Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Yatta.pl

Opowiadanie

Ich hab' dich lieb

Rozdział 1/3

Autor:Darya
Korekta:Masahuku, Kitty
Serie:Axis Powers Hetalia
Gatunki:Obyczajowy, Romans
Dodany:2013-09-30 08:00:47
Aktualizowany:2013-09-25 07:28:47


Następny rozdział

Autorem Hetali jest Hidekaz Himaruya i to on stworzył postaci Erzsi i Rodricha. Nie jestem absolutnie wierna jego wyobrażeniom, bardziej trzymam się wiedzy o kulturze obu krajów.

Beta: Masahuku, Kitty.


Pukanie było tak ciche, że w pierwszej chwili zdawało mu się, że się przesłyszał. Druga seria uderzeń także nie ruszyła go z wygodnego fotela. Dopiero za trzecim razem uświadomił sobie, co ten dźwięk oznacza. Pomyślał, że to głupie. Miał przecież dzwonek do drzwi, który jeszcze po południu działał bez zarzutu. W dodatku dochodziła północ i gdyby nie film pewnie kładłby się już spać. Jaką sprawę mógłby ktoś do niego mieć w piątkową noc? Albo jakiś znajomy się upił i robi żarty, albo...

Albo to Erzsébet postanowiła go odwiedzić.

- Szia - przywitała się cicho, z lekkim uśmiechem, patrząc gdzieś w bok.

- Guten Abend. - Był tak zaskoczony, że nie zwrócił uwagi na to, że tą porę trudno było już nazwać wieczorem. - Wejdź, wyjątkowo zimny październik w tym roku mamy...

Przekroczyła próg, rozglądając się po przedsionku. Wszystko było jak dawniej, wydawało się, że żaden szczegół nie zmienił miejsca. Roderich nie lubił mieszać w swoim otoczeniu.

Pomyślał, że ona też była taka, jaką ją zapamiętał. Nawet płaszcz miała ten sam co ostatnio. Było to pięć lat temu czy jednak cztery? Na pewno był to marzec, równie chłodny.

Postawiła plecak na bok, powiesiła ubranie na wieszaku, koło niego czapkę, szal, zzuła buty. W jej ruchach dostrzegł jednak coś dziwnego. Ostrożność? Niepewność? Zanim zdążył upewnić się co do swoich spostrzeżeń, spojrzała mu wreszcie w oczy. Wyczekująco.

- Chodź do salonu - zreflektował się, że trochę bez sensu było stać tak w przejściu. - Kawa, herbata, a może jesteś głodna?

- Późno już. Woda starczy. - Wciąż mówiła podejrzanie cicho. Gdyby nie fakt, że to określenie nigdy mu do niej nie pasowało, powiedziałby, że nieśmiało.

Ruszył do kuchni, pozwalając jej samej odnaleźć się w domu. Nie zwlekając chwycił szklankę, wodę i jakiś sok.

Gdy wrócił siedziała już w jego fotelu, oglądając końcówkę filmu. Odwróciła głowę, gdy wszedł i wskazała na niedopitą przez niego puszkę piwa.

- A to mogę?

- Proszę - Roderich przysiadł na kanapie i sam sobie nalał przyniesiony napój.

Węgierka wypiła piwo jednym haustem. Wyglądało to znajomo. Zawsze zwracał jej uwagę, że pije jak facet, choć ona na to tylko wybuchała śmiechem i odgryzała mu się, że on za to w ogóle nie ma dobrego podejścia do alkoholu. Potem on się sprzeciwiał i się przekomarzali. Teraz tylko siedzieli w ciemnym pokoju, a jedyne światło i dźwięk dobiegały z telewizora.

Po długim wahaniu, mężczyzna podszedł do kobiety i objął ją od tyłu.

- W każdej chwili którą musiałem spędzić bez ciebie, czułem jak z mojego życia ulatnia się sens - szepnął jej czule we włosy. - Zaklinam los, by nigdy więcej nie dopuścił, byśmy musieli się rozdzielić.

