Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Yatta.pl

Opowiadanie

Bajka

Bajka

Autor:lotopauanka
Korekta:Irin
Serie:Harry Potter
Gatunki:Fantasy, Romans, Baśń
Uwagi:Yaoi/Shounen-Ai
Dodany:2006-12-27 18:35:45
Aktualizowany:2008-02-21 17:54:28



Są bajki, w których żaba zamienia się w księcia, w których piękna podkochuje bestię, ale nie ma bajek o wilkołakach, w których te żyłyby długo i szczęśliwie.

Słoneczna jesień w kwiecie wieku, czyli przełom września i października zrzucała rude liście z drzew otaczających Hogwart. Remus Lupin siedział w swojej komnacie przy oknie i obserwował pogrążający się w letargu świat. Był to jeden z tych ostatnich dni, podczas których nie padało, – taka polska złota jesień. W następnym tygodniu zrobiło się bardzo mokro. Ale zanim ten następny tydzień nastał to Lupin przecież siedział w komnacie i wpatrywał się w podwórze za szybą. „Czemu wilkołaki nie żyją długo i szczęśliwie?” Nie mogło mu opuścić głowy.

Zanim przyszła zima i święta już dawno o natrętnym niegdyś zdaniu zapomniał. Czasem tylko nawiedzało go widmo jakiejś myśli, której nie mógł sobie szczegółowo przypomnieć, a może nie miał czasu albo ochoty? W myśli tej jakiś mężczyzna przechadzał się ze zgrabną, gibką postacią w bordowej długiej sukni po lesie w świetle księżyca. Były to jednak tak ulotne i mgliste obrazy, że sam nie wiedział, iż właśnie taką wizję one ukazują.

A narrator, do tego wszystkowiedzący przecież wszystko wie. J. Nie siadywał przed oknem, nie patrzył na dryfujące płatki śniegu, ani innymi dniami na owe płatki szarpane niecierpliwym wiatrem.

Jak co roku na święta zamierzał pojechać do swojego domku letniskowego w Pensylwanii, ale coś mu w tym przeszkodziło. Niestety jeszcze wtedy nie wiedział, że nie pożałuje i żałował. Na specjalną prośbę Dumbledore’a został doglądać przybytku.

W tegoroczne święta w zamku nie został nikt. Kompletnie. No, poza Lupinem. Nawet feniks Fawkes odradzał się gdzie indziej (poleciał na Wezuwiusza), Pani Norris nie węszyła po kątach, a i zauważył, że pająk zwisający od wielu miesięcy w kącie pod sufitem znikł zostawiając po sobie ino nitkę pajęczyny.

W czasie samotnych wieczorów i poranków, południ i popołudni też, jesienne myśli znowu nawiedzały głowę i to z coraz większą siłą, aż pewnego dnia uderzyły z impetem. Remus zatęsknił za szczęściem, za życiem z bajki i fasolkami wszystkich smaków, których w szkolnym barku dla nauczycieli właśnie zabrakło. Z nie mniejszym impetem tego samego popołudnia, którego nasz bohater dokładnie przypomniał sobie, o czym myślał w czasie kwiecia wieku jesieni wpadła przez dach na korytarzu na najwyższym piętrze czarownica na miotle. Mało tego, że zarwała sufit! Musiała jeszcze pociągnąć za sobą lawinę śniegu.

- Nic ci się nie stało? -– zapytał mało inteligentnie Lupin, bo raczej jasne jest, że jeśli ktoś wpada przez dach to znaczy, że coś mu się właśnie stało.

Pojękując z cicha czarownica próbował się podnieść. Po kilku nieudanych próbach stwierdziła:

- Stało mi się. Złamałam nogę i rękę. Idź po lekarza.

- Ale tu nie ma lekarza.

- Jak to nie ma?

- Nie ma.

- A kto jest?

- Ja.

- To umrę na złamanie ręki!!! –- Wykrzyknęła w pełnej rozpaczy panice. –- Przyniesiesz mi herbaty? -– Dodała po chwili bardziej spokojnie.

