Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

Ambasada

Rozdział 3.

Autor:Henry Springer
Korekta:IKa
Serie:Twórczość własna
Gatunki:Akcja, Obyczajowy, Romans
Dodany:2007-05-17 17:01:13
Aktualizowany:2008-02-21 17:32:55


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Telefon Grzegorza nie dał żadnych pozytywnych rezultatów. Zdenerwowany wybiegł na podwórze, gdzie stało około siedemdziesięciu osób. Było to dwudziestu żołnierzy, trzech pracowników ochrony, dwudziestu kilku polskich urzędników, kilkunastu miejscowych pracowników oraz paru interesantów.

- Drodzy państwo! Mamy poważną sytuację i sądzę, że trzeba ewakuować z ambasady wszystkie osoby, które nie muszą tu zostać. Dlatego miejscowi pracownicy i interesanci są proszeni o opuszczenie terenu ambasady boczną furtką. Odprowadzi państwa kilku żołnierzy.

Większość wymienionych karnie udała się do wyjścia wraz z eskortą, jednak parę osób zostało. Był to stary dozorca, który całe życie spędził w tym budynku jako sługa, dwóch młodych urzędników - tłumaczy i Szeherezada. Oni chcieli pozostać w ambasadzie. Każdy miał swoje powody. Starzec po prostu nie chciał zostawiać swego domu, młodzieńcy nie mieli zamiaru porzucać kolegów w trudnej sytuacji, a Szeherezada powiedziała, że nie pozwoli Grzegorzowi zrobić żadnych głupstw. Mimo długich prób Derczaka i porucznika Czarnieckiego nie udało się ich przekonać. Razem z innymi urzędnikami zostali wysłani do budynku ambasady, a tymczasem ambasador z porucznikiem udali się do koszar, by zaplanować dalsze posunięcia. Nagle do pokoju wszedł Attache ds. kultury - Janusz Bogdanowicz.

- Panie ambasadorze mam ważną sprawę. Pan musi wydać im tę kobietę.

- Czy pan zwariował? Mam oddać ją na pewną śmierć?

- Ocali pan w ten sposób życie wielu ludzi i być może obecny układ polityczny w kraju.

- Co pan mówi?

- Chyba muszę się ujawnić. Pracuję dla naszego wywiadu i prowadzę tu działalność wspólnie z komórką CIA. Z naszych działań wyraźnie wynika, że Ajatollah Moisemi szykuje przewrót. Czeka tylko na dobry pretekst. Trudno o lepszy, niż ten - powiedzą, że Prezydent wspiera pogan, którzy propagują upadek moralny. Lud na to pójdzie.

- Panie Bogdanowicz... Niech pan nie wymaga ode mnie takich decyzji! Nie, nie wydam jej. Poczekamy aż ludzie się rozejdą i wtedy ją wyprowadzimy.

- Oni wejdą tu bez trudu i też ją zabiją. A w ten sposób szkodzi pan interesowi państwa.

- Nie zgadzam się z panem. Tutaj ja stanowię najwyższą władzę i podejmuję decyzję. Zostanę z nich rozliczony w kraju i to nie przez pana. Więc jeśli nie chce pan, żebym kazał pana aresztować, to proszę iść do innych pracowników.

Bogdanowicz, ze skrzywioną miną udał się do ambasady, a Derczak był prawie pewien, że właśnie zniszczył sobie karierę. Były jednak ważniejsze sprawy. Dostał meldunki z bramy głównej - tłum liczył już ponad tysiąc osób, wiele uzbrojonych.

- Jak pan ocenia sytuację, poruczniku?

- Jest źle, ale nie dramatycznie. Przy odrobinie szczęścia ludzie rozejdą się do domów. Nie możemy ich tylko prowokować. Trzeba zamknąć bramę i nie wychylać się.

- A jeśli tłum wpadnie w szał?