Kobieta wybuchła płaczem i odwróciła się do niego. Długo wpatrywali się w siebie, po czym połączył ich namiętny pocałunek.

- Nasza miłość przeżyła ciężką próbę, ale obiecuję ci, że nigdy więcej nie pozwolę na to - obiecała mu, gdy już się od siebie oderwali. - Kocham cię do szaleństwa.

Na ekranie pojawiły się napisy końcowe.

- Urocze zakończenie - mruknęła Erzsi.

- Po zobaczeniu całego, powiedziałabyś, że naciągane.

- Ironia. Chociaż... czasami miło, jak się kończy szczęślii... - ostatnie słowo zlało się ze ziewnięciem. Przetarła oczy. Dopiero wtedy Roderich zauważył, że wyglądała na kompletnie wykończoną.

- Sama mówiłaś, że już późno. Chodźmy spać, jutro porozmawiamy. Prawda? - spytał ją gospodarz.

- Do niedzieli bym chciała robić ci za darmozjada. Przesłuchanie jutro to dobry pomysł. Znaczy, że dopiero jutro, nie, że weźmiesz mnie na spyyy... - nieudolnie powstrzymywała się od dalszego ziewania.

- Nie mam zamiaru cię wyrzucać, nie martw się. Chodź na górę.

Z trudem podniosła się z wygodnego fotela i ruszyła po schodach. Niosąc za nią torbę, zastanawiał się czy zaraz nie będzie musiał jej łapać. Pokierował ją do łazienki i wziął się za przygotowanie pokoju gościnnego. Skończył akurat gdy wyszła. Wskazał jej pokój, co skwitowała półprzytomnym mhm. Zauważył, że miała na sobie długą, zielono-srebrną koszulę nocną, którą dostała od niego w prezencie przy ostatniej wizycie. Nieśmiało ucieszony tym faktem, sam poszedł się umyć i przebrać.

Gdy skończył, zerknął do pokoju gościnnego. Pusto. Zdziwiony, sprawdził własną sypialnię. Oczywiście była tam. Nie miało teraz sensu roztrząsać, czy znalazła się tu umyślnie czy przez przypadek. Większym dylematem był wybór miejsca, gdzie on sam miał spać. Jeśli miał być szczery, nie lubił swojego pokoju gościnnego. A jego własne łóżko było dość szerokie... No cóż, nie będzie mu miała chyba za złe jak się położy obok. To nigdy nie był ten typ dziewczyny.

Zgasił światło i wsunął się pod kołdrę. Leżała odwrócona do niego plecami, w świetle księżyca zza okna widział tylko zarys burzy jej brązowych włosów. Pogłaskał je. Spała mocno, widać droga tutaj wykończyła ją. Jemu zaśnięcie sprawiało większy kłopot, głównie dlatego, że jego myśli biegły jak szalone, a wspomnienia mieszały się z przypuszczeniami. Próbował uspokoić się tym, że za kilka godzin dowie się czegoś konkretnego.

W końcu zasnął.

Ranek zdążył już zmienić się w dojrzałe przedpołudnie, gdy promieniom słońca i hałasom ulicy udało się wreszcie obudzić śpiących. Roderich otworzył leniwie oczy. Pamiętał, że śnił, ale nie mógł sobie przypomnieć żadnych szczegółów. W polu widzenia miał jedynie sufit, który nie dawał mu żadnych podpowiedzi. Spojrzał w prawo i zmrużywszy oczy odczytał na zegarze za kwadrans jedenastą. Poszli spać przed pierwszą, ale on leżał jeszcze z godzinę albo dwie. Z osiem godzin snu nazbierał, więc całkiem przyzwoicie. Po sesji matematyki na rozbudzenie, zerknął w lewo.

Erzsébet była obrócona w jego stronę, ale włosy zasłaniały jej twarz. Delikatnie odsunął ich pasmo, by sprawdzić czy jeszcze śpi. Zdradziła się uśmiechem. Roderich położył się na boku by mieć na nią lepszy widok i zaczął głaskać ją po odsłoniętym ramieniu.

- Łaskocze - szepnęła w końcu.

- Guten Morgen. Jeśli dziesiątą czterdzieści pięć nazwiesz rankiem.

- Ujdzie - otworzyła jedno oko. - Wygodne masz łóżko, wiesz?

- Wiem, dlatego je kupiłem.

- W niektórych dziedzinach doceniam twój gust. - Zanim zdążył jej odpowiedzieć, przysunęła się do niego bliżej. Teraz czuł jej oddech przez koszulę. Objął ją.

- Zimno - mruknęła w niego na usprawiedliwienie.

- Jak wstaniemy dołożę do pieca - zapewnił. - Choć mi jest w tym momencie wystarczająco przyjemnie.

- I cały dzień w łóżku spędzimy. Ale ty zawsze miałeś problemy z pobudką...

- I kto to mówi. Kiedy nie miałaś ważnego powodu do wstania, to nie było szans zobaczyć cię na nogach przed południem.

- Ta... - zaśmiała się. - A najgorzej jak już spaliśmy razem. Wtedy jedno drugie kompletnie demotywowało do wstawania i żeśmy się turlali od jednego brzegu łóżka, do drugiego. Żadne zirytowane pukanie do drzwi nie pomagało.

- Akurat te poranki miło wspominam.

- Tylko jak to było po jakieś dworskiej imprezie i rano się na kacątku budziło to nie było tak przyjemnie. Szczególnie przy twojej słabej głowie...

- Nie przypominam sobie - mruknął niby to urażony.

- Nie dziwię się, że tak powiem. Ale szkoda w sumie, bo wtedy, po pijaku, fajne teksty puszczałeś. Na przykład o tym, że etykieta na dworze kończy się wraz z progiem sypialni. Aż się ciebie wtedy słuchać chciało! - Wybuchła śmiechem.

- A na trzeźwo to się nie chce? - powiedział, wciąż obrażonym tonem, choć tak naprawdę widok dobrego humoru u niej sprawił mu ulgę.

- Wiesz, chcieć to może i by się chciało, ale po kieliszku zawsze lepiej mi to szło... O, właśnie, winiacza przywiozłam, spróbujemy sobie potem, co?

- Wezmę to pod uwagę - poczochrał ją, co wywołało u niej kolejne objawy radości.

Pomyślał, że to dobry moment, by wreszcie poruszyć najbardziej interesującą go kwestię...

- Dlaczego przyjechałaś?

- Nie wolałbyś dalej posłuchać o swoich pijackich wyczynach? Zdziwiłbyś się, słysząc niektóre historie...

- Jak już to później, bo obecnie uważam, że milej nam, a na pewno mi, będzie prowadzić dyskusję, gdy mnie łaskawie oświecisz czym zasłużyłem na tą niezapowiedzianą wizytę, nie dość, że o niezwykłej do przyjmowania gości porze, ale też przez kiedyś bliską, a nie widzianą od prawie pięciu lat znajomą z przeciwnego bloku politycznego, która obecnie zajmuje mi połowę łóżka i uważa za uprzejme wypominać mi dawne wady - powiedział na jednym wydechu.

- Wcale nie takie dawne, twoje zdania złożone wciąż ciągną się w nieskończoność.

- Erzsébet.

- W ogóle to ładna tapeta, choć osobiście nie przepadam za żółtym w sypialni. Dawno zmieniałeś?

- Eliza.

- Ech... - westchnęła teatralnie. - Piękna, młoda dziewczyna sama włazi ci do łóżka, a ty masz czelność narzekać?

- Powiedz. - Odsunął się kawałek i starał się zmusić ją, by spojrzała mu w twarz. Uparcie odwracała wzrok, więc zrezygnował i zadowolił się głaskaniem jej po policzku. - Proszę.

- A co tam do powiedzenia. - Wtuliła się znów, a Roderich poczuł krawędź łóżka. - Się złożyło to jestem. Bo chłopaki od Jonasza z XII dzielnicy przepustki dostali. Weekendzik, więc nie za krótko, nie za długo, akurat. A skoro jest okazja, to co mi szkodzi? Zmiana otoczenia, no i popatrzę sobie, jak się cholerne kapitalisty w swoim burżujskim gnoju brodzą. Takie porównanie, żeby znów się przekonać, że żyję w najwspanialszym ustroju na świecie, nie żebym kiedykolwiek wątpiła, bo to w końcu oczywiste. To jest wersja dla dociekliwych, bo partyjnym znajomym wspomniałam o pewnym przystojnym młodym studencie, rzecz jasna o słusznych poglądach, i gorącym weekendzie nad Balatonem. Znaczy ostatnia część w domyśle, ale urlopu dostałam, niech się dziewczyna bawi, na chwałę narodu, czyli moją.

- W takim razie zmartwią się, jak się dowiedzą, że nie byłaś z nimi szczera - odpowiedział starannie dobierając słowa.

- Podziwiam cię, jak ty to ładnie umiesz się wysławiać. A co do biednych partyjniaków, to Balatonu tu może nie widzę, młody to tyś już od paru wieków nie jest, ale co do reszty, to nikt nie mówi, że nie można by wyrobić powyżej normy... - Zaśmiała się.

Roderichowi to na razie wystarczało. Miał wrażenie, że jeszcze czegoś w tej historii brakuje, ale to mogło poczekać.

- Czemu się tak śmiejesz? - spytał niby nie wiedząc, co miała na myśli.

- Bo głodna jestem.

- I to takie śmieszne?

- Nie, wcale nie śmieszne, powiedziałabym, że wręcz tragiczne, ale gościowi nie wypada grzebać po lodówce gospodarza.

- Lepiej więc wymusić na nim, by przygotował śniadanie?

- Czy ja cię wyganiam? - spytała niewinnie i się przeciągnęła. Austriak odsunął się lekko i to wystarczyło, by spaść z łóżka, wraz z kołdrą. Erzsébet nie wytrzymała i znowu wybuchła śmiechem.

- Rozumiem, że to starczy ci jako odpowiedź? - powiedział, siadając i sięgając po okulary. Węgierka skuliła się, wciąż chichocząc. Pogłaskał ją i ruszył do drzwi.

- Podaj kołdrę! - rzuciła za nim.

- Sama sobie mogłabyś wziąć, leniwa kobieto. - Mimo to podniósł pierzynę i przykrył ją. - Tylko nie zasypiaj, zaraz ci łazienkę zwolnię.

- Tak, psze pana. A teraz idź mi przygotować żarełko!

Roderich nic nie odpowiedział. Dziewczyna zniknęła pod okryciem.

Nie musiał długo na nią czekać.

- Szybka jesteś - przywitał ją w kuchni, gdy przyszła. Na ramionach miała ręcznik, po nim falami spływały mokre włosy. Krytycznie przyjrzał się jej ubraniom. Długa brązowa spódnica i biała bluzka nie wyglądały na wzięte z katalogu mody. Przynajmniej nie z zachodniego katalogu, poprawił się w myślach.

- Nie, to ty się ociągasz - odpyskowała siadając przy kuchennym stoliki i obserwując go, gdy przygotowywał śniadanie. - Dwie łyżki cukru i mleko do kawy - dorzuciła. On uprzejmie nie skomentował, co uważa o takim znieważaniu swojego ulubionego napoju.

Po chwili stały już przed nią chleb, wędliny, jakiś topiony serek, do tego podgrzał parówki. Ku jej wielkiej radości, znalazł się nawet słoik marynowanej papryki. Erzsébet całkowicie skupiła się na posiłku, pochłaniając kolejne bułki.

- Co chcesz dzisiaj robić? - spytał. Komentarz o skutkach takie obżarstwa też sobie darował.

- A co miałeś w planach? - odpowiedziała.

- Nie mów z... - nie skończył, widząc jej karcący wzrok. - Nieważne. A planów nie miałem. Soboty mam często wolne w zamian za nadgodziny, czasami kogoś odwiedzę, ale zwykle w domu siedzę i cieszę się spokojem. W sumie to dobrze, że jesteś teraz, a nie tydzień wcześniej... Widzisz, zadławiłaś się od tego tempa!... Bo byłem na piłce nożnej u Ludwiga i musiałabyś chyba w ogródku nocować.

- Jak poszło ci na meczu? - spytała, gdy już przełknęła morderczą bułkę.

- Innymi słowy, możesz zadecydować co chcesz dzisiaj robić, ja się dostosuję.

- Uuu, aż tak mocno szkop ci dowalił?

- Pięć do zera. Milcz.

Ona jednak ryknęła śmiechem. Potrzebowała dobrej chwili, by się uspokoić.

- Dobra, dobra, już tak nie ma nie wzrocz - powiedziała, wciąż uśmiechnięta. - Co zaproponujesz?

- W Wiedniu jest wiele możliwości... Możemy iść do centrum, nawet powspominać na Hofburg...

- A wiesz... - Dziewczyna z zamyśleniem wpatrzyła się w kubek z kawą. - A może zrobimy tak... Nie mam ochoty zajmować się dzisiaj historią. Zróbmy sobie dzisiaj urlop.

- Od historii?

- Nie tylko. Zróbmy sobie dzisiaj urlop od bycia narodami.

- Jak to sobie wyobrażasz? - szczerze zdziwił się Roderich. - To tak jakby przestać być, no.. sobą...

- Głupku, nie o to mi chodzi. - Erzsébet zirytowana spoglądała gdzieś w bok. - Po prostu nie myślmy przez jakiś czas o polityce, przeszłości... Poudawajmy ludzi, co?

- Dobrze... Po prostu dziwnie to nazwałaś...

- Oj tam, oj tam. A co do dzisiaj, to chyba naprawdę zbyt ładna pogoda na dworze, by siedzieć tylko w domu - zerknęła za okno, z którego wylewały się wręcz promienie słońca. - Pokażesz mi mniej turystyczną część Wiednia. Z daleka od Ringu.

- Jak chcesz, moja droga. Mi to obojętne. Pewnie chcesz na zakupy?

- Portfel mnie zabolał, ale chyba nie dam rady się oprzeć... - Mówiąc to, uśmiechnęła się, co Roderich wziął za dobry objaw. - Pomóc ci zmywać?

- Nie, to tylko parę rzeczy. Wyjadłaś wszystko do czysta.

- Pfi - prychnęła i zaczęła bawić się radiem. Z odbiornika popłynęła popularna angielska piosenka. - Tak po prostu, południem na antenie? A ja za tym singlem całe podziemie budapesztańskiego przemytnictwa przeszukałam...

- Co tam mówiłaś? Nie dosłyszałem.

- Nic, naprawdę nieważne.

- Das war der neuste Hit direkt aus den britischen Charts. Zur Musik kommen wir wieder nach den Nachrichten. Wir haben Samstag Mittag, den... - Węgierka wyłączyła urządzenie.

- Mogłaś zostawić wiadomości - zauważył jej gospodarz.

- Nie. Miało być bez polityki. Jak będzie coś ważnego, to już się dowiesz, a tak to sobie oszczędzimy nerwów.

- Jak chcesz... Wszystko w porządku? - zignorowała lub nie dosłyszała jego pytania, bo już ruszyła do przedpokoju. Nie zastanawiając się dłużej nad tą kwestią, poszedł w jej ślady.

***cdn***


Das war... - To był najnowszy hit prosto z brytyjskiej listy przebojów. Do muzyki wrócimy tuż po wiadomościach. Mamy sobotnie popołudnie dnia...

Następny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.