Lupin zabrał ją do swojej komnaty, dał jej suchy i ciepły szlafrok i nawet pozwolił jej wziąć prysznic (podglądał świntuch jeden! Na koniec stwierdził, że aż tak go owe zajęcie nie kręci i nie robił tego nigdy więcej), a na koniec przyniósł cały dzbanek gorącej, wonnej herbaty. Kończyny opatrzyli wspólnie kilometrami bandaży przywołanymi zaklęciem lewitacji z węzła szpitalnego jakim dysponowała szkoła.

Dnie i noce mijały im na swawolnych zabawach. Może nie tak swawolnych jak można by było to sobie wyobrażać, ale na zabawach. Remusowi wydawało się nawet, że się zakochał, oczu nie mógł oderwać od jej długich, gęstych, grubych, cudownych, lśniących, kasztanowych włosów. Tego, że ona zakochała się w nim mógł być pewien. Oczywiście nie był, bo to wie tylko narrator (na razie ;P).

W końcu nadeszło najgorsze –- to czego nasz mutant obawiał się najbardziej. Księżyc w pełni wypełzł na granatowe niebo i przesłonił połowę ciemnego płótna. Remus nie widział nic poza tym ogromnym ciałem niebieskim (które właściwie było białe). Jakby na złość nieszczęśliwemu czarodziejowi wydawał się być większym niż kiedykolwiek wcześniej. Wilkołak próbował ukryć się gdziekolwiek przed obiektem swoich nieśmiałych i niezdecydowanych westchnień, ale on (ten obiekt) przywiązawszy się do niego zaklęciem samo-znajdowania był zawsze w pobliżu. I tak właśnie nie dało się ukryć Lupinowi jego prawdziwej natury. Zobaczywszy go w takiej postaci, w jaką mimowolnie zmieniał się co pełnię, czarownica nie zrobiła nic szczególnego tylko zdjęła zaklęcie i wróciła do ich, obecnie wspólnej, komnaty. Rankiem wilk powrócił w owczej skórze, a jego nowa towarzyszka czekała już ze śniadaniem. Z lekkim zażenowaniem usiadł do posiłku.

- Ja cię kocham i z tym defektem. - wyznała spoglądając na niego znad brzegu filiżanki.

Lupin zachłysnął się tostem z dżemem. Przez chwilę nie mógł pozbierać myśli, potem przeszło mu przez głowę, że może dziś pierwszy kwietnia, potem uradowany uwierzył, że wilkołak może być szczęśliwy i to nawet nie w bajce, a potem, że pod tym prysznicem to ona go w ogóle nie podniecała, więc on jej nie kocha, więc szczęśliwi i tak nie będą, czyli wynika znów, że jednak bajka o wilkołaku nie stanie się prawdą. Wszystko to przemknęło mu przez myśl jak rozpędzony rumak na wyścigach, który niestety potka się przed metą i wygrana przechodzi mu koło nosa. Rumakiem czuł się Lupin w tej chwili. Szczęście wparowało mu przez sufit, spadło niemalże na głowę, a on właśnie zdał sobie sprawę, że wcale go nie chce! Przeraził sam siebie i reflektując się, że nie wypada tyle milczeć przy damie powiedział:

- Eeeee…... Ja ciebie nie.

- Trudno -– czarownica spuściła oczy i jednym kęsem spałaszowała tosta.

- Nie jest ci przykro, nie gniewasz się? -– chciał wiedzieć męczony lekko wyrzutami sumienia Remus Lupin.

- E-e -– pokiwała głową. -– To znaczy nie gniewam się, ale jest mi przykro. Przecież to i tak nic nie zmieni.

- No nie...

Był to ostatni dzień ferii świątecznych. Spędzili go osobno. Remus chciał, żeby czarownica wracała już do siebie. Wiedział, że będzie mu jej brakowało, wolał jednak więcej nie patrzeć jej w oczy, a szczególnie na te cudowne kasztanowe włosy. Nie mogła niestety wylecieć, póki Dumbledore nie zgodzi się na udostępnienie szkolnych mioteł -– jej podlegała całkowitej kasacji.

