Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

Sherlock : Błędy w Czerwieni

Rozdział Drugi

Autor:Luna
Korekta:Dida
Serie:Sherlock (BBC)
Gatunki:Dramat, Kryminał, Obyczajowy, Romans
Dodany:2011-04-09 11:02:56
Aktualizowany:2011-04-09 11:02:56


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Na dworze świtało, gdy Sherlock wyszedł z sypialni, pozostawiając za sobą idealnie zaścielone, nieużywane tej nocy łóżko. Nie było czasu na sen, chciał myśleć, analizować sytuację. Musiał rozgryźć Moriarty'ego, to był priorytet, który sobie obrał. Niestety jego wzrok co chwilę padał na śpiącego przyjaciela. Patrzenie na Johna prowadziło do oceniania jego obrażeń. Próby odgadnięcia, co powiedział mu wcześniej doradczy przestępca. W tej chwili naprawdę nie chciał myśleć o lekarzu, nie był teraz najważniejszy, były sprawy dużo pilniejsze niż on. Nie rozumiał dlaczego mimo to nie mógł uciec myślami. Był pewien, że opuszczenie sypialni pomoże mu w skupieniu się na Moriartym.

Zamknął za sobą drzwi sypialni, przyglądając się salonowi. Oczywiście nikogo w nim nie było, ale był pewien, że obserwuje go jakaś kamera. Rozejrzał się ostrożnie, szukając miejsca, na którym mógłby się rozsiąść. Najlepiej takiego, na którym jego brat nie spędzał za dużo czasu. Przeszedł cicho po pomieszczeniu, przyglądając się uważnie wszystkim siedziskom. Oczywiście żadne z nich nie wyglądało, jakby ktoś często na nim przesiadywał. W końcu z uśmiechem zajął fotel w kącie pokoju, który wyglądał na nieużywany. Wolałby zająć kanapę, ale sama myśl o tym, co mogło się na niej dziać, skutecznie go od tego odstraszyła.

Oparł łokcie o kolana, złączył dłonie i zamknął oczy. Myśli zaczęły biec odpowiednim torem. Miał przed oczami uśmiechniętą mordę Moriarty'ego, jego idealnie skrojony garnitur. Skrzywił się, gdy jego umysł podsunął mu obraz Johna obładowanego materiałami wybuchowymi, Johna, który skacze na Moriarty'ego i każe mu uciekać, Johna, po którego ciele krążą czerwone kropki.

Uderzył się pięścią w kolano. Musi się skupić. Nie może myśleć o Watsonie, on nie był teraz najważniejszy. Wziął głęboki oddech, tęskniąc za plastrami nikotynowymi. Jeszcze bardziej za papierosami. Mógłby zabić za jedną, głupią paczkę fajek. Nie dosłownie, ale na pewno mógłby kogoś okraść. Musi się skupić, odnaleźć powiązania...

Molly. Trzeba będzie ją przepytać, czy cokolwiek wie o Moriartym. Przez jakiś czas pracował w szpitalu, jak długo? I czy naprawdę pracował. Jeżeli chciał śledzić Sherlocka, mógł to zrobić i pozostać niezauważonym. Mówił, że chciał wywrzeć na nim słabe, ulotne wrażenie. Powstawało pytanie ile razy wcześniej go mijał, widział i nie zwrócił na niego uwagi. Potencjalni współpracownicy, przełożony, każdy w Barts mógł coś wiedzieć. Nawet strzępek informacji, co pił, co jadał, czym jeździł, wszystko mogło okazać się pomocne. Sherlock wiedział, że coś w kreacji miłego Jima-geja musiało być prawdziwe. Cokolwiek... Imię. Czy używał prawdziwego? Jeżeli chciał mu pokazać jak bardzo go przewyższa, mógł naprawdę nazywać się Jim, a nawet nazwisko nie musiało być fałszywe.

- Sherlock!

Stanowczy głos wyrwał go z zamyślenia. Otworzył oczy, z zaskoczeniem odrywając, że pokój oświetlały promienie słońca. Z kuchni usłyszał kobiece kroki - Anthea - szum wody, cichy, acz charakterystyczny stuk porcelany. Brytyjska, prawdopodobnie podarek od Królowej. Podniósł wzrok na stojącego pośrodku pokoju Mycrofta, ubranego w swój schludny garnitur oraz buty. Brak parasolki, zdawał się krzyczeć, że zaraz opuści mieszkanie, ale uraczy brata swą obecnością przynajmniej na kilka długich minut. Później wyjdzie rozwiązywać sprawę Moriarty'ego. Sprawę, która należała się Sherlockowi, nie jego bratu. Detektyw zacisnął mocniej usta.

- Dobrze, że znowu jesteś z nami - odparł ironicznie starszy z Holmesów. - Mam nadzieję, że starałeś się rozgryźć Moriarty'ego, a nie Johna. - Uśmiechnął się uprzejmie, odbierając filiżankę z rąk Anthei, która odwzajemniła uśmiech i podała drugą filiżankę Sherlockowi. - Co wymyśliłeś?

Detektyw skrzywił się, zaciskając mocniej usta. Mycroft sam wszystkiego się domyśli, nie potrzebował do tego jego pomocy.

Miał rację, brytyjska porcelana, na której spodzie odbito małą koronę.

- Nie zachowuj się jak dziecko - szepnął oschle starszy z Holmesów, rozsiadając się w fotelu. - Powiedz co wymyśliłeś. Doskonale wiesz, że to nie jest zwyczajna sytuacja, więc pomyśl, że to też twoja sprawa. - Upił łyk herbaty. - To nie czas na twoje... humorki - dodał, krzywiąc się z obrzydzeniem.