- Wtedy wdepczą nas w ziemię. Mamy dwadzieścia kałachów, jeden CKM, parę PM-ów i pistolety dla urzędników po szkoleniu obronnym. Ale na dobrą sprawę nie starczy nam amunicji, żeby ich wszystkich wystrzelać. Musimy przygotować jakieś barykady jako zaplecze i najlepiej umocnić bramę.

- Ma pan moje błogosławieństwo. Proszę działać, byle ostrożnie.

Zostawił wojskowych w siedzibie porucznika, a sam poszedł do swojego biura. Chciał zabrać kilka niezbędnych rzeczy. Kiedy otworzył drzwi, ujrzał Szeherezadę siedzącą za jego biurkiem. W ręku ściskała pistolet, który wyciągnęła z szuflady Grzegorza.

- Grześ, nie pozwolę ci robić głupstw. Nie ryzykuj niepotrzebnie.

- Co? Ty też chcesz, żebym wydał tę kobiecinę w ręce oprawców?

- Nie. Niczego bardziej nie chcę, jak utrzeć nosa tym wszystkim fanatykom za bramą. Oni zatruwają życie zwykłych ludzi. Spójrz tylko, w mieście jest ponad milion mieszkańców. Ci przed bramą nie stanowią nawet 10 %, a mimo to terroryzują resztę. Nie chcę tego. Ale nie podoba mi się, że ty też możesz za to zginąć. To nie twój kraj i nie twoja wojna.

- Ale ta ambasada to kawałek Polski. A to już moja sprawa.

- Nie wmawiaj mi, że w to wierzysz. Jeszcze rok temu to było biuro grubego ministra propagandy w rządzie szejka. To nie twoja Polska. Zabierz swoich ludzi i spadajcie stąd, póki możecie.

- A czy pójdziesz ze mną? - Szeherezada zawahała się. Od tej decyzji mogło zależeć całe jej życie. W końcu jej oczy zalśniły i odpowiedziała zdecydowanie:

- Tak. Pójdę z tobą, gdziekolwiek byś nie poszedł.

Nie wytrzymał. Chwycił ją w ramiona i czule pocałował. Gdyby nie poszła z nim, to broniłby tego biura, choćby długopisem. Ale teraz wszystko wydawało się proste.

- Szechera, idę do porucznika i omówimy plan ucieczki. A ty załóż to - wyciągnął z szafy kamizelkę kuloodporną z oznakowaniami dyplomatycznymi.

- Nie. Jeśli Allach tego chcę, to i tak umrę, a ta kamizelka jest przeznaczona dla ciebie.

Nie chciał się z nią kłócić. Opuścił szybko biuro, trzymając kamizelkę. Wpierw miał ją założyć, ale poczuł się dziwnie głupio. W końcu rzucił ją na krzesło w holu, gdzie zebrali się wszyscy pracownicy. Dotarł do koszar i przedstawił swoje nowe stanowisko porucznikowi Czarnieckiemu.

- Mądra decyzja, Panie Ambasadorze, ale na prostą ewakuację jest już za późno. Otoczyli Ambasadę gęstym kordonem i od tak sobie już nie uciekniemy zresztą, nie ma dokąd.

- O to proszę się nie martwić. Mam dobry kontakt w Ambasadzie USA.

- Odcięli nam telefon, ale myślę, że skontaktujemy się z nimi przez krótkofalówkę. - naświetlił sytuację oficer. Z kim łączyć?

- Z Jamesem Greyem z CIA.

- Grey przy aparacie... - odezwał się jego jak zwykle nieco zdziwiony głos w słuchawce

- James? Tu Grzegorz, Grzegorz Derczak.

- Greg! Na Boga, co się tam u was dzieje!

- Sytuacja jest tragiczna. Musicie nas stąd wyciągnąć i to jak najszybciej. Tłum jest naprawdę silny, nie wytrzymamy nawet jednego ataku. Potrzebujemy pomocy ze strony USA.

- Spokojnie - Grey uspokajał bardziej siebie niż Derczaka - Zrobię, co w mojej mocy, ale muszę się skontaktować ze zwierzchnikami. Odezwę się do ciebie tak szybko, jak to będzie możliwe.

