Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

Znowu szlaban

Rozdział 1

Autor:Itasagi, Hagi
Korekta:Dida
Serie:Harry Potter
Gatunki:Fantasy, Fikcja, Komedia
Uwagi:Self Insertion
Dodany:2011-12-04 08:00:24
Aktualizowany:2011-12-03 12:08:24


Następny rozdział

To był kolejny szary dzień w życiu Bell. A przynajmniej tak się zapowiadał. Wakacje minęły niczym pstryknięcie palca. Zanim się obejrzała, była już w zamku, tam, gdzie był jej dom, rozpoczynając czwarty rok nauki.

Nie spodziewała się po nim niczego specjalnego. Podejrzewała, że będzie taki sam jak trzy poprzednie. Nie sądziła nawet jak bardzo się myliła.

Dzwonek rozbudził ją z rozmyślań. Podniosła się, wytrzepała swoją nową, gryfońską szatę i pomknęła ku sali obrony przed czarną magią.

Doszły ją słuchy, że miał pojawić się nowy nauczyciel - nikt jednak nie mógł tego potwierdzić, jego miejsce na uczcie w Wielkiej Sali pozostawało puste.

Zgrabnie lawirowała między uczniami, tłoczącymi się na korytarzu. Kiedy dotarła pod salę, wszyscy już tam czekali. Słychać było rozemocjonowane szepty, które zdradzały, że wszyscy nie mogą się doczekać lekcji. I nagle...

ŁUP!

Po doznaniu lekkiego szoku, doszła do wniosku, że ktoś się na nią rzucił. Widząc falę jasnych włosów, nie musiała długo się domyślać, kto stał za tym atakiem.

- Alice... - jęknęła, jednak odwzajemniając uścisk.

- Cześć Bell! - przywitała się, jak zwykle promieniując nadnaturalnym szczęściem. Poprawiła roztrzepane włosy i oparła się o ścianę.

- Czy ty też nie możesz doczekać się zajęć? - spytała z uśmiechem.

- Doszły cię już słuchy o zmianie nauczyciela, co? - spytała wyraźnie rozbawiona.

Dobrze wiedziała, że Alice była jedną z najlepiej poinformowanych osób w szkole.

Jej przyjaciółka odpowiedziała energicznym skinięciem głowy. Bell chciała spytać o coś jeszcze, ale przeszkodził jej dzwonek. Zapadła cisza, a oczy wszystkich zwróciły się w stronę drzwi. Po chwili, która wydawała się ciągnąć w nieskończoność, otworzyły się z cichym skrzypnięciem.

Przez pierwsze kilka chwil nikt się nie ruszał. Wymienili między sobą przestraszone spojrzenia, nie wiedząc czego się spodziewać.

Po chwili jednak zamiast zobaczyć strasznego potwora z bagien, ujrzeli pięknego młodzieńca, o nieskazitelnych rysach twarzy. Jego twarz była biała jak papier, a w polikach były lekkie dołeczki. Włosy kruczoczarne, idealnie ułożone. Oczy piękne, ciemne niczym węgiel i w jakiś sposób przerażające. Po chwili na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech, który sprawił, że atmosfera lekko zelżała.

Omiótł uczniów swoim wzrokiem, pełnym uciszanego podekscytowania, po czym melodyjnym oznajmił.

- Witam wszystkich. Zapraszam do środka.

Bell i Alice wymieniły porozumiewawcze spojrzenia i weszły do środka jako jedne z pierwszych. Zajęły miejsca w drugiej ławce. Ich nowy nauczyciel stanął za biurkiem, opierając ręce na biodrach. Cały czas uśmiechał się tajemniczo. Gdzieś z końca klasy dochodziły stłumione piski. Alice prychnęła pod nosem z politowaniem.

Mężczyzna omiótł klasę zadowolonym wzrokiem po czym zwinnym ruchem podszedł do tablicy. Nie wiadomo skąd pojawiła się w jego dłoni kreda, którą napisał trzy nazwy „TOM MARVOLO RIDDLE”, po czym odrzucił przyrząd do pisania na bok, z powrotem zwracając się do klasy.

