Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Inuki - sklep z mangą i anime

Opowiadanie

Próba Ognia

Dobre Złego Początki

Autor:Arleen
Korekta:Dida
Serie:Warhammer Fantasy
Gatunki:Fantasy, Romans
Uwagi:Utwór niedokończony, Przemoc, Wulgaryzmy
Dodany:2011-04-28 23:23:01
Aktualizowany:2011-04-30 00:37:01


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Jeżeli kiedykolwiek ktokolwiek z nieznanych mi przyczyn zapragnie zamieścić całość lub fragmenty opowiadania na stronie/blogu/forum proszę o podanie moich danych (nick) oraz źródła. :)


Świeży śnieg skrzypiał pod nogami Ericha, gdy mężczyzna przemierzał drogę powrotną do Wolfenburga. Prowadzony za uzdę koń parskał niespokojnie, rzucając nerwowe spojrzenia na boki. Gdyby nie silna ręka jego pana, zapewne uciekłby z lasu ile sił w nogach, gdyż wyczuwał od swego pana zapach istoty znacznie niebezpieczniejszej, niż wilki. Przez kilka dni Erich i Rukhar przygotowywali „przyjęcie powitalne dla ich gości”, jak usiłował żartować szaman. Zwierzoczłek bowiem wykazywał się poczuciem humoru, które jednakże niesamowicie drażniło Ericha. Jednocześnie wojownik musiał go znosić, bo ten okazał się zbyt przydatny, by się go pozbywać z tak błahego powodu, jak kiepskie dowcipy. Zastawiali pułapkę na doświadczonego czarodzieja Kolegium Ametystu, a choć Erich potrafił posługiwać się energią Dhar, nie lubił tego i nie miał w tym wprawy. Praktycznie nigdy tego daru nie wykorzystywał, chyba że w trakcie rytuałów ku czci Księcia Czaszek. Jego bóg bowiem uważał magię za tchórzostwo, a najmilszą ofiarą były splamione krwią dłonie i ostrze. Tym razem jednak chodziło o coś znacznie ważniejszego niż prywatne przekonania Ericha. Chodziło o nadchodzące zmiany, które podkopią istotę Imperium, zapewniając Księciu Czaszek należne mu miejsce... A talent szamana okazał się bardzo, ale to bardzo przydatny. Wojownik miał zawsze niskie mniemanie o inteligencji zwierzoludzi, uważając ich za mięso armatnie. Szaman jednak nie tylko opracował plan, który miał wszelkie szanse powodzenia, lecz potrafił przygotowywać rytuały, o których Hess nie miał pojęcia lub do przeprowadzenia których miał zbyt mało doświadczenia. Wojownik potrafił zadać śmierć na wiele sposobów, lecz babranie się w magii zawsze wolał zostawiać innym. A Rukhar był doskonałym kandydatem: sprytny, całkowicie oddany Krwawemu Bogu oraz kompletnie szalony... Przede wszystkim jednak pomagał odsuwać od Ericha zagrożenie odkrycia, które miałoby dla mężczyzny niezwykle przykre konsekwencje - tortury i śmierć na stosie. Kultysta bowiem, od dnia w którym odkrył, że służba zwykłym bogom to strata czasu, robił wszystko, by być ostatnim obywatelem Wolfenburga, którego by podejrzewano o służbę jednej z Niszczycielskich Potęg. I jak dotąd bardzo dobrze mu szło. Wkrótce zaś miał zająć należne mu miejsce w nowym porządku - nie tylko bowiem zdobędzie potrzebny składnik rytuału. Pozbędzie się również niebezpiecznego przeciwnika w osobie Magistra Ametystu, który mógłby utrudnić mu w przyszłości podziwianie wymarzonego widoku płonącego miasta...

Wkrótce na granicy wzroku zamajaczyły mury Miasta Wilka, które według chełpliwych zapewnień księcia von Raukova ustępowały jedynie stolicy oraz Middenheim. Był wczesny ranek, więc życie w mieście i jego najbliższej okolicy dopiero się rozpoczynało, wraz z leniwie wstającym słońcem. Erich wziął głęboki wdech, a potem poprawiwszy podbity futrem płaszcz oraz ozdobiony piórami bażanta kapelusz, dosiadł wierzchowca i wjechał do wioski. Nieliczni ludzie, którzy o tak wczesnej porze rozpoczynali pracę, rozpoznawali go od razu. Większość kłaniała mu się z szacunkiem. Kilku, być może mających na sumieniu kłusownictwo, wcisnęło głowy w ramiona, schodząc z drogi podłowczemu księcia, wracającemu zapewne z obchodu należących do księcia łowisk. Erich odwzajemniał ukłony, gardząc jednocześnie każdym który okazywał mu szacunek. Śmiał się natomiast w duchu z tych, którzy uciekali przed jego wzrokiem. Wiedział bowiem, że pewnego dnia ci, którzy dziś kłaniali mu się w pas, będą jęczeć z bólu, gdy jego ostrze wgryzie się w ich ciała, a ci którzy odwracali wzrok, będą błagać o litość, której on im nie okaże...

Straż przy bramie wpuściła Ericha bez jednego pytania. Rzadko kto dopytywał się o jego wyjazdy, a jeśli nawet, to nie potrzebował kłamać, by usprawiedliwić nagłą podróż, czy przedłużającą się nieobecność. Ostatecznie, był prawą ręką łowczego, czyż nie? To naturalne, że pomagał wykonywać mu jego obowiązki... Poza tym wszyscy wiedzieli, że obecny Wielki Łowczy, był leniwy i niezbyt kompetentny. Chętnie zrzucał obowiązki na młodszego pomocnika, samemu ciesząc się grzanym piwem w ulubionej karczmie. Erich ani się obejrzał, a choć oficjalnie spełniał jedynie rolę pomocnika, w praktyce dzierżył w ręku faktyczną władzę. Nikt już nie sprawdzał, czy podpis łowczego Gerarda Prochnowa był autentyczny, czy nie, sam łowczy zaś był często zbyt pijany, by pamiętać czy coś faktycznie podpisywał, nie wspominając już o tym, by wiedział pod czym dokładnie ów podpis składał...

Erich ścisnął końskie boki piętami, popędzając wierzchowca do kłusa. Oczyma wyobraźni widział domy, które mijał, obrócone w ruinę i trawione przez płomienie , a bruk po którym stąpał jego koń spływał krwią. Całe miasto było jednym wielkim ołtarzem Księcia Czaszek. Erich uśmiechnął się, a przechodząca obok córka piekarza spłoniła się, sądząc że uśmiech jasnowłosego mężczyzny był przeznaczony dla niej...

***

Poranek był mglisty i chłodny, czyli dokładnie taki jakiego nienawidził Axel. Mimo to było w chłodnej aurze zimy coś odświeżającego. Szron osiadł na dachach domów i gałęziach drzew, sprawiając że miasto wydawało się czystsze i mniej ponure, niż zazwyczaj. Mimo swej wielkości bowiem, mimo wspaniałego pałacu i bogatej świątyni, gdy wyszło się poza zamożną dzielnicę szlachecką, tym mocniej czas i ubóstwo odciskały się na okolicy...

Prowadzony przez młodego czarodzieja koń zaparskał nagle nerwowo, niespodziewanie cofając się dwa kroki i usiłując wyrwać uzdę z dłoni mężczyzny i wyrywając go z zamyślenia. Fritz zaklął, chwytając lejce tuż pod pyskiem zwierzęcia, usiłując opanować nerwowego taranta, który od początku sprawiał mu same kłopoty.

- Jak się nie uspokoisz... - mruknął - oddam cię na wieś, żebyś orał pole.

- Aleś nerwowy od rana. Źle spałeś? - odezwał się Amsel spod kaptura swego czarnego, wełnianego płaszcza. Zawsze i wszędzie, nawet w środku lata, Ametystowy Czarodziej nosił powłóczysty, kruczoczarny płaszcz. Zmieniał się jedynie materiał, z którego był wykonany.

- Miałem koszmar. Śniła mi się ta twoja tropicielka i jej pieczony pstrąg - odparł z przekąsem Axel, odruchowo rozcierając zesztywniały kark.

- Mówisz poważnie?

- Nie. Za to wyobraź sobie, że jakiś palant zerwał mnie z łóżka przed świtem po czterech godzinach snu...

W rzeczy samej młody czarodziej spał nienajgorzej, tylko niemożliwie krótko. Jonas zarządził bardzo wczesną pobudkę, a poprzedniego dnia do późna pakowali juki. Delikatne probówki, menzurki i fiolki odczynników układali w drewnianych skrzynkach własnoręcznie, bo Amsel uważał, ze zlecenie tego jego gospodyni byłoby proszeniem się o katastrofę.

