Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Inuki - sklep z mangą i anime

Opowiadanie

Korpo-Slayers

Korpo-Slayers- "Mission (Karaoke) Impossible"

Autor:Rinsey
Serie:Slayers
Gatunki:Komedia, Romans
Uwagi:Alternatywna rzeczywistość
Dodany:2026-07-19 12:15:17
Aktualizowany:2026-07-19 12:15:17


Następny rozdział

Kopiowanie całości lub fragmentów bez zgody autorki zabronione.


Zelgadis spojrzał raz jeszcze na swoje notatki i poczuł, że żołądek mu się skręca, ręce wilgotnieją a po czole zaczynają spływać zimne krople potu.

W kalendarzu aplikacji komputerowej zaradzającej spotkaniami „Togethers” wyraźnie wyświetlała się nazwa klienta:

Martina Zoana Mel Navratilova

A na jego notatkach, perfekcyjnie wyliczonych raportach i wykresach, bezlitośnie widniała:

Erisiel Vrumugun

Do jasnej cholery, jak mógł tak spieprzyć przygotowanie na rozmowę z klientem?!

Jak wrócił ze spotkania z nim siłą faktu był trochę nieobecny. Ale nie przypuszczał, że kiedykolwiek, w jakichkolwiek okolicznościach, pozwoli sobie na taki brak profesjonalizmu.

Jego wewnętrzną tyradę przerwało gwałtowne otwarcie się drzwi do salki konferencyjnej. Do pomieszczenia wparowała burza rudych włosów.

- Cześć, Zel! Nie spóźniłam się! Mam wciąż dwie minuty! - Niewysoka dziewczyna o filigranowej budowie szybko zajęła miejsce obok niego i zaczęła wypakowywać laptopa i notatki z niewielkiej torby. Jednak, gdy spojrzała się na niego, zatrzymała się w bezruchu. Przez dłuższą chwilę lustrowała go para bystrych, inteligentnych oczu. - Nie jesteś przygotowany na spotkanie z Martiną, prawda?

Zelgadis nie musiał odpowiadać. Najwyraźniej wyraz jego twarzy był wszystkim, czego potrzebowała Lina.

- No tak… W końcu widziałeś się z nim… - odparła cicho ze zrozumieniem, po czym dodała weselej. - Masz szczęście. Akurat wczoraj grzebałam w raportach dla Zoanów. Poprowadzę to spotkanie. Aaaaale. Będziesz miał u mnie dług, Zeluś. Obiecaj, że spełnisz moją jedną prośbą, bez swoich typowych marudzeń i wykrętów i będziemy kwita, zgoda?

Oniemiały Zelgadis zdołał tylko kiwnąć głową. Tyle Linie całkowicie wystarczyło.

- Doskonale! To zaczynamy! - oznajmiła z satysfakcją młoda kobieta i włączyła start w aplikacji spotkaniowej.

- Dzięki, Lina - wymamrotał cicho pod nosem Zelgadis, zanim włączył swój mikrofon.


***


- No, nie było tak źle!

- Dzięki raz jeszcze, Lina… To się nie powtórzy…

- Zel, po to ma się partnera, aby sobie pomagać, tak? Mógłbyś sobie odpuścić czasem ten swój perfekcjonizm.

- Łatwo mówić, gdy ma się do czynienia z kimś takim jak on.

- Było tak źle? - Lina spytała z autentycznym współczuciem.

Zelgadis ciężko westchnął.

- Było jak zawsze. Podważanie mojej pracy w Shabranigdo Corp. Abym dał sobie spokój z tą „zabawą” i po prostu przejął imperium Greywordsów.

- Pieprzony dziad. Zel, dobrze to wiesz, ale się powtórzę. Wykonujesz świetną robotę. Rezo dobrze to wie i dlatego chce cię zagarnąć jak najszybciej do Five Sages Corp.

Nie wyglądał na przekonanego, ale nie mógł nie docenić tych słów.

- Wiem, wiem. Dzięki, Lina.