- Nazywam się Tom Marvolo Riddle - powiedział spokojnie.

Bell zmarszczyła czoło, widząc odrazę na twarzy nauczyciela, kiedy wypowiedział imię Tom. Przyłożyła sobie palce do skroni, jakby starała się na czymś skupić. Alice uniosła brwi w zdziwieniu i schyliła się ku niej, po czym zapytała szeptem:

- Co się stało? - Bell nie odpowiedziała od razu. - Znam skądś jego imię i nazwisko. Wydaje mi się, że widziałam je na jednym z pucharów, kiedy odpracowywałam szlaban... - Nie zdążyła jednak dokończyć, bo poczuła nagle, że coś z całą siłą odbiło ją i Alice na dwa rogi ławki.

- Żadnych rozmów. - Usłyszała za sobą głos, podobny do syku węża.

Zadrżała. Spojrzała niespokojnym wzrokiem na profesora. Czuła od niego coś dziwnego. Coś, co napawało ją irracjonalnym lękiem. Miała wrażenie, że nie należy on do osób, z którymi chciałaby zostać sam na sam. Ale jednocześnie, w jakiś niewytłumaczalny sposób, intrygował ją.

Postanowiła dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Jeśli tylko okaże się to możliwe.

- Tak jest, panie profesorze - powiedziała, w końcu siadając jak należy.

Walczyła za ochotą spojrzenia znów w jego zimne oczy, ale bała się. Ton jego głosu mówił wszystko. Po chwili usłyszała tylko, jak odchodzi od ich ławki i zaczyna opowiadać o przedmiotowym systemie oceniania.

Obie, ona i Alice, odetchnęły z cichą ulgą.

Bell rozejrzała się po klasie. Płeć żeńska wpatrywała się w niego niczym w greckiego boga... Zresztą, nawet chłopacy patrzyli na niego, niczym na herosa. Zmarszczyła brwi. Ciekawe, jak radzi sobie Milette?

Milette siedziała, podpierając ręką o wiele za ciężką głowę. Słuchała, jak zwykle nudnych, ploteczek o byłych podopiecznych profesora Slughorna.

- Mógłby w końcu zacząć lekcję - pomyślała poirytowana. Rozejrzała się po klasie. Większość uczniów była równie niezadowolona co ona.

W najdalszym kącie klasy zauważyła Huncwotów. Śmiali się i wydurniali w najlepsze, całkowicie ignorując resztę świata.

James siedział niespokojnie, a na jego twarzy malował się uśmiech triumfu. W końcu udało mu się wykraść znicza, którego złapał w czasie swojego pierwszego meczu. Tuż obok niego siedzieli: niezadowolony Lupin, podekscytowany Peter, a Syriusz był gdzieś na uboczu.

- James, powinieneś to odnieść! - szepnął głośno Lupin. - Jeśli się dowiedzą, znów dostaniemy szlaban!

Potter jednak zaśmiał się tylko wesoło, jakby usłyszał dobry żart.

- Oj przestań, Lunatyku. Przynudzasz jak zwykle. Przecież złapałem go. Jest moją własnością! - powiedział z pewną powagą, lecz zaciął się, słysząc dzwonek kończący lekcje. - Cholera - warknął, chowając piłeczkę do kieszeni. A już chciał się nią pobawić. Syriusz podniósł się pierwszy i tylko cicho ziewnął.

Milette popatrzyła na nich zniesmaczona. Nigdy ich specjalnie nie lubiła. Z całej czwórki tolerowała tylko Lupina. Zawsze zastanawiała się dlaczego się z nimi przyjaźni.

Zebrała swoje rzeczy i poczekała aż wyjdą z klasy. Nie miała ochoty mijać właśnie ich. Już wolałaby spotkanie trzeciego stopnia z jakimś wielomackowym kosmitą.

Opuściła niespiesznym krokiem klasę. Szła powoli korytarzem, kiedy usłyszała jak ktoś ją woła. Odwróciła się. Zobaczyła swoje przyjaciółki: Bell i Alice.

- Mileeeetteee! - krzyknęła Alice, dobiegając pierwsza i stając przy niej zdyszana. - Armagedon! - wysapała.