Sherlock milczał kilka minut, zgrzytając zębami. To była jego sprawa. Spojrzał na drzwi sypialni, za którymi wciąż spał John. Pomimo wzrastającego szumu miasta mógł usłyszeć przyspieszony oddech. Koszmar. Watson nie miał ich przynajmniej od kilku tygodni, a teraz wróciły, ze zwiększoną mocą. Zamknął oczy, słysząc zza drzwi cichy jęk. Wciąż się nie obudził.

- Im wcześniej mi powiesz co wiesz, tym szybciej będziesz mógł tam pójść. - Mycroft westchnął ciężko.

Sherlock spiorunował go lodowatym wzrokiem, który tylko wywołał uśmiech na twarzy mężczyzny.

- Nie wygłupiaj się. Obaj wiemy, że zżera cię poczucie winy i chciałbyś już tam być...

Spiął się, wbijając wzrok w własne dłonie, które nieco zbyt mocno zacisnęły się na porcelanie. Tak niewiele trzeba było, żeby pękła... John nie pękał łatwo. Co powiedział mu Jim. Zacisnął mocno szczęki, odstawiając filiżankę na stolik.

- Popytaj w Barts - zaczął w końcu, starając się odciąć od otaczających go dźwięków. - Pracował tam, udając informatyka. Nie wiem jak długo. Poza tym skontaktuj się z dziewczyną pracującą w kostnicy, Molly. Udawał jej chłopaka. - Urwał. - Geja. Jeżeli ona nie będzie niczego wiedzieć, możesz iść do barów dla homoseksualistów. Dowiedz się jakie podał miejsce zamieszkania, albo jej, albo szefowi.

Mycroft milczał kilka chwil, wpatrując się w niego badawczo.

- Skąd to wszystko wiesz? - spytał, unosząc pytająco brwi.

Odwrócił szybko głowę w stronę drzwi sypialni, zza których wydobył się głośny, żałosny jęk. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że tylko on zwraca na to uwagę. Odchrząknął głośno, ponownie skupiając wzrok na salonie.

- Spotkałem go, gdy badałem sprawę Carla Powersa. Molly nas sobie przedstawiła. Zostawił mi swój numer. - Urwał. - Szansa, że wciąż jest w laboratorium Barts jest znikoma, ale możesz go poszukać. To na pewno był inny numer niż ten, który dał jej.

Nie musiał patrzeć na brata, by wiedzieć, że ten spina się i zaciska mocno dłonie.

- Sherlock. Zajmę się tym, nie musisz się martwić. Postaram się, żebyście mogli wyjść stąd dopiero w momencie, gdy zapędzę go w kozi róg. Wtedy pozwolę ci wykonać ostateczny ruch - odparł spokojnie, ale detektyw wiedział, że jego brat wcale nie jest spokojny. Niemal uśmiechnął się z satysfakcją. Zobaczenie Mycrofta wyprowadzonego z równowagi było czymś godnym uwagi. - Sprawdzę każdą poszlakę.

W to nie wątpił. Wiedział, że jego brat zrobi wszystko co w jego mocy, by dowiedzieć się wszystkiego co może. Ważniejsze było pytanie - ile informacji pozwoli mu zdobyć Moriarty.

- Chcę mieć dostęp do wszystkiego czego się dowiesz - warknął, patrząc lodowato na brata. - Jeżeli nie zrobisz tego dobrowolnie, zmuszę cię. - Wstał powoli.

- Chciałbym zobaczyć jak próbujesz. - Mycroft uśmiechnął się wyzywająco, patrząc w stronę pokoju, w którym spał John. - Możesz tam iść, my i tak zaraz wychodzimy. Do zobaczenia. Postaraj się nie spalić mojego mieszkania. I przypilnuj proszę, żeby doktor Watson nie umarł na zawał. Obiecałem sobie, że jeżeli stąd wyjdziecie to tylko żywi.

Nie odpowiedział, ignorując słowa brata. Skierował się w stroję sypialni tak szybko jak mógł, a jednocześnie na tyle wolno by nie wyglądać na spanikowanego.

- Sherlock.

Zatrzymał się, odwracając się niechętnie.

- Będziecie czegoś potrzebować?

Zacisnął dłoń na klamce, marszcząc brwi.

- Fajki. Załatw mi fajki, bo oszaleję. I może jakieś piwo dla Johna - szepnął cicho. Odwrócił się, patrząc wyzywająco na Mycrofta. - Zrobisz to, albo powiem mamusi o twoim małym sekrecie - dodał. Szybko opuścił pokój i nie czekając na sprzeciw Mycrofta - na pewno by jakiś był - zamknął za sobą drzwi. Dzięki zasłonom w pokoju wciąż panował półmrok. Pewnie przez nie John wciąż spał. Po miesiącach wspólnego mieszkania Sherlock doskonale wiedział, że jego współlokatora nie trudno było obudzić.

Zrobił kilka kroków w przód, skupiając wzrok na Johnie. W milczeniu przyglądał się to opadającej się, to wznoszącej się piersi Johna. Szybki oddech. Ciało sztywne, jakby sparaliżowane albo związane. Zaciśnięte zęby, jakby chciał krzyknąć, ale nie mógł. Dłonie wczepione w pościel. Pot, mieszający się z łzami.

Nawet jego zdolności umysłowe nie pomagały mu w zrozumieniu co powinien zrobić. Obudzić Johna, czy zostawić go w spokoju, dopóki sam się nie wybudzi. Nie miał pojęcia, które wyjście będzie lepsze czy bezpieczniejsze.

Żałosny jęk wyrwał go z zamyślenia.

Usiadł ciężko na łóżku, patrząc na wykrzywioną w cierpieniu twarz mężczyzny.

Zacisnął dłoń na ramieniu Johna, starając się odrzucić wspomnienie sprzed kilu godzin. Przyśpieszone tętno, hiperwentylacja, ból.