- Ha, skoro przy podziękowaniach jesteśmy. Obiecałeś spełnić moją jedną prośbę, bez swoich typowych marudzeń i wykrętów, prawda?

Zelgadis westchnął ciężko po raz kolejny. Miał złe przeczucia. Ale nie miał przecież wyjścia. Nikt się nie ukryje przed spłaceniem długu u Liny Inverse.

- Tak obiecałem. A więc, co to będzie? Mam ci postawić obiad, rejs dookoła świata, podróż ma księżyc?

- Nic z tych rzeczy, chociaż na przyszłość przemyślę twoje propozycje. - Uśmiechnęła się złośliwie. - Pamiętasz Amelię, moją podopieczną w pracy? Dziewczyna ukończyła staż i dostała propozycję dalszej pracy! - W czerwonych oczach było widać ewidentną dumę. - Z tej okazji planuję ją zabrać na małą integrację. I w związku z tym idziemy z ekipą na karaoke. A ty, Zeluś, pójdziesz z nami, jasne?

Zelgadis w jednej chwili zbladł i zaczął poważnie żałować, że nie przyznał się klientom, że jest nieprzygotowany do pracy.


***


Gdyby ktoś mu powiedział tydzień wcześniej, że piątek wieczór spędzi zamiast w swoim ukochanym gabinecie, zajmując się jednym ze swoich wielu dodatkowych projektów, tylko w najpopularniejszym barze karaoke w Seyrun, parsknąłby ironicznym śmiechem i omijał tego szaleńca z daleka.

A jednak, on, Zelgadis Greywords, jeden z najbardziej obiecujących talentów Shabranigdo Corp., znany jednocześnie z unikania wszelkich wyjść grupowych jako typowy marudzący introwertyk, stał właśnie w drzwiach najbardziej jaskrawego i tandetnego przybytku, jaki kiedykolwiek został stworzony ludzką ręką.

Absolutnie przerażającą cechą Liny Inverse była jej umiejętność sprawiania, że otaczający ją ludzie robili dokładnie to, czego chciała.

- Zel! Tutaj! - Szybko dojrzał jej bujną rudą czuprynę pośród stojącej w kolejce grupki ludzi.

Gdy tylko się od nich zbliżył, Lina przestała machać, wzięła go pod ramię i szepnęła mu do ucha.

- Zeluś, pamiętasz, prawda? Ża-dne-go marudzenia, jasne?

- Tak, tak, pani wybawicielko - odparł bez krztyny entuzjazmu w głosie.

- Udam, że nie słyszę tej ironii - powiedziała cicho, niebezpiecznie mrużąc oczy, po czym znowu pełnym głosem zwróciła się do swoich przyjaciół. - Moi drodzy, niektórzy z nas się znają inni nie, więc będzie łatwiej, jak się wszyscy przedstawimy. Zacznijmy od gwiazdy wieczoru - oto Amelia Will Tesla Seyrun, która ukończyła właśnie pode mną półroczny staż, a od poniedziałku stanie się oficjalnym pracownikiem naszego departamentu.

Dziewczyna o ciemnych włosach do ramion i dosyć sporym biuście uśmiechnęła się nieśmiało. W jej niebieskich oczach błyszczała radość, niewinność i idąca za nią naiwność…

Amelii trudno było Zelgadisowi nie znać. Po pierwsze, była córką prezydenta Seyrun, czyli dosyć rozpoznawalną personą. Po drugie, przez ostanie pół roku chodziła za Liną jak małe nieopierzone kaczątko, trzymające się swojej matki. Często nie mógł zjeść z Liną lunchu, bo młoda kobieta była zajęta swoją podopieczną. Ogarniało go wtedy dziwne, trudne do zdefiniowania uczucie. Coś na kształt irytacji? Nie był w stanie wyjaśnić, z jakiego powodu mógłby odczuwać coś tak infantylnego, ale też nie przywiązywał do tej emocji zbyt wiele wagi.

Kolejną wskazaną przez Linę osobą była wysoka, długowłosa piękność o dobrotliwych zielonych oczach.