- Czy ten najemnik potwierdził, że się zjawi? - spytał Axel, mając na myśli kondotiera, który miał służyć im za dodatkową ochronę. Matthias Taube, trzydziestokilkuletni ostlandczyk, uznawany był w środowisku najemników za relikt już, ale Jonas cenił jego zdrowy rozsądek i brak oporów przed pracą z czarodziejami.

- Matthias to poważny człowiek, inaczej nie brałbym go na tę wyprawę - uciął Jonas, bowiem doszli już do wschodniej bramy, umówionego miejsca spotkana. Już z oddali rozróżnili dwie sylwetki, zapewne należące do ich przewodniczki oraz ochrony. Najemnik był zupełnie przeciętnym mężczyzną około trzydziestki, ubranym w pikowaną przeszywanicę i noszącą ślady starych walk kolczugę, na które dla ochrony przez zimnem narzucił krótki płaszcz, zaś oręż, perfekcyjnie utrzymany miecz bez żadnych ozdób, zdradzał chłodnego profesjonalistę. Najemnik gawędził ze strażnikami, którzy parę razy wybuchali donośnym śmiechem, dziewczyna zaś stała dwa kroki obok, kończąc oporządzać wierzchowce. Gdy Jonas i Axel zbliżyli się do nich, rozmowy umilkły, zaś żołnierze poprawili rynsztunek. Matthias przestał uśmiechać się jakby właśnie wygrał los na imperialnej loterii i uprzejmie skłonił się obydwu czarodziejom. Jonas przydałby się w wojsku jako straszak, pomyślał Axel. Działał na mundurowych bardziej mobilizująco, niż niejeden sypiący kurwami sierżant.

- Wszyscy gotowi? - spytał Amsel, taksując wzrokiem Matthiasa i Larę. Dziewczyna od początku stała na uboczu, nie rozmawiając ze strażnikami i ogólnie wyglądając jakby czuła się zupełnie nie na miejscu.

- Na to by wyglądało. - Matthias wskazał ruchem głowy gotowe do drogi wierzchowce jego, Lary i jednego luzaka, na którego grzbiecie piętrzyły się pakunki z niezbędnymi zapasami.

- Świetnie zatem, nie traćmy czasu.

- Zanim wyjedziemy, Herr Amsel. - Najemnik odchrząknął. - Rozmawiałem ze strażnikami przy bramie. Twierdzą, że ktoś pana szukał. Dziś z samego rana.

- Ktoś mnie szukał? Opóźni się wyjazd. Szlag... - Zaklął pod nosem Jonas, ale po chwili się zmitygował i spytał: - Wiadomo kto to był?

- Mówią, że jakiś posłaniec, przyjechał bladym świtem. Podobno szukał pana w domu, ale pan już wyszedł. Chyba coś pilnego, bo obleciał wszystkie bramy, by nie przegapić pana wyjazdu.

- Pięknie... - warknął Jonas. - A wspomniał przypadkiem, gdzie mam się udać, by wysłuchać jego jęczenia?

- Do budynku Gildii...

- Świetnie, po prostu cudownie! - Jonas rzadko bywał zniecierpliwiony, ale gdy już mu się zdarzało był naprawdę zrzędliwy. Tym razem jednak spieszyło mu się za bardzo, by marnotrawić czas na narzekanie i zwrócił się do Axela: - Wróćcie na razie do domu, Miguela się wami zajmie. Wrócę, jak tylko to załatwię... - powiedział, owijając się szczelniej płaszczem i ruszając w stronę budynku Gildii Magów i Alchemików, pozostawiając zdumionych towarzyszy, stojących na śniegu.

- Mam złe przeczucia - szepnęła Lara ni to do siebie, ni to do nich. Axel nic nie powiedział, wzdychając ciężko, wiedział bowiem że choć teraz Ametystowy Mag będzie próbował uwinąć się ze wszystkim jak najszybciej, to każda minuta opóźnienia dziś to godzina marudzenia Jonasa na biurokrację w Gildii.

- No to kto reflektuje na śniadanie? - spytał spokojnie Matthias, trzeźwo uznając, że on ani nie pomoże, ani nie zaszkodzi i czas najwyższy pomyśleć o tym, co istotne.

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu

Brak komentarzy.