- John... - Nic. Potrząsnął lekko ramieniem przyjaciela. - John. - Nic. Położył drugą dłoń na ręce mężczyzny. - John!

Watson otworzył oczy, wbijając w niego przerażone spojrzenie. Poruszał ustami, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie mógł. „Przepraszam”. Sherlock znieruchomiał. John go przepraszał? Za co...? Przecież niczego nie zrobił... Nie tu. Chodziło o sen. Odsunął się nieznacznie. Powinien coś powiedzieć, zrobić...

- To sen - szepnął. Jego głos zabrzmiał przeraźliwie niepewnie. Przełknął ślinę. - John, to był tylko sen. Niczego złego nie zrobiłeś.

Poczuł ulgę, gdy John odetchnął głęboko, rozluźniając wszystkie mięśnie.

***

Lestade zapadł się w fotelu. Zbliżyła się jedenasta, a on nawet nie zmrużył oka od ponad trzydziestu godzin. W szufladzie leżały trzy telefony, o których wolałby teraz zapomnieć, a na pewno nie wspominać na głos, dopóki nie zostanie tu ze swoimi ludźmi. Od kilku minut nie dostał możliwości odezwania się, po prostu słuchał bełkotu dwóch przerażonych kobiet, które siedziały przed nim.

- Powiedziano nam, że na miejscu wybuchu znaleziono rzeczy Johna! - zawołała jedna z nich. Pamiętał ją, była dziewczyną Johna. Makijaż spływał jej po twarzy.

- Nie wiem, kto wam to powiedział. - Zamilkł, widząc przepraszający uśmiech Sally, która stała przy drzwiach. Pięknie. Policjantka pospiesznie wyszła z pokoju.

- Wiedziałam, że przez tego durnego Sherlocka w końcu coś mu się stanie! - Zapłakała głośniej. Siedząca przy niej dziewczyna wyraźnie chciała coś powiedzieć, ale w końcu sama ukryła twarz w chusteczce.

- Te ciała - zaczęła druga. Jej głos drżał. - Są ich...?

Inspektor westchnął ciężko, rozcierając skronie.

- Jeszcze nie wiemy, pani...

- Molly... Molly Hooper - szepnęła, pociągając nosem.

- Nie wiemy, czyje to zwłoki, ale - odchrząknął cicho - gdy tylko je zidentyfikujemy, damy paniom znać - dokończył.

- Sprawdźcie Sherlocka! - krzyknęła pierwsza, uderzając pięścią w biurko. - To na pewno jego sprawka!

Molly skuliła się nieznacznie.

- Pani Sawyer - Lestrade zmarszczył lekko brwi - przypominam pani, że on też zaginął, proszę się uspokoić. Badamy sprawę i na pewno w końcu odkryjemy kto za tym wszystkim stoi.

Drzwi otworzyły się cicho, a do pomieszczenia ponownie wsunęła się Donovan. W ręku trzymała telefon.

- Szefie... Ktoś do ciebie - szepnęła cicho. Wyglądała na zaniepokojoną. Inspektor westchnął ciężko, wstając. Wszystko było lepsze od siedzenia z tymi dwoma kobietami w jednym pomieszczeniu.

- To wszystko, co mogę paniom dzisiaj powiedzieć. Gdy tylko coś odkryjemy, zostaną panie poinformowane. Proszę być dobrej myśli. - Uśmiechnął się słabo, uprzejmie wskazując drzwi.

W milczeniu przyglądał się obu kobietom, gdy wychodziły z pokoju. Gdy tylko drzwi się zamknęły, odetchnął ciężko, rozcierając skronie. Był zmęczony i zdenerwowany. W tej chwili naprawdę nie wiedział co się dzieje. Skrzywił się, myśląc o wszystkich możliwych komentarzach, jakie padłyby z ust Holmesa, gdyby był tutaj.

Odebrał telefon z rąk Sally, która szybko wyszła z pokoju.

- Słucham?

- Ach, Inspektor Lestrade. - Głos rozmówcy należał do mężczyzny. Policjant był niemal pewien, że skądś go zna. - Chciałbym z panem porozmawiać, w cztery oczy. Na dole czeka na pana samochód, który dowiezie pana na miejsce naszego spotkania.

Mężczyzna znieruchomiał, mocniej zaciskając palce na aparacie.

- Z kim rozmawiam...

- To teraz nieistotne, inspektorze. Ważne jest tylko to, że nasza rozmowa będzie dotyczyć... minionych pięciu lat pana kariery. Proszę zejść na dół. - Głos wciąż był uprzejmy, chociaż coś w sposobie jaki mówił, sprawiło, że na skórze policjanta pojawiła się gęsia skórka. - Proszę nie brać ze sobą żadnego z czterech telefonów, które są teraz w pana okolicy. Inaczej może być nieprzyjemnie. - Rozmówca zakończył połączenie, nim Lestrade zdołał cokolwiek powiedzieć.

Inspektor wciągnął powietrze. Powoli ruszył w stronę drzwi, nagle czując na sobie dziesiątki oczu, oczu z których każde mogło komuś donieść co robi. Czy dzwoniący miał coś wspólnego z zamachowcem? Nie, raczej nie... On lubił używać innych, a ten mężczyzna nie brzmiał jak ktoś z bombą przyczepioną do piersi. Poza tym, najwyraźniej miał jakieś informacje na temat Sherlocka.

- Wychodzę, mam ważne spotkanie - zwrócił się w stronę Sally, która spojrzała na niego nieco zaniepokojona. - To najwyraźniej coś pilnego, nie biorę ze sobą komórki. Postaram się zadzwonić do was, gdy dotrę na miejsce.

- Oczywiście, szefie. Będziemy czekać - szepnęła zaniepokojona.