- To jest Sylphiel Nels Rada. Sylphiel pracuje w HRach i dopilnuje, abyśmy mieli darmowy lunch w piątki, tak Sylphiel? - zakończyła rudowłosa z ogromnym wyszczerzem na twarzy.

To była chyba rekrutacja doskonała. Zelgadisowi było sobie bardzo łatwo wyobrazić, że tak spokojna, miła i zrównoważona osoba pasowała do działu kadr idealnie.

- Lina… Mówiłam ci, że to nie przejdzie… - odparła delikatnie Sylphiel, czując się ewidentnie niezręcznie.

A może jednak nie tak idealnie…

- Lina, przestań dokuczać Sylphiel - wtrącił dobrodusznie bardzo wysoki mężczyzna o długiej blond czuprynie.

- Tak, tak, panie obrońco uciśnionych niewiast - przytaknęła bez większego oporu, po czym spojrzała znacząco na HR-kę. - Sylphiel, jeszcze się nie poddałam! Wrócimy do tematu! A wracając do prezentacji, unoszący się tutaj obrońca uciśnionych to Gourry Gabriev, prywatny masażysta naszej firmy. I może nie wygląda, ale zna się na rzeczy. Poza godzinami pracy Gourry prowadzi też klub…

- Kendo - dokończył za nią Zelgadis.

Lina zaskoczona spojrzała się na niego.

- To wy się znacie?

- Tak, Zel czasem do nas wpada - wtrącił uśmiechnięty Gourry. - To mój najlepszy partner do sparringu. Ale dawno cię nie było, Zel.

- Miałem ostatnio… dużo pracy.

- No proszę, czyli jednak wychodzisz gdzieś poza pracą, Zeluś - Lina lekko dźgnęła go łokciem.

- Nie przedstawiłaś wciąż wszystkich… - Irytacja wręcz wylewała się z jego głosu.

- Już, już. Ta oto tutaj to Filia Ul Copt, pracuje w dziale utrzymania jakości. I się nadaje do tej pracy i-de-al-nie - Lina wbiła dosyć mocno palec w żebra blondynki.

- Ej, Lina, to boli! Dostałaś to, na co zasłużyłaś. - Odbiła piłeczkę, mrużąc groźnie niebieskie oczy Filia.

Zelgadis westchnął ciężko, nie pierwszy i nieostatni raz tego dnia. Filię Ul Copt znał aż za dobrze.

- Lina, nie mów, że znowu załatwiłaś nam audyt wewnętrzny.

- To nie była moja wina! - Szybko zmieniła temat. - Ten maruda to Zelgadis Greywords, to mój partner z działu zarządzania projektami. Pracujemy razem z Zelem już trzeci rok. I nasz ostatni gość to Xellos Metallium, wiceprezes naszej firmy. I powiem szczerze, nie mam pojęcia, co tu robi. - W czerwonych oczach błysnęła irytacja. - Filia, wyjaśnisz nam to?

- Sam mogę to wyjaśnić, Lino. Przeprowadzam kontrolę jakości naszemu działowi utrzymania jakości! - Zaśmiał się serdecznie fioletowo-włosy mężczyzna.

Filia w jednej chwili spłonęła rumieńcem.

- Ty, ty… zboczeńcu! Idź stąd!

- Hm… Poczekaj, Filia. To, skoro mamy tutaj wiceprezesa, to rozumiem, że możemy to potraktować jako wyjście firmowe i cały koszt dzisiejszego wieczoru pokryje firma za pośrednictwem karty korporacyjnej osoby o najwyższym stanowisku, tak Xelloss?

- Hm… To dosyć niekorzystna dla mnie propozycja, nie uważasz Lino? - Dotąd zmrużone oczy lekko się uchyliły, ukazując przerażające fioletowe tęczówki.

Xelloss Metallium słynął z niezwykle pobłażliwego stosunku do wszystkich pracowników Shabranigdo Corp. Jednak plotka głosiła, że przy biznesowych przeciwnikach zmieniał się nie do poznania, stając się absolutnie bezlitosnym oponentem. Obie jego strony jego jestestwa sprawiały, że Zelgadis zwykle go unikał bądź ignorował.

- Możemy zawsze cię oskarżyć o stalkowanie pracownicy z działu utrzymania jakości. - Powieki Liny nawet nie drgnęły.

- Potraktowałabyś tak swojego ulubionego wiceprezesa, Lino? Jak to by wyglądało w twoich papierach?

- Lina… Chyba trochę przesadzasz - wtrąciła z lekkim przestrachem Filia.

- Żyjemy w postępowych czasach. Możemy się o tym przekonać już zaraz. - Lina całkowicie zignorowała koleżankę, nie odrywając wzroku od Xellossa.

Wiceprezes w końcu z powrotem przymknął powieki i uśmiechnął się dobrodusznie.

- Ech… Dobrze. Shabranigdo Corp. stawia dzisiejszy wieczór.

- Słyszeliście, kochani? Jemy i pijemy do upadłego! - krzyknęła triumfalnie Lina, wznosząc dłoń w kształcie „V” do góry na znak zwycięstwa.

Zelgadis przyglądał się całej scenie w niemym ni to zachwycie ni to przerażeniu.

Lina Inverse po prostu robiła wszystko, co chciała i chyba nie istniała żadna siła, która byłaby w stanie ją powstrzymać.


***


Sączył już kolejną szklankę whisky w sali karaoke, którą dostali na wyłączność, gdy kątem oka dojrzał mikrofon.

Póki co wieczór nie przebiegał tak źle, jak się spodziewał. Okazało się, że Gourry, chociaż może pozornie niezbyt bystry w codziennej konwersacji, był niesamowicie ciekawym rozmówcą w temacie kendo.

- Zel, myślę, że powinieneś częściej wpadać do mnie na kendo. To naprawdę bardzo dobrze robi na różne inne… sprawy życiowe.

- Pomyślę o tym…

Filia wbrew wcześniejszej ostentacyjnej niechęci względem Xellossa, przegadała z wiceprezesem pół wieczoru.

- Naprawdę uważasz, że Kipton to dobry napój? Chyba tracę wiarę w ciebie jako fana herbaty.

- Phi, i to mówi ta, która nie tak dawno stwierdziła, że Staga jest akceptowalna.

Amelia, Lina i Sylphiel po prostu szalały przy karaoke, czerpiąc z tego mnóstwo radości. Zelgadis był zaskoczony jak dobry głos miała każda z nich. HR-ce świetnie wychodziły melodyjne ballady, natomiast dwie pracownice działu zarządzania projektami wręcz rewelacyjnie śpiewały w dwugłosie. Amelia paradoksalnie brzmiała dojrzalej w trackie śpiewu aniżeli, kiedy się wypowiadała. Lina zaś… Miała w swoim głosie coś, od czego nie mógł się oderwać.

I to właśnie ona stała teraz przed nim, mierząc w niego mikrofonem.

Patrzył się na nią przez dłuższą chwilę, jakby nie rozumiał, co młoda kobieta ma na myśli.

- Teraz twoja kolej! Tylko ty nie śpiewałeś jeszcze, Zel.

W sumie to była prawda. Sylphiel poprosiła Gourry’ego, aby jej towarzyszył w damsko-męskim duecie. Chociaż nie mógł się równać ze swoją partnerką, zafałszował tylko w kilku co trudniejszych miejscach.

Nawet Filia i Xelloss wyszli raz na scenę, wykonując razem komiczną piosenkę jednego z popularnych kabaretów o trudnej miłości pełnej nienawiści i przekomarzania. Filia popisała się niezwykle czystym głosem, Xelloss zaś nie mógł się powstydzić talentu aktorskiego.

Co za banda zdolnych ludzi o wielu talentach…

Sam nie wierząc, że naprawdę to robi, pewnie pomogło w tym tych kilka szklanek whisky, które już miał na swoim koncie tego wieczoru, chwycił w dłoń mikrofon i wyszedł na scenę.