Gdy już Remusowi wydawało się, że nic go nie zdziwi, że nie zdąży wydarzyć się nic nadzwyczajnego i w całkiem zwyczajny sposób uczniowie zaczną napełniać puste korytarze rozległ się hałas na dworze i w gałęziach wielkiego dębu zawisł jakiś człowiek. Obydwoje wybiegli z zamku (czarownica robiła coś na wzór biegania – każdy rozumie, że ze złamaną nogą to trudniej). Kasztanowowłosa z daleka poznała swojego brata. Wisiał zaczepiony krańcem bordowej szaty za konar, pod nim leżała złamana na pół miotła. Zdjęli go ostrożnie (znów kobieta udzielała się ciut mniej -– każdy rozumie, złamana ręka). Lupin natomiast wziął chudziutkiego czarodzieja na ręce w celu delikatnego położenia na ziemi, by potem dokonać oględzin. Jak się później okazało mężczyzna nie ucierpiał, ale zanim się to okazało na Remusa popatrzyła para wielkich, ufnych brązowych oczu osadzonych w oczodołach twarzy delikatnej i najśliczniejszej jaką ten kiedykolwiek widział, co najważniejsze okalanej przydługimi włosami tegoż samego, cudnego koloru, jaki zachwycał go u siostry przybysza. Obydwojgu wydawało się, że ich spojrzenia trwają całą wieczność, wieczność, której nie chcą przerywać.

- A ty tu co robisz? –- Zapytała mało taktownie czarownica przerywając ich wzajemną kontemplację.

Czarodziej otrząsnął się z zauroczenia (chwilowo):

- Szukałem cię. No i znalazłem. Mieliśmy przecież razem wygrzebywać nowe rośliny do zielnika….

Kasztanowowłosi byli bowiem zielarzami. Po całym świecie szukali rzadkich, niezbadanych wcześniej roślin i traf chciał, by spadli na głowę właśnie temu nieszczęśliwemu wilkołakowi.

Następnego dnia Dumbeldore wraził zgodę na użyczenie szkolnych mioteł, ale z oferty skorzystała tylko czarownica. Jej brat wymigał się pilnymi studiami nad rośliną, którą wczoraj podczas wieczornego spaceru z Lupinem właśnie znalazł. Nie chciał pokazać siostrze, co to za nadzwyczajne znalezisko tłumacząc się chęcią zrobienia jej niespodzianki. Ona wiedziała, co to za niezwykły przedstawiciel flory – nazywa się szampan, truskawki i wanilia.

Uczniowie jak i pedagogowie zauważyli, że ich etatowy mutant stał się niezwykle wesoły odkąd poznał nowego kolegę. Niektórzy nawet podejrzewali coś więcej niż tylko koleżeństwo, ale kto by się zakochał w wilkołaku? Nawet było im szkoda biednego Lupina, który szczęśliwy będzie tylko do najbliższej pełni księżyca. Ale oto w tą noc wszyscy zbierali szczęki z podłogi, bo z okien głównego holu widać było pagórek, a na pagórku objęte dwie wielkie, kudłate, wilko-kształtne sylwetki malowały się na tle okrągłego, białego księżyca.


Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Kurosuna : 2011-08-13 01:34:53
    ...

    Dno. Bez obrazy, ale to coś co ty nazwałaś Fikiem nadaje się co najwyżej do Onetu. Za dużo pominięć z kanonem. Treść.. Cóż. W połowie zaczęły mi się kleić oczy, tak nie zachęcające to było.

  • Stille : 2010-11-09 21:41:20
    ...

    Ja nie wiem, co to było. Tekst kompletnie pozbawiony sensu. Beznadziejne dialogi i tragicznie okrojona fabuła... Lupin całkowicie niekanoniczny. Wilkołak spokojnie biegający po szkole, po błoniach? hę?

    Jedyną zaletą tego tworu jest brak błędów ortograficznych, bo interpunkcja również leży i kwiczy.

    Oceniam na 2

  • Skomentuj