Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

I będę pamiętać

Rozdział V

Autor:Ai-chan
Korekta:Dida
Serie:Pandora Hearts
Gatunki:Dramat, Fantasy, Romans
Dodany:2010-12-17 21:50:46
Aktualizowany:2010-12-17 21:50:46


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

W sprawie kopiowania, cytowania itp. zgłaszać się na pw albo na maila.


Tego dnia światło, oznaczające twoje przybycie, zastało mnie w lesie. Zza pnia jesionu obserwowałam jak rozglądasz się, szukając mnie wzrokiem.

- Berenice! Heej, gdzie jesteś? Berenice!

Uśmiechnęłam się do siebie. Nie odpowiedziałam. Chciałam przedłużyć uczucie, które nagle mnie ogarnęło. Szukałeś mnie, chciałeś mnie zobaczyć. Przyszedłeś do mnie. Znowu przyszedłeś. Naprawdę.

- Berenice! To ja, słyszysz?

Twój jasny głos niósł się delikatnym echem po moim świecie. Wypełniał cały mój świat.

Już wtedy wiedziałam jak stał mi się potrzebny.

- A, tu jesteś! Czemu nie odpowiadasz? Nie chciałoby mi się ganiać w kółko po tym lesie, żeby cię szukać.

Ale ganiałbyś, prawda? - Chciałam zapytać, ale nie zrobiłam tego.

- Przepraszam. Zamyśliłam się.

Uśmiechnęłam się przepraszająco.

- Mam coś dla ciebie - oznajmiłeś.

- Tak? Co?

- Wyciągnij rękę i zamknij oczy.

- Po co?

- No już.

Wzruszyłam ramionami i zrobiłam co kazałeś.

Najpierw poczułam dotyk twojej ciepłej, suchej skóry, a potem na moją dłoń spadło coś chłodnego i ciężkiego. Otworzyłam oczy i zobaczyłam trzy duże kasztany. Zaniemówiłam z radości. Były gładkie, lśniące, w cudownie brązowordzawym kolorze. Musnęłam wargami ich delikatnie śliską powierzchnię. Pachniały jeszcze mokrą od deszczu ziemią i jesiennym wiatrem.

- Mówiłaś, że lubisz jesień i kasztany. Zobaczyłem je dzisiaj na chodniku i pomyślałem, że ci przyniosę.

Posłałeś mi swój ciepły, ujmujący uśmiech.

- Dziękuję. Są piękne.

Przyglądałam się im z zachwytem.

- Będę je zawsze miała przy sobie.

- Jako pamiątkę po mnie?

- Raczej po ziemskiej jesieni - zaśmiałam się. - No dobrze, po tobie trochę też.

- Świetnie. Może dzięki temu o mnie nie zapomnisz, jeśli nie będę przychodził przez parę dni.

- A nie będziesz?

- Za trzy przyjeżdża do nas rodzina pani Edith. Będę miał trochę na głowie. Ale spokojnie, znajdę chwilę. A co, będziesz tęsknić?

W twoich oczach zamigotały figlarne iskierki.

- Chciałbyś. Gdzie Emily?

- Tam, przy brzegu. Nie martw się, nikt jej nie ukradnie.

- Kolejna zaleta tego świata - zauważyłam z przekąsem.

- O żesz, faktycznie.

W cieniu drzew twoje włosy miały srebrzysty odcień. Do tamtej chwili nie myślałam nigdy, że jesteś przystojny.

- Co jest? - spytałeś.

- Nic. Twoje włosy...

Przesunąłeś dłonią po długiej kitce.

- Co z nimi?

- Nic. Mają fajny kolor.

Roześmiałeś się głośno.

- Serio? Cóż, więc wypada mi powiedzieć, że twoje też.

- A nie uważasz tak?

- No w sumie... Taki jasnobrązowy... fajny jest, pewnie.

- To jest karmelowy.

- Słucham?

Pokręciłam głową z rozbawieniem i zrezygnowaniem jednocześnie.

- Mniejsza o to. Idę do Emily.

- Więc to się nazywa karmelowy, tak? - powiedziałeś do siebie z zamyśleniem w głosie, zanim ruszyłeś za mną.

***

- Gdzie trzymasz Emily? Mam nadzieję, że w jakimś porządnym miejscu - powiedziałam kilka chwil później, gładząc włosy mojej ulubionej lalki.

Zmieszałeś się lekko.

- Eee... Skoro teraz nie jest do końca żywa, to chyba nie ma to dla niej większego znaczenia, prawda?

- Chcesz powiedzieć, że rzucasz ją w jakiś ciemny, brudny, obskurny kąt i nie obchodzi cię co...

- Nie w kąt, tylko do pudełka!

- Ciemnego, brudnego i obskurnego?

- No... tak. Ale przecież nie może leżeć gdzieś na widoku, prawda? Ktoś jeszcze by ją zobaczył, dotknął, i...

- Niby kto?

- No choćby Juliet. Chciałaby ją sobie wziąć. Nie mógłbym jej oddać, i wtedy na pewno by się rozpłakała. Nie znoszę, kiedy dzieci płaczą. Nie mam pojęcia co wtedy robić. Dlatego musi być schowana.

Popatrzyłam na ciebie sceptycznie. Wytrzymałeś to spojrzenie, robiąc niewinną minę. Westchnęłam z rezygnacją.

- To chociaż wyczyść to pudełko, dobrze?

Posadziłam sobie Emily jak dawniej, na ramieniu.

- Ja w ogóle się z nią nie rozstawałam. Wszędzie byłyśmy razem. I trzymałam ją zawsze tak, na ramieniu. Widziała wtedy wszystko to co ja, no i mogłyśmy ze sobą swobodnie rozmawiać. Szkoda, że teraz nie mówi.

- A co by powiedziała?

- Zrobiłaby ci awanturę, za to, że jej nie szanujesz. Była strasznie pyskata - roześmiałam się.

- Więc nie dziwi mnie, że tak się lubiłyście - mruknąłeś.

- Słucham?

- Zastanawiałem się czy te chmury też stoją w miejscu - powiedziałeś, uśmiechając się słodko.

- Kłamca. Ale tak, stoją. Lubię się bawić w wymyślanie, co przypomina ich kształt. Wiesz, z każdej strony jeziora wyglądają trochę inaczej. Na tą nad nami wymyśliłam siedem. A na tamtą, o tą, aż dwanaście.

- Tylko siedem?

- Nie wymyślisz więcej.

- Zakład?

Oczywiście, przegrałeś go. Ja na wymyślanie rozmaitych kształtów chmur miałam o wiele więcej czasu.

Później rzeczywiście nie przychodziłeś dłużej niż zwykle.

Czekałam, ciesząc się na myśl o naszym następnym spotkaniu. Ale jeszcze nie tęskniłam. W każdym razie nie aż tak, jak później.

Wiedziałam, że przyjdziesz. Wypełniała mnie ta bezpieczna, spokojna pewność.

Wracałam myślami do naszych rozmów, przypominając sobie twoje gesty i słowa. Twój jasny śmiech. Twój zupełnie chłopięcy, łobuzerski uśmiech.

Byłam ci taka wdzięczna. Dzięki tobie mogłam żyć w tym niezmiennie jednostajnym Wymiarze Otchłani, niemal tak, jak żyłabym na Ziemi.

Tak, jak nigdy tam nie żyłam.

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu

Brak komentarzy.