Milette spojrzała to na Alice, a to na dobiegającą do nich Bell, jakby były lekko niedorozwinięte.

- O czym wy mówicie? - spytała niepewnie.

- Nauczyciel. Nauczyciel od czarnej magii - powiedziała Bell głosem pełnym powagi. - Coś jest z nim nie tak - powiedziała, siadając przy jednym z filarów.

Milette popatrzyła na nie badawczym wzrokiem.

- Co może być z nim nie tak? To tylko nauczyciel - powiedziała z sarkazmem.

- Wcale nie! - oburzyła się Alice. Bell przytaknęła.

- Nie umiem tego wyjaśnić, ale on jest jakiś totalnie inny...

Milette podrapała się po głowie, po czym westchnęła ciężko.

- I co zamierzacie zrobić? - spytała ostrożnie, choć wiedziała jaką odpowiedź usłyszy.

- Ja mam sporo nauki... - powiedziała Alice, rumieniąc się lekko. W końcu postawiła sobie za punkt honoru za rok pozdawać wszystkie sumy na „wybitny” - ...ale Bell jest dobra z obrony przed czarną magią. Prawda, Bell? - spytała, spoglądając na nią kątem oka. Ta skinęła tylko głową. W tej dziedzinie akurat czuła się dość pewnie.

- Wygląda na takiego, co szuka talentów. Jestem pewna, że większość dziewczyn będzie się pchała do niego drzwiami i oknami. Nie dostrzegają tego... zimna w jego oczach. Skąd to się bierze w ludziach? - spytała niepewnie, w końcu unosząc wzrok na przyjaciółki.

Milette zamyśliła się, ale nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na to pytanie.

- Nie mam pojęcia, Bell. Ale wiem o czym mówisz. Znam kogoś, kto czasem ma takie spojrzenie... - powiedziała smutno. - Wracając do tematu. Myślę, że powinnaś postarać się i mu zaimponować wiedzą i umiejętnościami. Będzie łatwiej czegoś się dowiedzieć, jeżeli cię polubi. A ja spróbuję coś wyniuchać w bibliotece.

Bell od razu rozchmurzyła się. Tak, Milette zdecydowanie wiedziała, jak pobudzić przyjaciółkę do działania.

- Tak! - powiedziała z uśmiechem, podnosząc się. Alice patrzyła to na jedną to na drugą, po czym zaczęła klaskać jak oszalała.

- Ale super! - powiedziała z szerokim uśmiechem. Po chwili Milette i Bell wybuchnęły śmiechem. Kiedy już się nieco opanowały, Bell spojrzała porozumiewawczo na przyjaciółkę.

- A jak tam z sama wiesz kim? - spytała, unosząc brew. Wiedziała, że to dość delikatny temat, ale w końcu, ona jak to ona, musiała spytać.

Milette jak na zawołanie zrobiła się czerwona. Spojrzała na Alice w poszukiwaniu pomocy, ale przyjaciółka przyglądała się jej z nieukrywanym zainteresowaniem.

- Znikąd ratunku... - pomyślała, załamując się.

- Nijak... - odpowiedziała zgodnie z prawdą. - Znaczy rozmawiałam z nim dziś, ale to nic niezwykłego...

Bell i Alice zainteresowały się jeszcze bardziej. Obie, w jednym czasie przysunęły się do przyjaciółki jeszcze bardziej, wpatrując w nią z zaciekawieniem.

- I jak? O czym rozmawialiście? - spytała Alice.

- O tym, co zawsze... Eliksirach, czarnej magii, książkach, nauce... - odpowiedziała, rumieniąc się jeszcze bardziej.

Czuła na sobie świdrujące spojrzenia przyjaciółek, które wcale nie ułatwiały jej tej rozmowy. Choć czuła się bardziej jak na przesłuchaniu.

Alice patrzyła na nią, jakby miała zaraz dostać padaczki, a Bell po prostu pomasowała sobie skroń.

- Ale Milette, ty tak nie możesz! - wybuchnęła nagle Alice i już miała ciągnąć swój monolog, kiedy to Bell złapała ją i zacisnęła dłoń na jej ustach, by powstrzymać słowotok.

- Milette... Ty musisz w końcu przejąć inicjatywę... Nie możesz pozwolić mu się zżyć z bandą pod tytułem „Lucjusz Malfoy”. Wtedy całkiem zatraci swoje dobro! Bo obie wiemy, że jeszcze coś takiego w nim jest - powiedziała, posyłając w stronę przyjaciółki groźne spojrzenie, jakby chciała jej ukazać powagę sytuacji.

- Myślicie, że to takie proste? - spytała cicho. - Wy nie wiecie jak to jest. Ja chciałabym coś zrobić, ale on mnie do siebie nie dopuszcza. Niby wszyscy uważają nas za przyjaciół, a tak naprawdę nic o nim nie wiem! A przecież chcę mu pomóc!

Milette odwróciła się do nich plecami, ukrywając napływające do oczu łzy. Bell i Alice popatrzyły na siebie smutno.

Alice podeszła do niej pierwsza.

- Hej... Wiesz, w sumie odkąd Lily dała mu kosza, nigdy nie widziałam, by przebywał z jakąkolwiek dziewczyną. Więc musi coś w tobie być skoro z tobą rozmawia - powiedziała szczerze, patrząc na Bell, by dodała coś jeszcze od siebie.

- Też tak sądzę. Myślę, że... jeśli będziesz przy nim w ciężkich chwilach, to otworzy się przed tobą bardziej. Będzie wiedział, że go nie skrzywdzisz jak tamta, przed którą ukazał swoje prawdziwe uczucia.

Milette szybko wytarła oczy brzegiem rękawa i uśmiechnęła się z trudem.

- Tak... Zapewne macie rację. Chyba muszę dać mu trochę czasu... Co nie? - spytała, śmiejąc się cicho.

Przyjaciółki spojrzały na nią troskliwie.

- Nic nie przychodzi samo. Aaaa właśnie! - Teraz spojrzała wymownie na Alice, która odskoczyła od nich z przestrachem.

- Co...? - spytała niepewnie.

- Ty już wiesz co - powiedziała, uśmiechając się złośliwe. - Myślisz, że nie widzę, jak wgapiasz się na Syriusza, kiedy siedzi pod drzewem?

Alice natychmiast oblała się rumieńcem. Otworzyła i zamknęła kilka razy usta, jednak chyba nie mogła znaleźć nic na swoje usprawiedliwienie. Spuściła głowę, wgapiając się w czubki swoich butów.

Jej przyjaciółki roześmiały się głośno. Splotła ręce na piersi i zrobiła obrażoną minę.

- A tak właściwie, to co ty w nim widzisz? - spytała Bell.

- No... no... - Alice chyba szukała odpowiedniego określenia, bo odłączyła się od świata całkowicie. - No... Przystojny jest. I pewny siebie - bąknęła i uciszyła na dobre. Było jej wystarczająco głupio.

- Czyżby cię trafiło? - spytała z rozbawieniem Bell, a Alice obrzuciła ją tylko zawistnym spojrzeniem. Po czym wytknęła język w jej stronę.

Milette zachichotała. Niestety dobrą zabawę bezczelnie przerwał im dzwonek.

Bell i Alice zrobiły zawiedzione miny. Popatrzyły na przyjaciółkę, która uśmiechnęła się łagodnie i wzruszyła ramionami.

- Druga lekcja obrony przed czarną magią - mruknęła Bell do Alice, posyłając jej tajemniczy uśmiech. - A ty co teraz masz? - spytała Milette.

- Transmutację z Ravenclawem... - powiedziała, wzdychając ciężko. Trzeba przyznać, że był to jeden z niewielu przedmiotów, który naprawdę jej nie szedł.

Przyjaciółki popatrzyły na nią z pełnym zrozumienia współczuciem. Poklepały ją pocieszająco po plecach.

- No nic. Trza uciekać. Nasz profesor raczej nie toleruje spóźniania - powiedziała niechętnie, na co Alice skinęła głową. Pomachały przyjaciółce na pożegnanie, po czym krzyknęły w jej stronę:

- Za godzinę na błoniach, to wszystko ci opowiemy! - I pobiegły w swoją stronę.

Następny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.