Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Yatta.pl

Opowiadanie

Neon Genesis Evangelion ANIMA tom_01 - recenzja książki

Autor:Diablo
Redakcja:Avellana
Kategorie:Książka, Recenzja
Dodany:2020-09-14 21:41:32
Aktualizowany:2020-09-14 23:08:32



Ilustracja do artykułu





Tytuł oryginalny: エヴァンゲリオン ANIMA

Autor: Yamashita Ikuto, Utatane Hiroyuki, Takeru Kageyama

Tłumaczenie: Michał Żmijewski

Wydanie oryginalne: 2020

ISBN tomu: 978-83-7471-785-4

Stron: 300







Na początku było Słowo. A Słowo było u wydawcy i Słowo było Mamoną. Ono było na początku u wydawcy i wszystko się przez nie stało. No sami powiedzcie, czy może być lepszy wstęp do recenzji tytułu spod szyldu Neon Genesis Evangelion, którego pierwotnym celem było zarobienie dodatkowej kasy? Bo, jak przyznaje sam autor recenzowanego tu potworka, inspiracją do jego powstania był model Evy 01 przygotowany z myślą o pewnej grze komputerowej. Model w pewnym momencie został przerobiony na figurkę, wokół której autor zacząć tworzyć historię mającą być alternatywną wersją wydarzeń z serii głównej i jednocześnie jej ciągiem dalszym. Ech, że też to ostatecznie powstało…

Powiem wam szczerze: oryginalnej serii telewizyjnej sprzed nastu lat nie darzę szczególną miłością. Nie mam też do niej nabożnego podejścia i w żadnym razie nie widzę w niej ukrytych przekazów czy też nowej interpretacji zapisków religijnych stanowiących fundament naszej kultury europejskiej. Odświeżyłem ją sobie, po jakichś dwunastu latach, na potrzeby recenzji light novel, i obiema rękami podpisuję się pod stwierdzeniem mojej szanownej koleżanki, która w jednej z recenzji stwierdziła, że to w gruncie rzeczy seria, której motywem są próby, nieudane zresztą, porozumienia. Pod kątem czysto graficznym i animacyjnym seria nadal daje radę (choć z oczywistych względów nie umywa się do wersji Rebuild). Jednak jej warstwa fabularno-mistyczna, wraz z kosmicznie pokręconym zakończeniem, ubawiła mnie dziś setnie.

Podobne odczucia miał chyba również autor Animy, Ikuto Yamashita, bo na kartach książki stwierdza, że plan Dopełnienia Ludzkości, który szykowało SEELE, przypominał tanią fantastykę. Zresztą tym niepochlebnym epitetem można by określić całą tę książkę. Bo czegoż tu nie ma! Zaczyna się od tego, że Dopełnienie Ludzkości poszło w diabły, bo zamiast 01 na drzewo życia trafiła Eva 02. Shinji natomiast z niejasnych w sumie powodów strzelił focha i rozwalił drzewo życia Włócznią Longinusa. Włócznią okazującą się zresztą tylko repliką tej, która w anime trafiła na Księżyc. Na wypadek, gdyby się ktoś zastanawiał, skąd się ona wzięła podczas bitwy z End of Evangelion. Wróćmy jednak do Shinjiego. Kiedy już wykarczował drzewo, pozabijał, tak całkiem na śmierć, wszystkie seryjne Evy. Potem Lilith zmieniła się w wielkie czarne jajo i pochłonęła całą starą siedzibę NERV-u wraz z tatusiem Shinjiego, doktor Ritsuko oraz jeszcze kilkuset innymi osobami. Przy okazji zrobiła też chyba operację plastyczną Asuce, bo ta stała się tu blondyną o skądinąd niepokojącej twarzy i ponadprzeciętnym biuście, który to biust jest chyba najczęściej podkreślaną jej nową cechą. W efekcie dalszych wydarzeń trzy lata później szefową nowego NERV-u zostaje Misato, Ayanami żyje w czterech osobach naraz, Shinji jest nowym przewodniczącym swojej klasy, a Ziemi strzegą trzy wyniesione na orbitę kosmiczną nowe modele Evy 00. Rozpisałem się jak nieszczęście, a to w sumie ledwie początek rewelacji z tej książki.

Ogólnie rzecz biorąc, dzieje się tu mnóstwo. Wydarzenia, coraz bardziej bzdurne i durne, gonią na złamanie karku jedne za drugimi, rozwój postaci jest praktycznie zerowy, a ich zmiany względem czasów z anime trudno w ogóle dostrzec i da się je streścić w jednym ogólnikowym zdaniu. O ile anime dążyło za wszelką cenę do stania się, koniecznie dużą literą, Poważnym, Mistycznym i Mądrym, tak kontynuacja w postaci tej light novel kojarzy mi się nieodmiennie z parodią. W serii telewizyjnej twórcy starali się, abstrahując już od tego, czy faktycznie miało to jakiś sens, uzasadnić ukazywane wydarzenia i motywacje postaci. Tu tego nie ma. Co i rusz czytelnik atakowany jest coraz to bardziej kosmicznymi motywami, teoriami, nagłymi zwrotami wydarzeń i deus ex machina, po których można albo zrobić oczy w słup, albo parsknąć śmiechem zażenowania.

W sumie to sam nie wiem, co myśleć o tej książce. Niektórzy powiedzieliby pewnie, że jest tak absurdalnie głupia, że aż śmieszna, ale moim zdaniem to byłaby gruba przesada. Kto wie, może w pewnych kręgach obrosła równie wielkim kultem, jak swego czasu serial animowany, ale w moim odczuciu stanowi ona tylko bezczelny skok na kasę. Tworzona początkowo jako seria opowiadań dla magazynu modelarskiego, przerodziła się w książkową maszynkę do drenowania kieszeni fanów. W dodatku niechlujnie zredagowaną, zupełnie jakby tłumacz i korekta też nie mogli znieść kontaktu z tą literacką abominacją przypominającą fanfik nastolatka. Co kilkanaście stron trafiają się kulawo brzmiące zdania, literówki, ucięte słowa, albo określenia, które nie bardzo wiadomo, co mają znaczyć. Na kolana nie rzucają też pojawiające okazjonalnie grafiki, na których z reguły niewiele zresztą widać. Chyba jedynym elementem, do którego trudno się przyczepić, są liczne modele Evangelionów na pierwszych kilku kolorowych stronach, po zakończeniu książki, a także pod obwolutą.

W moim odczuciu szkoda jednak na tę książkę czasu i pieniędzy - czy to waszych, czy też waszych rodziców. W sumie jedynym, co może przemawiać za ewentualnym zakupem, jest nieskończona miłość potencjalnego czytelnika do samych EV. W książce udało się przemycić na ich temat kilka ciekawostek, nie brak tu licznych modeli, a i same roboty są, skądinąd, głównymi bohaterami tego marnego show. Ale czy ta miłość jest wystarczającym motywem do zakupu? Na to pytanie musisz sobie, czytelniku, odpowiedzieć sam.


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.