Zrezygnował z jazdy windą, zamiast tego zbiegł po schodach. Przez myśl przebiegło mu, co by było gdyby zamachowiec podłożył bombę w windzie. Schody wydały się nagle dużo bezpieczniejsze. Niemal zatrzymał się w połowie, gdy zza rogu wychylił się ubrany w czarny garnitur mężczyzna, szepczący coś do telefonu. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie powinien się na niego rzucić i obezwładnić, ale ten jakby nigdy nic skinął mu lekko głową i zniknął. Powinien się uspokoić. Ktokolwiek chce się z nim spotkać jest kimś, kogo zna. Musi sobie tylko przypomnieć do kogo należał głos. Odetchnął głęboko i ponownie zaczął schodzić w dół. Już nie zbiegał, szedł powoli, starając się dopasować głos do twarzy. Na pewno nie był to zamachowiec... A przynajmniej miał taką nadzieję.

Parter, był już na dole. Zatrzymał się, opierając się o poręcz. Musiał sobie przypomnieć, z kim będzie rozmawiać, inaczej nie będzie mógł myśleć racjonalnie. Czuł na sobie spojrzenia policjantów, stojących przy maszynie z kawą. Wziął głęboki oddech i ruszył przed siebie. Za sobą usłyszał kroki, odwrócił ostrożnie głowę, patrząc na starszego człowieka w czarnym garniturze, który jedynie uśmiechnął się i skinieniem wskazał drzwi.

„Zmienię się w paranoika” - pomyślał, rozcierając skronie. Droga, którą musiał przebyć do wyjścia była coraz krótsza, a nadal nie miał pojęcia z kim będzie rozmawiać. Dziesięć kroków...

- Inspektorze!

Odwrócił się, patrząc na policjanta, który wyszedł ze stróżówki.

- Idzie pan do domu?

- Nie - opowiedział cicho. Dopiero teraz zorientował się, że zaschło mu w gardle. - Mam pilne spotkanie.

- Yhm - mężczyzna przytaknął ostrożnie. - Na dworze zaczęło lać - kontynuował. - Może weźmie pan parasol?

Lestrade znieruchomiał. Parasol. Niemal widział przed oczami mężczyznę w garniturze, który bawi się parasolką, uśmiechając się uprzejmie. Więc to...

- Nie, dziękuję. Czeka mnie podwózka. - Skinął mu lekko głową i odwrócił się na pięcie. Wolał się nie zastanawiać, czy ta krótka rozmowa była zaplanowana.

Pewniej przebył ostatnie metry dzielące go od wyjścia. Pchnął drzwi i wyszedł na szarą ulicę. Przy krawężniku stał czarny samochód. Przypomniało mu się, jak Sherlock raz przeklął na cały głos, gdy zobaczył jak wóz podjeżdża pod miejsce zbrodni. Pamiętał jak John jęknął, gdy trzy tygodnie wcześniej wychodzili z baru, a auto zajechało im drogę.

Jeżeli ten człowiek włączy się w poszukiwania, powinno pójść dobrze. Wszystko powinno pójść dobrze. Wsiadając do środka spojrzał nerwowo na schludnie ubraną kobietę, która jedynie na sekundę oderwała wzrok od komórki i uśmiechnęła się uprzejmie.

- Gdzie jedziemy? - spytał, gdy pojazd ruszył. Ona jedynie uśmiechnęła się i na chwilę skupiła na nim swój wzrok.

- Nie mogę powiedzieć, Gregory - szepnęła. - Ty też nie możesz.

Lestrade jęknął, gdy zasłoniła mu oczy przepaską.

- Mój szef przeprasza za wszelkie niedogodności - dodała.

Inspektor zdusił przekleństwo. Niech cholera weźmie wszystkich Holmesów na świecie.

***

Mycroft zaciskał mocno usta, patrząc na zdjęcia, które kilka godzin wcześniej dostarczyli mu jego ludzie. Mieszkanie Jima Emersona, Moriarty'ego czy jakkolwiek się nazywał. Zmarszczył brwi, przyglądając się uważnie fotografiom zrobionym w sypialni. Na sam ich widok czuł, że podnosi mu się ciśnienie i niemal czuł zalewającą go falę obrzydzenia. Jak zwykle otrzymał dokładne zbliżenie na każdy kawałek ściany, wszystkie podejrzane rzeczy. Jednak tym razem było to dużo bardziej nieprzyjemne niż zwykle. Obiecał Sherlockowi, że pokaże mu wszystko, co zdobędzie, ale przecież nie musiał mu wszystkiego dawać od razu, a to na pewno mogło poczekać.

Schował zdjęcia do szuflady, gdy tylko ktoś zapukał do drzwi.

- Proszę - zawołał, przybierając swoją najbardziej profesjonalną minę. - Ach, Inspektor Lestrade, mam nadzieję, że podróż przebiegła bez zakłóceń. Proszę usiąść. - Wskazał fotel.

- Wszystko chyba było w najlepszym porządku, panie Holmes. Łącznie z zasłoniętymi oczami, bo jak sądzę to stała część wypraw z pana ludźmi.

- Zazwyczaj. Chciałem się z panem spotkać w sprawie mojego brata.

Inspektor spiął się, zatrzymując się zaraz przy fotelu.

- Bardzo mi przykro, ale nie mamy jeszcze jakichkolwiek poszlak. Gdy tylko dowiemy się gdzie jest, dam panu znać.

