Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

Tout en haut du monde - recenzja filmu

Autor:Tablis
Redakcja:IKa
Kategorie:Film, Recenzja
Dodany:2019-12-24 18:14:49
Aktualizowany:2019-12-24 18:15:49

Dodaj do: Wykop Wykop.pl


Ilustracja do artykułu





Tytuł oryginalny: Tout en haut du monde

Inne tytuły: Long Way North

Reżyser: Rémi Chayé

Scenariusz: Claire Paoletti, Patricia Valeix, Fabrice de Costil

Muzyka: Jonathan Morali

Producent: Ron Dyens, Claus Toksvig Kjaer, Henri Magalon

Gatunek: animacja

Czas trwania: 80 min

Rok: 2016









W kinie francuskim dalej żywe są ambicje artystyczne. O ile w Stanach i Japonii powszechną kulturową świadomość kształtują pozycje w pierwszej kolejności nastawione na zysk, a ambitniejsze produkcje zajmują boczne nisze, tak we Francji wysmakowanie, prestiżowość oraz inne przymioty szeroko pojętej kultury wysokiej są ważną częścią społecznej tożsamości. Poziom artyzmu to oczywiście sprawa mocno subiektywna, ale nawet pobieżne wyszukanie w Internecie przykładów francuskiej animacji przypomniało mi o bogactwie stylów, z którego mają prawo być dumni.

Ta skłonność do eksperymentów objawia się też w fabułach, wszak przedstawienie w formie filmu dla dzieci wyprawy arktycznej to koncepcja nietypowa i odważna. Toż to nie te klimaty, wszak Arktyka to dzikie, surowe piękno, ujawniające się tak w pustce lodowych przestrzeni, jak i w cierpieniu i śmierci towarzyszących ludziom stawiającym jej wyzwanie. Zdawałoby się, że to nie ma prawa działać... I może nawet nie działa? Niełatwo mi się wczuć w, sądząc po wieku bohaterów, piętnastolatka podczas kinowego seansu przyzwyczajonego do popularnych anime i produkcji Disneya. Wyciszenie tego filmu może go odrzucić, z drugiej jednak strony od czegoś trzeba zacząć przygodę z różnymi rodzajami kina.

Kompromisy, na jakie się zdecydowano, mogą być z kolei uciążliwe dla dorosłego. Sięgnąłem po ten tytuł dla animowanej Arktyki, więc spędzenie na początku trzydziestu pięciu minut na czekaniu, aż bohaterka wsiądzie na okręt było nużące, tym bardziej, że historia i tło wtedy zaprezentowane, choć ujęte kompetentnie, są też dość przewidywalne. Ot, nastoletnia Sasza wbrew rodzicom i reszcie otoczenia postanawia ruszyć na poszukiwania swojego zaginionego dziadka i jego lodołamacza „Dawai”. Jest w tym trochę opowieści o emancypacji, trochę o dorastaniu, trochę o konflikcie międzyklasowym, ale zbyt to wszystko podręcznikowe. Wychowana w luksusach Sasza nauczy się wartości pracy, a żeglarze oraz inni przedstawiciele ludu, że dziewczyna, a w dodatku arystokratka też może nauczyć się cenionej przez nich wytrwałości i siły woli. Szczególne postać antagonisty Tomskiego twórcy mogli sobie darować - jego spiskowanie przeciwko rodzinie Saszy jest centralną częścią filmu przez pierwszy akt, ale gdy ten się kończy, postać zostaje natychmiast zapomniana. Mało to zgrabne i pokazuje, że priorytety twórców były jednak gdzie indziej, bo choć Petersburg z czasów Romanowów jest tu ukazany z niezaprzeczalnym staroświeckim urokiem, to czuć, że jest tylko wstępem do wyruszenia ku Północy.

Ta zaś z naddatkiem nadrabia długie oczekiwanie. Czuć, że to dusza tej produkcji. To film nakreślony w pastelach, jednorodnymi barwnymi plamami, z prostymi cieniami. Skutkuje to tym, że wszystko wygląda płasko, a zarazem sprawia, że lód i śnieg wyglądają cudownie w całym bogactwie form, których dostajemy szeroki przegląd: od prostej i niemal abstrakcyjnej geometrii morskiej kry, do bulwiastych lodowych labiryntów i drapieżnych, pokiereszowanych zwalisk. Mimo że bryła przez większość czasu gubi się w kolorze, to momentami wraca, szczególnie w ciepłym wieczornym świetle, którym jednak twórcy operują oszczędnie, traktując je jako humanizujące wytchnienie pogłębiającego zagubienie rozproszonego chmurnego oświetlenia. Dezorientujący labirynt dominuje nad postaciami oraz ekwipunkiem, w dodatku nie tylko wizualnie, ale też dźwiękowo, poprzez trzaski, jęki, chlupania i gruchoty bezustannie potwierdzając swoją obecność.

Jest uroczo i aż żal, że tak krótko, co jak podejrzewam jest częścią ceny za uczynienie tej produkcji stosunkowo przystępną. O ile jednak do ogólnego rozplanowania akcji można mieć uwagi, tak finał nie idzie na kompromisy i broni się wyśmienicie. To scena tak mocna, że reszta filmu sprawia wrażenie, jakby była pod nią napisana. Na jego obronę wypada jednak dodać, że bez podbudowy z pewnością ten moment nie wbijałaby się tak bardzo w pamięć. Szkoda, że blednie przy nim kilka następnych minut, stanowiących epilog pobieżnie i mało efektownie kończący pozostałe wątki. Zabrakło odwagi, aby uciąć we właściwym miejscu.

Generalnie, film ten wygrywa w momentach, gdy zdobywa się na eksperymenty. Jako młodzieżowa opowiastka ku pokrzepieniu serc sprawdza się przeciętnie i nie udaje mu się zwalczyć dysonansu między brutalnym tłem Arktyki, a jego motywującym przesłaniem. Pewne rzeczy, pewien rodzaj piękna wydaje się mieć swoją cenę, a bohaterowie tej ceny nie płacą. Postawiony wobec dylematu: czy wierzyć ich losom, czy wierzyć Arktyce, ostatecznie wierzę w tej drugiej, co jest też - stosownie - zarówno klęską jak i zwycięstwem twórców w tym skonfliktowanym filmie.


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.