Słychać było już tylko szum w urządzeniu. Ambasador miał nadzieję, że zwierzchnicy jego przyjaciela nie umyją rąk i spróbują im pomóc. Na wszelki wypadek postanowił jednak przygotować plan awaryjny.

- Poruczniku, czy opracował Pan już taktykę obrony?

- Jest tylko jedno skuteczne rozwiązanie: bronimy linii murów jedną trzecią sił i czekamy aż sforsują ogrodzenie - pewnie w końcu rozbiją bramę. Wtedy obrzucamy ich gazem łzawiącym i cofamy się do murka otaczającego budynek ambasady. Tam będzie stał karabin maszynowy. Najpierw strzelamy nad głowami, potem w tłuszczę. Kiedy się zbliżą, grupa w oknach ambasady osłania odwrót grupy z murku, a po drodze zorganizowana jest mała zasadzka ogniowa - dwóch ludzi z kałachami i granatami, ukrytych w zaroślach. Uciekną w ostatniej chwili. Ponadto, cały teren kryje snajper, ukryty na strychu budynku. Potem cofamy się do podziemi i czekamy na cud.

- Dobrze poruczniku. Odpowiednio się pan spisał. Faktycznie nic więcej nie możemy zrobić. Nagle do pomieszczenia wpadł zdyszany żołnierz, szeregowy Nowakowski. Był bardzo przejęty - to była jego pierwsza akcja. Złapał oddech i zameldował

- Panie Ambasadorze, w tłumie poruszenie. Zajechał wóz pancerny, a na nim ten Ajatollah, Moisemi. Chyba chce z Panem rozmawiać.

- Wpuścić go. Przyjmę go w saloniku.

Szybko udał się do tego dość wystawnego pomieszczenia, gdzie przyjmował wszystkich dostojników. "To pewnie moja ostatnia taka audiencja" - pomyślał. Usiadł godnie za stołem, poprawił flagę stojącą obok i czekał. Ajatollah wkroczył dostojnie i pewnie, zupełnie, jakby to był jego pałac. Właściwie miał prawo się tak czuć - dookoła stało co najmniej dziesięć tysięcy ludzi, którzy mogliby rozwalić ambasadę w drobny pył. Derczak starał się zachować spokój, ale czuł, że zaczyna się coraz mocniej pocić. Moisemi usiadł na krześle nie witając się z nim.

- Panie Ambasadorze. - zaczął - Kobieta, którą pan tu ukrywa, jest cudzołożnicą. To w naszej religii wielki grzech. Ale stręczycielstwo jest jeszcze gorsze. A to właśnie robi Pan broniąc jej przed zasłużoną karą boską.

- A wie pan, jak w moim kraju mówi się na to, co Pan robi, wasza "eminencjo?" Robienie ludziom wody z mózgu. Wiem, że ta kobieta została zgwałcona i nie chciała odejść od męża, który ją wygonił z domu. Więc okrzyknęli ją jawnogrzesznicą i chcieli ukamienować, co jest w tym kraju raczej nielegalne. Pan o tym dobrze wiedział. Zastanawiam się tylko, czy specjalnie urządził Pan tę prowokację, czy może wykorzystał Pan zbieg okoliczności?

- Jest Pan bezczelny, ale i szaleńczo odważny - powiedział Moisemi, uśmiechając się swoim chytrym uśmiechem. - Mam nadzieję, że nie jest Pan też szaleńczo głupi i wyda ją Pan.

- Obaj zdajemy sobie sprawę, że jeśli ją wydam ona zginie, ale tłum nie zostawi nas w spokoju. Łatka "stręczyciela" raczej tak łatwo mnie nie opuści. Zagrajmy w otwarte karty. Chcecie zrobić przewrót, tak? - Moisemi przestał się uśmiechać, ale jego głos nie stracił pewności

- Lud chce przewodnika w drodze do Allacha, a nie sługusa na pensji zachodu. Tylko my możemy im zapewnić bezpieczeństwo ciała i duszy...

- A także zaopiekować się złożami ropy? Wspierać terrorystów? Może macie jeszcze ambitniejsze plany?

- Widzę, że się nie dogadamy. - westchnął Ajatollah wstając od biurka - Szkoda że to ostatnie godziny Pańskiego życia, młodzieńcze. Może wtedy dałoby się Pana nauczyć rezonu. Noto pójdę do ludzi i pokażę im gdzie szukać szatana. Właściwie ta rozmowa nie mogła nic zmienić. Lud żąda krwi.

- Jak na mnie on żąda spokoju po tych wszystkich wojnach. Potrzebuje też wolności. Niestety, będziemy musieli z nim walczyć, ale to będzie walka z fanatyzmem, a nie narodem.

- Ale Pan lubi prowokować i gadać. Żegnam, młody ambasadorze? - ruszył ku drzwiom

- Spotkamy się w piekle, wasza eminencjo!

Pod koniec tej rozmowy Derczak stał i ledwie trzymał nerwy na wodzy. W pewnym momencie wpadł na pomysł uwięzienia Ajatollaha, ale w ten sposób zniżyłby się do jego poziomu. I tak złamał wszystkie dyplomatyczne normy i mógł się pożegnać nawet z parzeniem kawy w ministerstwie. Mimo wszystko musiał teraz podjąć odpowiednie kroki.

Szybko skontrolował powstające barykady. Pracom żołnierzy wciąż towarzyszyły okrzyki, uderzenia kamieni w mur, oraz pojedyncze strzały w powietrze. Mieli mało czasu. Postanowił znów skontaktować się z Jamesem Greyem. Ten niestety nie miał dobrych wieści.

- Oficjalnie nie możemy wam pomóc. Rząd uznał, że potrzebujemy placówki w tym kraju, a udzielenie wam azylu skończyłoby się atakiem na naszą ambasadę. Ale za to o świcie na rynek trzy przecznice od was dotrze oddział naszych marines w nie oznakowanych pojazdach. Ewakuują was śmigłowcami do Iraku, do polskiej bazy.

- Nie mogą dotrzeć tu, na nasz dziedziniec?

- Jest zbyt duże ryzyko zestrzelenia. Musicie jakoś się przebić. Muszę kończyć. Powodzenia!

Derczak był nieco zdziwiony. Liczył na jakąś większą pomoc. Nie mógł jednak mieć pretensji do przyjaciela. Musiał w końcu dbać o wizerunek swego kraju, a ten w krajach arabskich był już solidnie nadwątlony. Grzegorz zebrał szybko myśli i ponownie omówił sytuację z porucznikiem Czarnieckim. Uznali, że muszą utrzymywać pozycję do świtu. Kiedy tuż przed brzaskiem tłum będzie już zmęczony, otworzą zmasowany ogień i nie zważając na straty będą się przebijać ciężarówkami do miejsca spotkania.

- Panie Ambasadorze, to pochłonie ogromne ilości ofiar?

- Poruczniku, jeśli ma pan lepszy plan, proszę go przedstawić. To spotkanie jest naszą jedyną szansą ratunku. Musimy spróbować. - rozmowę przerwał jeden z żołnierzy, który wszedł do biura.

- Panie Ambasadorze, ten starzec chce z panem rozmawiać.

- Starzec?

- No, ten stary sługa, Abdullach. Mówi, że ma jakieś przydatne informacje?

- Dawać go tu! - rzucił zirytowany porucznik. Stary Abdullach z trudem kuśtykał przez biuro komendanta garnizonu. Wyglądał na jakieś osiemdziesiąt lat, a niektórzy mówili, że ma znacznie więcej.

- Panie - zaczął, kłaniając się przed ambasadorem - wybacz śmiałość starego sługi, ale Abdullach wie dużo. Abdullach zna świetnie ten pałac i miasto. Abdullach nie jest też głupi i widzi co się szykuje. Panie, musicie uciekać, a ja znam tajny wyjazd z pałacu. Wykuł go sześćdziesiąt lat temu Książe Salim, do którego pałac wówczas należał. Mogę wam go wskazać, jeśli chcecie, Panie.

- Ależ... Abdullachu! Ratujesz nam życie! - Derczak nie wierzył we własne szczęście - Gdzie jest to przejście?

- W podziemiach, tam gdzie dziś jest parking. Kończy się dwie przecznice stąd, przy wielkim meczecie.

Grzegorz z radości niemal zaczął całować starca po rękach. Rozentuzjazmowany kazał porucznikowi przygotować plan ewakuacji, a sam pobiegł do swego biura, by przekazać nowinę Szeherezadzie. Ta jednak nie podzielała jego radości.

- Mam złe przeczucia. Boję się, Grzegorz... - wtuliła się w jego ramiona. Widząc to, Derczak stracił rezon, ale starał się nie okazywać lęku.

- No już! Przestań się mazać, mała! Będzie dobrze! Słyszałaś, żeby amerykańscy marines schrzanili kiedyś akcję? Zabiorą nas stąd.

- Może masz rację. - odparła, wycierając łzy rękawem niebieskiej bluzki. - Ale mimo to się boję.

- Jesteś zmęczona. To był ciężki dzień. Za chwilę się ściemni. Idź do pozostałych i spróbuj się zdrzemnąć. Jutro przed wschodem słońca wyruszamy. Zobaczysz, jak się wyśpisz, to strach nie będzie już taki okropny. Kolorowych snów! - pocałował ją w czoło. Uśmiechnęła się blado i poszła do głównego holu ambasady, gdzie czekały już łóżka polowe.

Ambasador obserwował ją odchodzącą korytarzem, a z każdym jej krokiem czuł się coraz gorzej. Dotarło do niego, że ratunek przybędzie dopiero za dwanaście godzin. A co wcześniej?

Wyciągnął papierosa z szuflady biurka. Wprawdzie rzucił kilka miesięcy wcześniej, ale zawsze trzymał paczę Cameli na czarną godzinę. Teraz ich bardzo potrzebował. Nerwowo zapalił i zaciągnął się głęboko. Gdy wypuścił dym, szybko ruszył do siedziby porucznika.

Czarniecki kończył rozrysowywanie planów operacyjnych. Przedstawił je ambasadorowi, a ten zaakceptował bez słowa.

- Jak pan sądzi, czy mogą zaatakować przed ewakuacją?

- Całkiem prawdopodobne. Ale jeśli nie uderzą przed północą, to możemy być spokojni. Wprowadziłem już pogotowie na wszystkich posterunkach. Podobno odbywają teraz wieczorną modlitwę. Może chcą nas napaść zaraz po niej? Ale takie zgadywanie jest gorsze od rosyjskiej ruletki.

- Musimy czekać.

Czuwanie strasznie się dłużyło, koło 21. zaczęło się ściemniać. Tłum pod bramą zakończył już modły wieczorne. Jeśli mieliby uderzyć, to tylko teraz. Żołnierze nerwowo ściskali kolby i czekali. Mieli nadzieję, że atakujący tłum przestraszy się strzałów ostrzegawczych. Bo gdyby się nie przestraszył...

Ciszę przeszył krzyk Ajatollaha. Przez megafon nawoływał do walki z niewiernymi. Odpowiedział mu straszliwy wrzask tłumu arabów. Sytuacja zaczynała przybierać coraz gorszą postać. Nagle ktoś w motłochu pociągnął za spust. Odezwała się seria z kałasznikowa. Zaraz za nią, grad pocisków zaczął dudnić w mury otaczające ambasadę. Żołnierze w środku padli na ziemię. Porucznik Czarniecki głośno zaklął. Odesłał ambasadora w bezpieczne miejsce. Teraz to on dowodził.

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu
  • Crystal Storm : 2007-09-04 15:46:35
    Czarno widze

    Cos sie chyba zlego zdarzy, tlum napiera na ambasade, oj, krew sie poleje...

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu