Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Yatta.pl

Opowiadanie

Eksperyment

Eksperyment

Autor:Serika
Serie:Slayers, Neopets
Gatunki:Fantasy, Komedia
Dodany:2005-07-11 22:58:59
Aktualizowany:2008-03-08 21:05:06



Na początek ostrzeżenie: to "coś" pisane było na bardzo ciężkiej fazie i wyłącznie na takowej powinno być czytane. Neopets to internetowa, mocno pokemoniasta gierka - na pewno chcecie czytać dalej? Nie? Ufff... Dodam jeszcze, że jeśli nie mieliście z nią styczności, nie zrozumiecie większości nawiązań. To jak, już Was tu nie ma? :)

A jeśli jeszcze nie odpadliście, to przypominam: czytacie na własną odpowiedzialność. I tak, to JEST głupie.


EKSPERYMENT

Promienie wschodzącego słońca łagodnie oświetlały stoki gór, ślizgając się po nagich, stromych skałach i docierając do najmniejszych nawet zakamarków. W wielu z nich zalegał jeszcze zeszłoroczny śnieg. Wszechobecną ciszę przerywał czasem gwizd świstaka wygrzewającego się na skalnej półce. Gdzieś na dole szumiała targana wiatrem kosodrzewina. Jedna z wlokących się dziką, od lat nie używaną ścieżką postaci siarczyście zaklęła, skutecznie psując autorce opis dziewiczej przyrody.

- Gdzie my, do jasnej cholery, mieliśmy skręcić?!

- Nie wiem, Lino, ale jestem głodny... - odparła inna postać, kładąc rękę na burczącym brzuchu.

- Zel, dawaj tę mapę!

- Po co? Jestem przekonany, że dobrze idziemy! Chyba, że Xellos jak zwykle wyprowadził nas w pole. Wiedziałem, że temu typkowi nie wolno ufać, WIEDZIAŁEM! Ale ty musiałaś się rzucić na tę mapę. Skarb, skarb, skarb... Chciwość cię kiedyś zgubi!

- Nie chciałabym nic sugerować, ale wydawało mi się, że to ktoś inny wyrwał temu fioletowemu draniowi pergamin i ruszył biegiem z radosnym okrzykiem na ustach...

- ... - ustosunkował się elokwentnie Zelgadiss, podczas gdy pałętająca mu się pod nogami Amelia postanowiła wyjaśnić sytuację wyraźnie zainteresowanemu świstakowi.

- Panno Lino, jak pani może! Przecież tam możemy znaleźć lekarstwo na klątwę pana Zelgadissa! Tajemnicze laboratorium, które pojawiło się kilka dni temu, jakby ktoś niechcący otworzył tam portal do innego świata... - zadumała się dziewczyna. - Tam może być wszystko! Czegokolwiek byśmy tam nie znaleźli, wykorzystamy to w szczytnym celu! Miłość i sprawiedliwość zatriumfuje...

Lina i Gourry wymienili znudzone spojrzenia z gatunku "O nie, znowu zaczyna!". Jak na komendę głęboko westchnęli i demonstracyjnie zatkali uszy. I tak nie pomoże, ale może Amelia przynajmniej ZAUWAŻY, że nie ma oddanej publiczności?

Tymczasem Zelgadiss, korzystając z chwili nieuwagi towarzyszy, znacznie przyspieszył kroku i zniknął za najbliższym występem skalnym. Jeśli to laboratorium naprawdę istnieje... Kto wie, może to właśnie tam Rezo przeprowadzał swoje najbardziej tajne eksperymenty? Wprawdzie to, co mówił ten przeklęty Mazoku sugerowało, że pojawiło się znikąd, i to niedawno, ale przecież jemu i tak nie wolno wierzyć! Zresztą nawet, jeśli Rezo nie miał z tym nic wspólnego, to jeszcze nie znaczy, że nie znajdzie tam odpowiedniego antidotum! Trzeba mieć nadzieję... Na przykład na to, że dotrze tam, zanim Linie przyjdzie do głowy zniszczyć połowę okolicy, bo przestraszy się ślimaka. Niech się kłócą, dzięki temu dotrze tam przed nimi!

Bziuuuuuum! Coś przerwało rozważania chimery, wylatując zza zakrętu i z impetem uderzając ją w czoło. Nieszczęsny Zelgadiss stracił równowagę i rąbnął tyłkiem o twardą ścieżkę, przy okazji ścinając z nóg doganiającą go Linę.

- Auuuuuu!!!

- Auuuuuu!!! Złaź ze mnie!

- I ze mnie! Jesteście ciężcy! - podróżników dobiegł cichy głosik gdzieś spod nich.

Po chwili cała drużynka stała w równiutkim kółeczku i przyglądała się nieco rozpłaszczonemu na ziemi stworzonku. Miało jakieś 30 centymetrów wysokości, nietoperkowate skrzydełka, po dwa duże pazury na przednich łapkach, wielki pyszczek z równie wielkimi zębami...

- To ptak! - palnął Gourry, nie mogąc sobie przypomnieć, jak nazywa się takie wielkie, latające i ze skrzydłami.

- Nie, to smokolot!

- Nie, to MA-ZO-KU! - podsumowała z pewnością w głosie Lina. - Tylko jakiś taki niedorobiony...

- Jaaaaaaki słodziutki! - rozczuliła się Amelcia. - Panie Zelgadissie, on wygląda zupełnie jak pan!

- ...?

- No, jest niebieściutki i ma takie fajne kamyczki na skórze!

- A, rzeczywiście! Wykapany Zel! - ucieszyła się Lina. - Zelgadiss, wiedziałeś, że masz braciszka?

- Siostrzyczkę, jeśli już! - wkurzył się stworek. - I co to jest Mazoku?...

- Chimera! Wiedziałem, to jest CHIMERA! To laboratorium naprawdę istnieje!

- No jasne, że istnieje, dzięki niemu jestem taka ładna! - potwierdziła istotka. - A ty co? Eliksiru się napiłeś, czy jak? Nie mów, że ci się nie podoba? Nie martw się, wszystko się da odkręcić! A jak będziesz miał farta, to się jeszcze zrobisz szybszy i silniejszy, o! To jak, zaprowadzić was? - stworzonko trajkotało radośnie z szybkością karabinu maszynowego. Nie przestało nawet wtedy, gdy Lina gwałtownie nim potrząsnęła krzycząc "Prowadź! Szybko! SZYBKO!!!". - A tak w ogóle, mam na imię Dziabdzielka, mówcie mi Dziabdzia...

- J... Jak?

- No, co tak patrzycie? Moja właścicielka tak mnie nazwala! A potem wywaliła do schroniska... Już wiem! Będziesz moim nowym panem! Dobrze? Dobrze? - istotka wskoczyła Zelowi na ramię i zatrzepotała błoniastymi skrzydełkami. - Tą ścieżką prosto, a potem w lewo...

- ... - świeżo upieczony właściciel Dziabdzi nie miał najwidoczniej absolutnie nic do powiedzenia. I do gadania również.

***

Wejście do laboratorium wyglądało... No, standardowo. Jak każde wejście do tajnego miejsca pełnego magii było wykutymi w skale wrotami ozdobionymi prastarymi runami, które emanowały delikatną, błękitną poświatą. Jedyne, co się nie zgadzało, to otoczenie. Zamiast nagich skał, wśród których hulałby w najlepsze wiatr, nastrojowo zawodząc i odstraszając ewentualnych miłośników przygód (jeśli nie wyciem, to przynajmniej próbą zamrożenia), okolica laboratorium obfitowała w przedziwną roślinność. Wyglądała jak oaza w tych niegościnnych, wysokich górach. Mało tego - zamieszkana oaza! Pomiędzy drzewami szalały przeróżne, małe stworki...

- Linaaaa... Czy to tutaj na pewno powinno rosnąć? - upewnił się Gourry. O dziwo, całkiem sensownie.

- Zdecydowanie nie! Tu już NIC nie powinno. Najwyżej jakieś porosty.

- Ale rośnie i ma pyszne owoce! - Amelcia sięgnęła po najbliższy. Niebieski w brązowe kropki.

- Bo to tutaj nie wyrosło! Nie mam pojęcia, co się stało, ale... Widzicie, kiedy jakiś czas temu wchodziłam przez te wrota, znajdowały się one na małej wyspie gdzieś na środku oceanu... A kiedy wyszłam, byliśmy już w tych górach! Dziwne, nie? Tak, jakby się jakoś przeniosło... A może to tylko wrota otworzyły się nie tu, gdzie trzeba? Nie! Raczej nie, bo wraz z sobą laboratorium zabrało kawałek okolicy! Fajnie jest u nas, nie? No a ja postanowiłam pozwiedzać okolicę, bo nikt inny jakoś nie chciał i wtedy spotkałam was. A wy chcieliście tu przyjść, no to wróciłam... - rozgadała się Dziabdzia. Część drużynki chyba zaczęła już poważnie myśleć o zakneblowaniu smoczątka. - Teraz tak. Jeśli chcecie tam wejść, musicie mieć mapę... Moment, przecież już tu trafiliście... No, to chyba musicie po prostu wejść!

- Mówisz, że to sprawi, że będę silniejsza? To ja pierwsza! JA! - wyrwała się Lina. Przebiegła kilka metrów, po czym zatrzymała się tak gwałtownie, że w ziemi zostały dwie wyryte bruzdy. - A gdzie Zel!?

- Chyba właśnie tam poszedł... - wyjaśnił spokojnie Gourry, bawiący się właśnie z czymś, co przypominało uśmiechniętą kulkę z plasterkiem na górze.

- Zabiję! - po chwili czarodziejka zniknęła we wrotach. Nawet nie robiły szczególnych problemów. Może nie potrzebowały hasła? A może nawet one wiedziały, że z tą panią się nie dyskutuje?

Wnętrze wyglądało, jakby nikt nie sprzątał tu co najmniej od wieku. Albo wynajął projektanta wnętrz i stwierdził "Od dziś jestem szalonym naukowcem. To musi wyglądać reprezentacyjnie!". Przede wszystkim - było ciemno. Światło docierało tu tylko przez małe okienko pod sufitem i uparcie sprawiało wrażenie księżycowego, choć było przecież południe. Tony kurzu, pajęczyn, flakoników, połamanych, lekko podgniłych mebli i... żelastwa. Wielka, nie przypominająca niczego, co do tej pory widzieli maszyneria obfitowała w mrugające lampki i małe dźwigienki, a w oczy najbardziej rzucał się ekran z napisem "Press ENTER".

- Zel, JA chcę! JA!

- Za późno, Lino... - czarodziej stał na podwyższeniu, w którego środek wycelowany był metalowy drąg z czerwoną, świecącą końcówką. - Od tej chwili moje życie zmieni się na zawsze! Nareszcie! Nareszcie!!! - chimera nacisnęła duży przycisk na ścianie. Z czerwonej kulki wystrzelił żółty promień... Przez chwilę drużynka, która właśnie wkroczyła do środka, nie widziała nic, oślepiona przez jego blask.

A potem ekranik radośnie zakomunikował: "...AND HE CHANGES SEX!".

Lina zrobiła kilka kroków w tył.

- Chyba jednak zmieniłam zdanie...

***

- Nie zbliżaj się do mnie! - warknęła Zelgadiss, gdy Dziabdzia po raz kolejny próbowała nawiązać rozmowę.

- Mała, ty się lepiej ciesz, że to nie Lina - Gourry spróbował sobie wyobrazić w takiej sytuacji "pięknego geniusza magii" i aż się wzdrygnął.

- Ale przecież nie możemy tak zostawić pana Zelgadissa! To znaczy pani... - zaprotestowała księżniczka Saillune. - Dlaczego nam nie powiedziałaś, że to się może tak skończyć? Przecież to straszne... - Amelia miała łzy w oczach. Ciekawe, dlaczego? :)

- Ale ja jestem głodna! Właścicielka powinna mnie nakarmić. No i się ze mną pobawić! Masz może jakieś zabawki? - smoczek pociągnął chimerę za rękaw.

- Odczep się! I zejdź mi z oczu, ty...

- Ja? - Dziabdzia popatrzyła na niego niewinnie. Zadziwiające, jak słodko potrafiła wyglądać ta jej zębiasta mordka. - Dlaczego jesteś na mnie taka zła?

- JESZCZE PYTASZ?! Przyprowadziłaś mnie tu, a teraz do końca życia będę... będę...

- Eeeeee tam! Prędzej czy później znowu się zmienisz! Promień już tak ma - Dziabdzia beztrosko zatrzepotała skrzydełkami.

- I sądzisz, że ja znowu tam wejdę?

- A masz inne wyjście? - przysłuchująca się rozmowie Lina uśmiechnęła się złośliwie. - Chyba, że Ci się to podoba? Teraz już wszystko jasne! Wiedziałam, Zelciu, że to przebieranie przypadło ci do gustu, ale żeby aż tak...

Mała niebieska błyskawica wystrzeliła z ziemi, znalazła się na wysokości twarzy rudowłosej czarodziejki i... zionęła ogniem. Trochę niedorobiony był ten ogieniek, ledwo osmalił Linie włosy, ale przecież liczą się intencje!

- Nie pozwolę obrażać mojej pani! Nie pozwolę! - najeżył się smoczek, zaciskając piąstki, co było nie lada wyczynem biorąc pod uwagę długość pazurów.

- Ty... - w ręku czarodziejki zaczęła formować się ognista kula. Pewnie o co najmniej kilka klas lepsza od pirotechnicznych popisów Dziabdzi. Problem w tym, że nie bardzo miała w co trafić, gdyż ogon smoczka błyskawicznie znalazł się w ręku świeżo upieczonej panienki, która z determinacją na twarzy podążyła w stronę wrót.

- Pokażesz mi, jak to odkręcić. I to szybko.

- Jest jeden sposób: próbować do skutku! I można tylko raz dziennie... Ale chyba ci się nie spieszy, prawda? - widząc na pół wściekłą, na pół rozgoryczoną minę właścicielki, zwierzak postanowił zmienić strategię i przybrał najsłodszy wyraz mordki, jaki miał w repertuarze.

- Pobawisz się ze mną?...

***

- Panie Zelgadissie... Niech pan się nie martwi, wygląda pan całkiem nieźle! - Amelia próbowała pocieszyć chimerę po raz kolejny.

- Owszem. Jak pajac - podsumował czarodziej. Coś w tym musiało być... Na przykład fakt, że jego skóra przypominała w dotyku plusz, a gdzieniegdzie widoczne były szwy. Całość w tonacji czerwono-żółto-zielonej.

- A mnie się podoba! Miałem kiedyś takiego misia... Był powycierany i wydłubałem mu jedno oczko, a na końcu sianko ze środka, ale to był mój najlepszy przyjaciel... - Gourriemu zebrało się na wspomnienia.

- Nic, tylko przytulić! - rozmarzyła się Amelcia, po czym zaczerwieniła się po uszy i spuściła wzrok. Pewnie spostrzegła na ziemi coś wyjątkowo fascynującego. - To ja... Pójdę nazbieraj owoców!

- Ale przynajmniej jesteś znowu mężczyzną - Dziabdzia rozsiadła mu się wygodnie na ramieniu i wcinała hamburgera. Skąd na tym zadupiu wziął się sklep z tymi dziwnymi kanapkami, nikt nie potrafił wyjaśnić - pewnie przypałętał się wraz z laboratorium. - Przecież mówiłeś, że nic gorszego niż na początku nie może ci się przytrafić...

- Zawsze coś... - Zelgadiss machinalnie pogłaskał smoczka, który sfrunął mu na kolana i ułożył się do snu. Biedna chimera już dawno doszła do wniosku, że na Dziabdzię jest tylko jeden sposób - poddać się. A do tego najlepiej zatkać sobie uszy.

- Chyba zapomniałaś o tym mózgu na wierzchu! - Lina musiała dodać swoje trzy grosze. - Trzeba przyznać, że WTEDY wyglądałeś naprawdę POWALAJĄCO. Żaden Mazoku nie mógłby się z tobą równać! - skwitowała, uchylając się przez ognistym oddechem Dziabdzi, jak zwykle gotowej do obrony właściciela. Coś mu się w końcu należało za całodzienne wysłuchiwanie trajkotania i przymusowe pomaganie w układaniu puzzli. - To jak, chyba już czas sprawdzić, co promyczek ma dziś w zanadrzu?

Zel podniósł się zrezygnowany.

- Raz kozie śmierć. Po raz kolejny.

Drużynka odprowadziła go wzrokiem, gdy znikał we wnętrzu laboratorium. Zaraz i tak pewnie wybiegnie klnąc, na czym świat stoi. Chwila napięcia...

- AAAAAAAAAAAAAA!!! - dobiegł ich głośny okrzyk. Oho, and the winner is... - Jestem sobą! Sobą! Nareszcie! Nareszcie! - z wrót wyłoniła się postać, podskakująca z radości tak, że o mało nie zrobiła salta w powietrzu. Czarodziej miał niebieską, wysadzaną kamykami skórę i srebrzyste, druciane włosy... - Popatrzcie na mnie! Wyglądam cudownie! CUDOWNIE!!!

- Jak mój braciszek! - podsumowała Dziabdzia. - I teraz już nikt nie będzie miał wątpliwości, czyja jestem! Będziemy zawsze razem, i będziesz się ze mną bawił, kupował mi słodycze, i...

- Musiałaś mi przypominać? - mruknął pod nosem, puszczając smoczkowi oko. - Lina, Gourry, Amelia, popatrzcie na mnie!!!

- A może teraz czas na zmianę płci? - skwitowała ruda czarodziejka, nie mogąc powstrzymać się od uśmiechu. Nareszcie wszystko było tak, jak dawniej... Nie licząc, oczywiście, pewnego gadatliwego, małego kłopotu.

***

- To jak, odsyłamy? - mała dziewczynka z dwoma kucykami odprowadziła wzrokiem znikającą za zakrętem drużynkę, nad którą piruety w powietrzu wywijał mały smoczek.

- Chyba najwyższy czas, bo nam się te małe okropieństwa rozpełzną po świecie - wzdrygnął się fioletowowłosy kapłan. - Obrzydliwie przesłodzone!

- No właśnie, są urocze. A życie jest piękne! - zanim zdążył zaprotestować, chwyciła go za rękę i zaczęła ciągnąć w kierunku wrót. - No, chodź! Skoro mnie namówiłeś, żebym to tutaj sprowadziła, pomożesz mi posprzątać! Ale to był taki genialny pomysł... Ten przystojniak nareszcie zrozumiał, że są ważniejsze problemy, niż wygląd. Zwłaszcza JEGO wygląd!

- Nie powiedziałbym, żeby takie były moje intencje - nadąsał się Mazoku.

- Ale za to zabawa była przednia - prowadziła go pomiędzy stosami suszonych jaszczurek i ogonów szczurów. - Dobra... Masz stanąć tutaj i poczekać, zaraz ci powiem, co masz robić.

Mała musnęła ręką ścianę i teleportowała się. Zabłysło światło. Ekranik zakomunikował radośnie: "...AND HE CHANGES COLOR TO PINK!"

- Kirian, niech ja cię dorwę!... - ale oprócz Xellosa w laboratorium nie było już nikogo. Tak to jest, gdy prosi się o pomoc istoty czystego chaosu. Cóż - jest ryzyko, jest zabawa!


I co, jeszcze tu jesteście? Ta mała to moja własna, prywatna Mary Sue, pogódźcie się z tym :P


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Michiszisa : 2011-05-10 18:39:17
    ^^

    nie no świetne! Smiech do łez

  • Kazik-chan : 2007-07-05 19:12:32
    Mocne!

    Rewelacja! Bardzo mi się podobało - świetne pomieszanie słodkiego świata Neopetsów i nieco życiowych Slayersów - nie wyobrażam sobie, żeby to inaczej wyglądało. Lekki język, konstukcja zdań więcej niż dobra, przyjemna fabuła... To, co tygryski lubią najbardziej ^_^ Przy tym, co najważniejsze, bardzo zabawne. Oby tak dalej!

    Pozdrowienia i niech kisiel morelowy będzie z Wami ^^

  • Grisznak : 2007-01-09 16:37:53
    mocne

    Muszę przyznać, że naprawdę wesoła rzecz.

    Czyżbym wyczuwał tu jakieś tamagoczowo - neopetowe konotacje?

  • Skomentuj