Piosenka, którą wybrał była bardzo stara. Sięgała do czasów, gdy świat był prosty… Pełen wolności i radości… Bez trudu dał się porwać magii nostalgii… Pozwolić się wydobyć na powierzchnię chociaż niewielkiej części tego, co na co dzień ukrywał głęboko w sobie… Było to całkiem niezłe odczucie…

A gdy skończył…

Rozległy się gromkie brawa.

Szybko poczuł, że się rumieni.

- Panie Zelgadisie, to było przepiękne! - wyznała wpatrzona w niego Amelia.

Kątem oka dojrzał, że Lina kiwa w jego stronę z uznaniem, po czym odchodzi gdzieś w kąt sali do Sylphiel i Gourry’ego.

Lekko go to ukuło. Z jakiegoś względu był przekonany, że to właśnie ona do niego podejdzie pierwsza.

- Dzięki, Amelio… Chociaż to spora przesada… Wszyscy śpiewacie dużo lepiej.

- Jest pan zbyt skromny.

- Amelio, przypominam, że w naszej firmie wszyscy jesteśmy na ty. - Uśmiechnął się do niej lekko.

Nie wiedzieć czemu, policzki dziewczyny pokrył rumieniec. Czyżby alkohol dopiero dawał o sobie znać?

- Dobrze… Zelgadisie. Zawsze chciałam ci to powiedzieć. Bardzo podziwiam twoją pracę. Zawsze jesteś niesamowicie profesjonalny…

Tak, zwłaszcza kilka dni temu na spotkaniu z Zoanami.

- Tak sobie myślałam… - kontynuowała Amelia, jej rumieniec tylko się pogłębił. - Czy mógłbyś mi kiedyś pokazać, jak przygotowujesz raporty na spotkanie z klientami?

- Hm… Myślę, że nie robię niczego, czego nie robiłaby Lina. Trafiłaś na doskonałą mentorkę.

I wtedy kątem oka dojrzał rudą czuprynę znikającą za wejściem do ich sali karaoke. Czyżby Lina się źle poczuła?

- Tak… Masz absolutną rację. - Błysk w oczach Amelii nieco osłabł, widząc, gdzie kieruje się wzrok jej rozmówcy.

- Amelio, przepraszam na moment - powiedział szybko i poszedł za Liną.


***


- Lina? - Zimne powietrze, zwiastujące nadchodzącą jesień sprawiła, że część alkoholu błyskawicznie wyparowała z jego umysłu.

W sumie, to czemu za nią tutaj przyszedł? Martwił się? O niepokonaną Linę Inverse?

Zanim serce udzieliło mu odpowiedzi, dojrzał jej sylwetkę na ławce w pewnej odległości od baru.

- Lina? - powtórzył, mając wrażenie, że go wcześniej nie dosłyszała.

- Co tu robisz? - odwróciła się w jego stronę. Na jej twarzy malował się wyraz szczerego zaskoczenia. - Nie rozmawiałeś z Amelią?

Usiadł obok niej.

- To nie było nic ważnego. Dobrze się czujesz?

- Zel… Dla Amelii to było ważne… Wszystko zepsułeś, przychodząc tutaj.

- Niby czemu?

- Amelia od pół roku próbowała zwrócić na siebie twoją uwagę. Ten wieczór miał jej w tym pomóc. Nie mogłeś jej po prostu zaprosić na randkę?

W jednej chwili poczuł mocny przypływ irytacji, a jego oczy zwęziły się nieprzyjemnie.

- Ach, czyli teoretycznie despotyczna koleżanka Lina Inverse poświęca ciężko zarobioną przysługę, aby pomóc swojej koleżance umówić się z facetem, który jej się podoba. Świetny plan - dodał z ironią. - Szkoda tylko, że nikt się nie spytał tego faceta, czy ma ochotę umówić się z tą koleżaneczką. Marnujesz swoją ukrytą szlachetność na takie akcje, Lina.

- Brzmisz teraz jak ostatni dupek, Zel. Amelia to dobra dziewczyna. Naprawdę zamierzasz spędzić swoje życie w samotności?

- Nie mówię, że to zła dziewczyna. Po prostu wolę kogoś innego.

- Ha, niby kogo?

- Jakbyś użyła swojego genialnego umysłu, zamiast swatać mnie na siłę, dobrze byś wiedziała. - Odwrócił się od niej, czując, że jego policzki robią się ciepłe.

- Zel… Co chcesz przez to powiedzieć?

- Jak jesteś taka genialna, jak to zawsze powtarzasz, to się domyśl.

- Zel. Jeżeli nie powiesz tego wprost, spuszczę ci łomot - powiedziała grobowym tonem.

Zelgadis mimowolnie zadrżał, chociaż był przecież od niej większy i silniejszy. Słowa uciekły z jego ust, zanim zdał sobie sprawę, że wypowie zdania, które zmienią wszystko, a których już nie będzie można cofnąć.

- Wolę ciebie, Lina. Zawsze tak było. - Jego głos był dużo cichszy niż zamierzał.

Na początku zapanowało głębokie milczenie. Wydawało mu się, że minęła cała wieczność, zanim padły pierwsze słowa.

- Czemu? - Kątem oka dojrzał, że jej ręce zacisnęły się w pięści. - Masz tu pod nosem Amelię, która jest miła, może trochę ma za dużo energii, ale jest naprawdę uczynna i radosna. Ma dużo większy… - Zarumieniła się. - …entuzjazm do życia… niż ja.

Lina nigdy nie wydawała mu się być tak krucha. Dlatego też dał jej odpowiedź z całą szczerością swojego serca.

- Lina… Jesteś piękna, niesamowicie bystra i inteligentna. Masz niesamowicie ostry język i pozornie szarą moralność. Ale dbasz niezwykle o ludzi, którzy się otaczają. Sprawiasz, że czują się akceptowani tacy, jacy są… Jesteś po prostu niesamowita… - Pomimo palącej niezręczności, spojrzał jej prostu w oczy, aby miała pewność, że jego wyznanie jest autentyczne. - A twój… entuzjazm do życia… - Lekko się zarumienił, ale wiedział, że to też jest dla niej ważne. - …jest absolutnie wystarczający, Lina. W każdym razie jesteś jedyną osobą, którą mam ochotę gdzieś zaprosić.

Zapadły kolejne długie chwile ciszy. Na moment opuściła głowę, więc nie widział jej wyrazu twarzy. Jednak z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu, może dzięki jakiejś niesamowitej magii tego wieczoru, nie obawiał się tego, że się przed nią odkrył ze swoimi uczuciami. Może dlatego, że jakimś cudem przeczuwał, że nie musi bać się odpowiedzi?

Jej dłonie rozluźniły się, a gdy znowu na niego spojrzała, miała taki błysk w oczach, jakiego nie widział u niej nigdy przedtem.

- Dam się gdzieś zaprosić, jeżeli powtórzysz mi to na trzeźwo jutro. Skąd mam mieć pewność, że to nie pijacka gadanina?

Jak się nazywało to dziwne ciepłe uczucie, które cudownie powoli rozlewało mu się po klatce piersiowej?

- Dobrze. - Kąciki jego ust uniosły się lekko. - Zadzwonię jutro z samego rana.

Lina raptownie wstała.

- To ja idę do domu, Zel. Jeśli masz dzwonić z samego rana, muszę mieć szansę się wyspać - odwróciła się do niego, patrząc mu prosto w oczy, uśmiechając się do niego ciepło.

- Odprowadzę cię. - Również wstał.

- Zel, mieszkam 20 minut na piechotę stąd.

- Wolisz iść z mojej prawej czy lewej strony? - Podał jej obie ręce.

Przez chwilę gromiła go spojrzeniem, po czym westchnęła i lekko się rumieniąc, złapała go za lewe ramię.

- Dupek.

Tak, już wiedział jak nazywało się to uczucie.

Tak wyglądało szczęście.

Następny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.