ku temu jakaś przyczyna. Nie rozpowiadał też o rozpoczęciu swojej działalności. Ludzie po prostu sami z siebie zaczęli przychodzić do niego ze zleceniami. Nie jest szczególnie sławny, ale mimo to zarabia wystarczająco aby żyć skromnie w swoim domu. Z pewnością, dzisiaj też wystawi krzesła i stół pod drzewo w ogrodzie, gdy tylko wróci ze swojego spaceru.

Po tym jak jego klient sobie poszedł, spędzał czas wciąż siedząc na krześle i podziwiając wielkie drzewo. Od czasu do czasu nucił pieśń, której nikt nie znał. Bardzo staromodna, ale w jakiś sposób nostalgiczna. Pytany gdzie się jej nauczył, wzrusza tylko ramionami śmiejąc się.

Pewnego dnia, w jego pokoju pojawił się stary instrument strunowy. Podobny do tego, którego używali kiedyś trubadurzy. Podobno specjalnie poszedł do miasta aby go kupić. Zapytany dlaczego go kupił, odpowiedział tylko: „Ciekawe dlaczego…”. Instrument zazwyczaj leży w rogu pokoju. Nie zbiera się na nim kurz, więc pewnie o niego dba, ale jeszcze nigdy nie widziałem aby na nim grał. Kiedyś jeden z jego klientów powiedział, że słyszy skądś muzykę, ale on odpowiedział tylko, że to wiatr.

Eagle Moon w taki oto sposób spędza swój czas w tej wiosce. Jest to coś oczywistego. Nie przychodzą do niego żadne listy. On też nic nie wysyła. Nikt nie zdaje sobie sprawy, że on tam jest. On jak zwykle tam jest i pewnie dalej tam będzie. To jest właśnie Eagle Moon.

Opowiem wam historię Eagle Moon. Do jutra.


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.