- Nie ma takiej potrzeby. Doskonale wiem, gdzie mój brat przebywa i wiem, że jest bezpieczny. - Uniósł dłoń, powstrzymując Lestrade przed wypowiedzeniem czegokolwiek. Słowa były zbędne, jego twarz mówiła wszystko. - On i doktor Watson są bezpieczni, dopóki tylko ja i zaufani mi ludzie, wiedzą gdzie się znajdują. Muszą na kilka miesięcy ukryć się przed człowiekiem, którego nazwisko już pan na pewno słyszał - Moriarty. Niestety oznacza to, że nikomu nie mogę zdradzić miejsca ich pobytu, ale muszę też prosić pana, jako funkcjonariusza policji, o ograniczenie pola poszukiwań jak bardzo się da. Obawiam się, że moja ingerencja mogłaby za bardzo zwrócić uwagę niewłaściwych ludzi, także tych w policji. W międzyczasie radziłbym zająć się sprawą Moriarty'ego. Może pan ogłosić, że to on jest zamieszany w wybuch na basenie i zaginięcie mojego brata oraz Johna Watsona.

Widząc niedowierzanie na twarzy policjanta poczuł satysfakcję. Nigdy nie powiedziałby tego na głos, ale uwielbiał zaskakiwać informacjami ludzi prostszych od siebie.

- Liczę na owocną współpracę, Inspektorze - dodał, gdy sekretarka postawiła na biurku dwie filiżanki z kawą. - A teraz czekam na pańskie pytania.

***

Sarah wysiadła z taksówki, otulając się mocniej płaszczem. Pojazd odjechał z piskiem opon, pozostawiając ją na zaniedbanej ulicy. Rozejrzała się uważnie, szukając wzrokiem baru, w którym miała znajdować się siostra Johna. Przynajmniej jej sąsiadka twierdziła, że zawsze tu bywała. Dopiero po kilku minutach, w jednej z bocznych, śmierdzących moczem alejek, odnalazła suterenę, której szukała. Zasłoniła twarz, schodząc po schodach.

Harry Watson nie była zniewieściałą wersją swojego brata. Nie nosiła sweterków, nie miała krótkich włosów i nie lubiła zastrzyków adrenaliny. Nie przypominała go zbyt mocno z twarzy - miała więcej genów matki, była od niego wyższa, ale i chudsza. Jedyne co ich łączyło i dzięki czemu każdy mógł stwierdzić, że byli rodzeństwem to włosy. Kolor z jednej strony dość pospolity, ale w chwili, gdy wszyscy farbowali włosy, wyróżniał się w tłumie. Nawet w słabo oświetlonym barze.

Sarah wzięła głęboki oddech, zaciskając palce na torebce. John nie mówił zbyt dużo o swojej siostrze i do niedawna wiedziała jedynie, że ją ma. Co prawda nie wspominał jakie łączą ich relacje, ale nie trzeba było być geniuszem, by domyślić się, że z jakiegoś powodu prawie się nie kontaktują.

- Harry Watson? - spytała cicho, kładąc dłoń na ramieniu kobiety, która skupiła na niej niewyspany wzrok. Jeszcze nie wytrzeźwiała po minionej nocy. Usiadła ostrożnie obok niej. - Sarah Sawyer, jestem... znajomą Johna.

Zamrugała ze zdziwieniem, gdy Harry uśmiechnęła się figlarnie.

- Chodzi o niego... On zaginął - szepnęła cicho. Łzy napłynęły jej do oczu, gdy radosna twarz, w której można było dojrzeć coś z Johna, stała się przerażona. - Tak mi przykro, wczoraj coś się stało, miał do mnie przyjść... I się nie pojawił!

Załkała, przytulając siedzącą przed nią kobietę.

***

Korytarz był długi. Szedł powoli, opierając się o ścianę. Czuł zapach krwi, piachu i strachu. Nie był w Afganistanie. Tego był pewien, tak jak tego, że znajdował się na basenie. W powietrzu pojawiła się woń chloru. Jak mogło być suche i mokre jednocześnie? Płuca zdawały się palić żywym ogniem. Chciał się zatrzymać, zawrócić. Naprawdę chciał, ale nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Wciąż przesuwał się do przodu. Gdy spróbował się odwrócić jedynie znieruchomiał, samemu sobie przystawiając pistolet do głowy. Skąd go miał? Tutaj? Na basenie? Kto chodzi z pistoletem na basen? Kto przystawia go sobie do skroni?

Krok do przodu. Kolejny. Zimna lufa pistoletu już nie dotykała skroni, ręka zwisała bezwładnie.

W końcu się zatrzymał. Przed sobą miał drzwi. Zwyczajne, aluminiowe drzwi, które można było spotkać niemal wszędzie. W każdym magazynie, często w sklepach, nieraz w blokach. Łatwe do wyważenia, otwarcia, wyjęcia z zawiasów. Nie chciał przez nie przechodzić, ale oczywiście popchnął je i zrobił krok do przodu.

I naprawdę bardzo, ale to bardzo chciałby się wycofać. Chciałby, ale nie może. Jeszcze nigdy tak bardzo nie chciał uciec. I jeszcze nigdy tak bardzo nie chciał przeć do przodu. Przeć i strzelać. Żałował, że nie może krzyknąć. Nie wiedział czemu nie może. Dygotał, chyba po policzkach płynęły mu łzy, ale nie był tego pewien.

W słabym świetle mógł dojrzeć sylwetki dwóch mężczyzn. Obu rozpoznawał bez problemu.

Pierwszy siedział na ziemi, oparty o nogi drugiego. Ubrany w czarny garnitur. Z lekkimi worami pod przymkniętymi oczami i zarostem. Jego kolana krwawiły. Błogi uśmiech rozjaśniał twarz człowieka, który nie dosypiał. Nucił coś. Brzmiało to jak dwie połączone ze sobą melodie, które doskonale znał. To było chore, nie można było nucić dwie rzeczy na raz. Jakimś cudem był w stanie to osiągnąć. Jego stan psychiczny dawał mu całkowite przyzwolenie na mieszanie dwóch, tak skrajnie różnych melodii. Dźwięki marszu pogrzebno-weselnego wypełniały pomieszczenie.

Mężczyzna, o nienaturalnie bladej cerze, zbyt chudy, skuty kajdankami, które ktoś powiesił na haku rzeźniczym. Krew, która znajdowała się na ziemi na pewno nie należała do jakiejś zarżniętej wcześniej świni. Chociaż ktoś potraktował go gorzej niż zwierzę. Wyglądał jak bezwładny worek mięśni. Skóra pełna była nacięć i sińców.

Głęboki, słaby oddech. Pragnął uciec, strzelić, krzyknąć, płakać.

- Sherlock... Sherlock, najdroższy. - Czuły głos siedzącego mężczyzny nie pasował do psychopatycznego uśmiechu, który zagościł na jego twarzy. - Spójrz tylko kto do nas dołączył! - zawołał śpiewnie. - Nasz oczekiwany gość! - Wysoki pisk ranił uszy, jednak śmiech w który się zmienił był dużo gorszy. - Tak bardzo na niego czekałeś, prawda kochanie? Wołałeś go i błagałeś, żeby przyszedł. Płakałeś i prosiłeś, Bóg wie kogo! - Radosny świergot łączył się ze spojrzeniem pełnym nienawiści. - Chciałeś, żeby nam przeszkodził w naszej intymnej chwili... - wymruczał słodko, ocierając głową o nogę rannego. - Gdy w końcu byliśmy tylko we dwójkę. - Niski warkot i odsłonięte zęby sprawiały, że ubrany elegancko mężczyzna wyglądał jak zwierzę. - John! John! John! Przyjdź! Pomóż mi! John mnie uratuje! - krzyczał, przedrzeźniając głos wiszącego przy nim mężczyzny. - Żałosne - szepnął lodowato.

Sherlock podniósł głowę.

Obraz, który ukazał się jego oczom przyprawił go o mdłości. Twarz Holmesa była spuchnięta, ubrudzona krwią, która lała się z złamanego nosa.

Poczuł intensywny odór osocza, potu i ropiejących ran.

- John. - Głos Sherlocka był bardzo słaby, jakby oddalony. - John... Gdzie... - chwila na złapanie oddechu. Oddech był świszczący. Coś było nie tak z płucami. - Gdzie byłeś? Czekałem... Wołałem... Gdzie byłeś, John? - Zamglone spojrzenie pełne wyrzutu nie było najgorsze. Dużo gorsze były łzy spływające po bladej twarzy.

To nie tak, nie wiedział, że przyjaciel tu był... Gdyby tylko wiedział zjawiłby się zanim zaczęło się to piekło.

- Płakałem... I... Błagałem... John... Chciałem, żebyś przyszedł... I strzelił... Tak jak wtedy zabiłeś... taksówkarza... Pamiętasz? Czemu... Teraz nie. - Urwał, zaczął kaszleć. John skrzywił się, widząc krew spływającą po ustach mężczyzny.

Nie zamierzał go zawieść. To nigdy nie było jego intencją. Wolałby wisieć tu razem z nim, albo zamiast niego.

- Czemu teraz mnie nie uratowałeś, John? - Głos stał się lodowaty i silny.

Czuł, że dygocze na całym ciele, czuł spływające po twarzy łzy, ale wciąż nie mógł niczego zrobić. Pragnął strzelić w łeb Moriarty'ego, a później podbiec do Sherlocka rozkuć go i przepraszać. Błagać o wybaczenie, bo go zawiódł, rozczarował.

Jim wstał, uśmiechając się błogo. John chciał go uderzyć, ale nie mógł. Mężczyzna podszedł do niego tanecznym krokiem. Jakim cudem w ogóle mógł iść z tymi ranami?!

- Sherlock, spójrz co robi twój drogi piesek - zawołał śpiewnie, uśmiechając się szeroko. Przestępca doradczy chwycił ramię Johna i bez problemu podniósł je do góry. Te, w którym trzymał broń. Delikatnie, niemal pieszczotliwie dotknął jego dłoni.

Lekarza zalała fala obrzydzenia.

- John. Proszę, nie... - Oczy Sherlocka były przepełnione strachem. Trząsł się i miotał, chcąc się wyrwać.

Nie chciał tego robić, ale w tej chwili był niczym więcej niż kukiełką w rękach psychopaty.

- John! Nie! Proszę! Tylko nie ty! Nie rób tego!

Holmes zdawał się nie zauważać Moriarty'ego, który sterował jego ręką. Widział tylko Johna, który celował w niego, którego palce były coraz bliżej spustu.

- Bum! - Przestępca doradczy pisnął, zmuszając palce Johna do naciśnięcia spustu.

Kula trafiła prosto w serce. Detektyw krzyczał, łzy szybciej spływały po jego twarzy.

- John...

- Mówiłem ci, Sherlock. Spalę cię... Spalę cię razem z sercem. - Niski lodowaty szept jakimś cudem był głośniejszy od krzyku Holmesa.

***

John usiadł oddychając ciężko. Wciąż słyszał w głowie głos Moriarty'ego i niemal widział przed oczami jego uśmiechniętą twarz. Ukrył twarz w dłoniach, starając się odzyskać kontrolę nad oddechem. Musi się uspokoić. Co noc śnił ten sam koszmar, w którym prawi nic się nie różniło. Wmawiał sobie, że się przyzwyczai i przestanie zwracać na niego uwagę, ale wiedział, że to tak nie działa.

Był zmęczony, niemal tydzień siedział zamknięty w mieszkaniu, z którego nie mógł nawet wystawić nosa. Większość czasu spędzał oglądając telewizję, seriale na DVD - nigdy nie sądził, że którykolwiek z Holmesów może kolekcjonować seriale. Sporo korzystał z komputera - miło ze strony Mycrofta, że załatwił im po laptopie, szkoda że ktoś i tak najbardziej lubił korzystać nie ze swojego. Starał się też rozmawiać z Sherlockiem, co stało się naprawdę ciężkie. Holmes przez większość czasu albo leżał w bezruchu albo krążył po mieszkaniu, mamrocząc pod nosem. I zazwyczaj palił. Nie miał pojęcia jakim cudem Sherlockowi udało się namówić brata, żeby załatwił mu papierosy.

Fakt, że jego przyjaciel niemal nie pił, a prawie na pewno nie jadł i nie spał w przeciągu ostatnich dni był chyba jedną z najbardziej niepokojących rzeczy w tym całym cyrku. Martwił się o niego, czasem starając się podsunąć mu pod nos choćby kanapkę. Jednak Holmes albo ją ignorował, albo warczał na niego, że ma się nie zachowywać jakby był jego bratem. Zachowywał się jak student, wierzący że może wyżyć na kawie, herbacie i papierosach. W przeciągu pięciu ostatnich dni, Sherlock pięć razy wszedł do łazienki w chwili, gdy John brał prysznic, tylko po to żeby zapalić i nie mówić do powietrza. Zamykanie drzwi na zamek niczego nie dawało.

Wyszedł z pokoju, wciągając przez głowę koszulkę. Zerknął w stronę przedpokoju i natychmiast zatrzymał się w półkroku. Westchnął ciężko, rozcierając skronie. Znowu to...

Sherlock stał w przedpokoju. John nie wiedział ile razy zastawał tak przyjaciela - przestał liczyć przy trzecim razie, czyli drugiego dnia.

- Sherlock - szepnął zmartwiony. Żadnej odpowiedzi. Westchnął ciężko, rozcierając skronie. - Sherlock, odejdź od drzwi i tak nie możesz wyjść.

- Wiem!

Głos Holmesa wciąż brzmiał stanowczo, jednak coraz bardziej słychać było w nim zmęczenie.

- Doskonale wiem, że nie mogę wyjść! Wiem, że muszę tu siedzieć i czekać aż mój brat łaskawie mi coś powie! On coś wie, John! - krzyknął, odwracając się szybko.

Lekarz przez chwilę był niemal pewien, że Sherlock minie go szybko, wciąż złorzecząc, tak jak robił to zazwyczaj. Tym razem było inaczej. Detektyw zatrzymał się, przykładając palce do skroni. Po chwili odchrząknął znacząco i minął Johna, oczywiście złorzecząc.

- Sherlock... - Watson poszedł za przyjacielem. - Dobrze się czujesz?

- Kto? Ja? Bosko, w życiu nie czułem się lepiej, John - odparował szybko. - Oczywiście, że nie czuję się dobrze! Jestem wściekły! Mój głupi brat coś przede mną ukrywa! Ma jakieś informacje, o których mnie nie informuje, chociaż obiecał, że będzie to robić! I co? Nic! Wciąż niczego nie dostałem!

Watson popchnął przyjaciela na kanapę, jednak ten natychmiast poderwał się na równe nogi.

- Skąd ta pewność? Może naprawdę niczego nie ma! - Westchnął, patrząc na bladego jak ściana Sherlocka, który wyglądał jakby z frustracji zaraz miał zacząć obgryzać paznokcie. - Pamiętaj, że Moriarty świetnie się ukrywa...

Detektyw jęknął sfrustrowany, mamrocząc coś pod nosem. John zmarszczył brwi z zaniepokojeniem, gdy zauważył, że jego ręce drżą.

- Sherlock, powinieneś coś zjeść, wyglądasz okropnie. - Ujął rękę przyjaciela. - Chodź, zjesz coś, napijesz się i pójdziesz spać. Później postaramy się rozgryźć, czy twój brat coś przed tobą ukrywa, dobrze? Będzie ci się lepiej myślało, gdy odpoczniesz.

- Bzdura! - warknął Holmes, starając się wyrwać rękę z uścisku. - Mógłbyś mnie tak mocno nie trzymać? - szepnął cicho, nieco słabo. - Albo lepiej po prostu mnie puść.

John zamrugał zaskoczony, nie zaciskał dłoni zbyt mocno. Przyjrzał się twarzy mężczyzny i dopiero teraz dojrzał nieco nieprzytomne spojrzenie i kilka kropelek potu.

- Sherlock...

W ostatnim momencie złapał Holmesa, który runął do przodu jak kłoda.

- Niech to jasna cholera weźmie - warknął.

***

Sherlock jęknął, czuł się jakby jakiś siedmiolatek uznał, że uczenie się gry na perkusji wewnątrz jego czaszki było arcygenialnym pomysłem. Dopiero po chwili zorientował się, że na jego czole leży coś mokrego. Chciał spróbować to zdjąć, jednak w tym samym momencie odkrył, że coś jest przyczepione do jego lewej ręki.

- No proszę, nasza śpiąca królewna się obudziła. - Usłyszał obok siebie ironiczny głos Johna.

Niechętnie otworzył oczy, by po chwili spojrzeć z irytacją na siedzącego na ustawionym przy łóżku krześle, przyjaciela. Obok niego stał stojak, z powieszoną na nim kroplówką, podłączona do jego lewego ramienia.

- Co... do cholery?

- Naprawdę musiałeś być w złym stanie, skoro nie pamiętasz... Twój organizm był wycieńczony brakiem snu i jedzenia - odparł cicho. - Zasłabłeś, spałeś dwa dni - dodał.

Jęknął, zasłaniając oczy. Tylko tego brakowało, teraz John na pewno nie da mu spokoju. Zaraz się zacznie.

- Sherlock - John jak na zawołanie odezwał się ponownie - albo zaczniesz jeść, albo dopóki stąd nie wyjdziemy będziesz chodził z kroplówką. Co wybierasz? Ostrzegam, że jeżeli wybierzesz to drugie, czeka cię długi i mozolny proces aktywowania twojego układu pokarmowego. Więc?

Bez dedukcji wiedział, że John jest wściekły.

- Nic mi nie jest - mruknął cicho, siadając. - Teraz jestem w pełni sił, więc nie potrzebuję...

Nie krzyknął, gdy John przygwoździł go do łóżka. Nie spodziewał się tego, ale nie było ku temu powodów. Kto jak kto, ale Watson na pewno nie zrobiłby mu krzywdy.

- Potrzebujesz! Potrzebujesz odpoczynku, jedzenia, snu! Sherlock, jesteś człowiekiem do jasnej cholery! Masz swój limit i właśnie go przekroczyłeś! Jasne! Pewnie zrobiłeś to już nie raz i zawsze wychodziłeś z tego bez większego szwanku, tylko nie pomyślałeś o tym, że to złe, bo może nikt ci o tym nie powiedział! - warknął. - Więc ja ci to mówię, jako twój przyjaciel, kretynie! Jesteś człowiekiem, masz swój limit, musisz o siebie dbać! Może o tym nie wiesz, ale gdy tracisz przytomność na czyichś oczach, to ludzie się o ciebie martwią! Nie wiem czy nikt nie nauczył cię o siebie dbać, czy nikt się tobą nie zajmował, ale... Sherlock, do cholery! Wiesz ile nerwów mnie to kosztowało?! Przez chwilę bałem się, że będę musiał się tłumaczyć twojemu bratu z trupa w pokoju! Pomyślałeś... - Urwał, jakby dopiero w tej chwili zorientował się, że krzyczy.

Sherlock w milczeniu przysłuchiwał się słowom Johna. Odetchnął, gdy ten odsunął się i oparł o oparcie krzesła, uwalniając tym samym detektywa. Nawet na chwilę nie spuszczał wzroku z przyjaciela, który wbijał wzrok w podłogę.

- Nie chciałem krzyczeć... Jestem kłębkiem nerwów.

- Siedziałeś tutaj cały czas?

Przyglądał się Johnowi, którego twarz skrzywiła się na kilka sekund, dając tym samym do zrozumienia, że to nieprzyjemny temat. Sherlock nie potrzebował potwierdzenia.

- Myślałem, że takie rzeczy robią dla siebie tylko zakochani. - Prychnął.

Zamrugał zaskoczony, gdy lekarz uśmiechnął się smutnie.

- Nie tylko - odparł cicho John. - Musisz się jeszcze wiele nauczyć, wiesz?

- To co? - zaczął drwiąco. - Wymagasz, żebym zrobił kiedyś dla ciebie coś takiego? Nie odstępował twojego łóżka przez dwa dni?

Śmiech Johna zaskoczył go. Nie spodziewał się takiej reakcji.

- Nie, Sherlock. Nigdy nie będę wymagał od ciebie takiego poświęcenia. Nie jestem głupi.

Holmes odwrócił wzrok, mocno zaciskając usta. Słowa Johna były... nieprzyjemne. I trochę zabolały. Czy John naprawdę tak myślał? A raczej, czy miał rację. Zacisnął dłonie na pościeli.

Pokój wypełniła niezręczna cisza.

- Jestem w paskudnym nastroju, nie wiem co mówię.

Uśmiechnął się krzywo, myśląc że John doskonale wiedział co mówił. Tylko nie sądził, że jego słowa mogą wywołać jakikolwiek efekt. Odchrząknął cicho.

- Dobra, będę jadł jeden posiłek dziennie, zadowolony? - Westchnął, siadając powoli. Zakręciło mu się lekko w głowie. - Tylko przestań ględzić i obwiniać się za wszystkie boleści tego świata!

Spojrzał wyzywająco na Johna, który przez chwilę patrzył na niego z niego z niedowierzaniem, jednak w końcu uśmiechnął się słabo.

- Dobra - odparł lekarz. - Zacznijmy od razu, co ty na to? - Sherlock zmarszczył brwi, gdy Watson wstał. - W lodówce jest obiad...

- Uwielbiasz się nade mną znęcać, prawda? - spytał, uśmiechając się krzywo.

John nie odpowiedział, jedynie odwzajemnił uśmiech i skierował się w stronę drzwi.

Sherlock oparł się o ścianę, marszcząc brwi. Zastanawiał się ile będą tu siedzieć. Coś mu mówiło, że nie wyjdą stąd zbyt prędko, a jego przyjaciel też chyba był tego świadomy. Sięgnął po leżącą na stoliku nocnym paczkę papierosów, szybko przeliczając w głowie jej zawartość. W opakowaniu pozostały ledwo trzy sztuki, chociaż dwa dni wcześniej było ono pełne. Dopiero teraz poczuł w powietrzu lekką woń nikotyny. Watson był na tyle zdenerwowany, że palił? Naprawdę musiało być z nim źle, skoro nie zauważył tego wcześniej.

Zapalił papierosa.

Nagle zdał sobie sprawę, że uśmiech, który przed chwilą widział na twarzy przyjaciela, był pierwszy od czasu pierwszej nocy, którą spędzili w tym mieszkaniu.

Wypuścił z ust wąską strużkę dymu.

Ciekawe co mógłby zrobić, żeby John częściej się uśmiechał.

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu
  • Luna : 2011-09-16 23:06:25
    Drogi Anonimie

    Dziękuję za cudny komentarz. Serce mi rośnie, jak to czytam!

  • : 2011-09-04 02:01:47

    Zupełnie nie rozumiem, dlaczego nie ma tutaj żadnych komentarzy. Obydwa rozdziały są naprawdę świetne! Masz moje pełne uznanie. Mam nadzieję, że będziesz pisać dalej, bo doprawdy genialnie ci to wychodzi.

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu