Opowiadanie
Rezonans
We mgle
| Autor: | Rinsey |
|---|---|
| Serie: | Slayers |
| Gatunki: | Akcja, Dramat, Fantasy, Przygodowe, Romans |
| Uwagi: | Utwór niedokończony, Alternatywna rzeczywistość |
| Dodany: | 2026-07-19 12:11:39 |
| Aktualizowany: | 2026-07-19 12:11:39 |
Poprzedni rozdziałNastępny rozdział
Kopiowanie całości lub fragmentów przez osoby trzecie bez zgody autorki jest zakazane.
Rozdział 20
We mgle
Śmierć jest ponoć tak szybka i łatwa jak zasypianie.
To jednak nie jest prawdą - powiedzą wszyscy, którzy mieli kiedykolwiek problem zwany bezsennością. Gdy czujesz, że każda cząstka twojego istnienia chce odejść w ten chwilowy niebyt, tę bezpieczną przystań, gdzie przez ułamek wieczności świadomość odnajduje moment wytchnienia w niebycie. Wtedy nic nie boli, nikt nie rani, nie trzeba podejmować żadnych decyzji. Po prostu na chwilę przestaje się istnieć.
Kiedy zostaje się pozbawionym tej ulgi, zaczyna się koszmar.
Stopniowo rozpościera się nad horyzontem spirala cierpienia. Bez końca i początku.
Pogrążona w niej istota kawałek po kawałku zatraca części własnego istnienia.
A otchłań czeka cierpliwie na połknięcie kolejnej duszy.
Pozbawionej nadziei, brzegu teraźniejszości i krańca egzystencji.
- Ej, Lina. Profesor do ciebie mówi.
Z egzystencjalnej pustki wyrwało ją nagłe walnięcie w żebro.
- Co?
- Pani Inverse, dziękuję, że raczyła zwrócić pani na mnie uwagę. Pozwolę sobie ponowić pytanie, czym pani zdaniem zajmuje się archeologia?
- Ludźmi - odparła mechanicznie. Była to odpowiedź wpajana jej, od kiedy zaczęła stawiać pierwsze kroki. - A dokładniej przeszłością ludzi.
Dosyć mocno zbudowany, starszy mężczyzna o długiej siwej brodzie, garbatym nosie i niesamowicie bystrych i zielonych oczach uśmiechnął się nieznacznie.
- Prosta odpowiedź. Ale jednocześnie bardzo prawdziwa. Bardzo mnie irytuje, gdy archeologię postrzega się jako naukę o zabytkach. Owszem, musimy mieć jakąś wiedzę o artefaktach, ale powtórzę raz jeszcze, nie jesteśmy rzeczoznawcami starych przedmiotów. Jesteśmy bardziej… detektywami. Naszym zadaniem jest dopasowanie różnych elementów układanki, by zrozumieć, co wydarzyło się w przeszłości.
Starszy mężczyzna pochłonięty przez własną opowieść przestał zwracać uwagę na Linę, dzięki czemu dziewczyna odetchnęła z ulgą i rozejrzała się po audytorium. Była w Atlas. I zaczynała swoje wymarzone studia, na które się dostała w lipcu. Ku mocnej irytacji babci i z pewnością dumie rodziców, gdyby wciąż byli na tym świecie.
- Upiekło ci się.
Lina odwróciła się w stronę nieznanego głosu. Tuż obok niej, w dosyć starej drewnianej ławie, usytuowanej mniej więcej w połowie ogromnej sali wykładowej, siedziała dziewczyna o przykuwającej wzrok urodzie. Długie brązowe włosy były związane w gruby warkocz, spoczywający jej na ramieniu. Krągłe kształty opinała prosta, granatowa sukienka przed kolana. Drobny nos, kształtne usta i wzbudzające niepokój brązowe oczy.
- Sorry, ale… Przypomnij mi, jak masz na imię? - spytała Lina. Wytężała pamięć, jak mogła, ale nie potrafiła sobie przypomnieć tej młodej kobiety.
- Neivesle. Wiem, że nie jest łatwe do zapamiętania - Nowa koleżanka roześmiała się w sposób, który z niewiadomych przyczyn działał Linie na nerwy.
- Zwykle nie mam problemów z zapamiętywaniem imion. To przecież domena… - Miała to imię na końcu języka. Ale w jej głowie panowała dziwaczna pustka. Oparła lekko głowę o prawą dłoń. Co się z nią działo? - …kogoś innego…
- Nie szkodzi. - Uśmiech irytującej dziewczyny się lekko poszerzył. - Przypomnę więc, że nie obrażę się, jak nazywa się mnie Neive.
- Dzięki, Neive. - Bardzo starała się ukryć sarkazm pod pozorem odwzajemnionego uśmiechu.
Każda szanująca się uczelnia archeologiczna musi mieć lokalną legendę. Zwykle wymyślali ją starsi wykładowcy, aby mieć czym motywować młodzież do nauki. W końcu nic tak nie pobudzało młodego ducha, jak obietnica przygody! Na uniwersytecie w Atlas była nią opowieść o Siedmiu Duchach Świtu. Podobno, gdy pojawiło się na terenie szkoły o brzasku w odpowiednim miejscu, można było zobaczyć jedną z siedmiu zjaw Akademii Dramattana. Ponoć każda z nich szukała czegoś, dzięki czemu mogłaby opuścić ten świat. Fatalistyczną częścią opowieści był fakt, że jako duchy nie były fizycznie w stanie znaleźć zaginionego artefaktu... Podobno niezbędna w tym była pomoc żywego śmiertelnika.
Lina na samą myśl o tej śmiesznej legendzie parsknęła do samej siebie, kierując się do następnej sali wykładowej, do której prowadziły długie, kręte schody, przypominające nieco spiralę…
Spirala…
Jak to słowo musnęło jej świadomość, zatrzymała się raptownie.
Nagle jej uwagę przykuł wiszący na ścianie obraz. Obraz dziwnie znajomy…
Legendarny pojedynek Bogów Jasności i Ciemności.
Pośrodku maleńka ludzka postać otoczona potężną, trudną do opisania aurą.
A na samej górze, ciemniejszy od nocy strumień układający się w kształt spirali w punktem na samym początku.
Spirala zdawała się ją pochłaniać coraz bardziej i bardziej.
Zacisnęła mocno powieki. To musiał być sen. Zaraz wszystko wróci do normy…
Gdy otworzyła oczy, poczuła powiew mroźnego wiatru. Odruchowo otuliła się mocniej grubym, zimowym płaszczem o barwie jasnej zieleni pięknie kontrastującej z otaczającą ją wszechobecną bielą. Zdezorientowana zrobiła krok naprzód. Pod jej stopą coś dziwnie skrzypnęło. To był śnieg…
Zanim zdążyła zadać sobie pytanie, gdzie się znajduje, jej uwagę przykuła czerwona plamka. Obok niej znajdywała się kolejna kropla. A koło niej jeszcze następna. Razem tworzyły szkarłatny szlak, którym zaczęła bez chwili zastanowienia podążać.
Nagle do jej uszu doszedł przeraźliwy męski krzyk.
- Rowdy! Nie! Proszę… Nie zostawiaj mnie…
Kilkunastoletni chłopak o długich blond włosach trzymał w ramionach mężczyznę o podobnej do młodzieńca czuprynie w niebieskim kolorze. Na z trudem unoszącej się i opadającej klatce piersiowej była paskudna rana. Nastolatek cały unurzany we krwi trzymał umierającego za rękę.
Tuż nad nimi unosiła się postać małej dziewczynki otulonej jasnoniebieską aurą, doskonale komponującą się z zamiecią śnieżna. Tylko łapy jak u jaszczurki zdradzały demoniczne pochodzenie istoty. Oczy utkwione w młodym chłopaku były białe i puste jak sama śmierć.
- To moja wina… - Łkał chłopak, nie mogąc powtrzymać strumienia łez.
- Nie… To my wpuściliśmy tego potwora. Ostrzegano nas, że Zaelle buszują w naszych górach. Ale wiesz jaka jest Mellyroon. Pomoże każdemu. Nawet Demonowi.
Lina chciała coś krzyknąć, ostrzec tę dwójkę, że tuż nad nimi unosi się wróg. Jednak jej głos tonął w otchłani szumu zamieci śnieżnej.
- Powinienem być wtedy z wami.
- Nie. Musiałeś chronić Równowagę. To jest ważniejsze.
- Nic nie jest ważniejsze od was! Po co mam tę moc, skoro nie potrafię obronić tych, których pragnę chronić?!
- Chłopcze. - Rozległ się głos istoty. Zachrypnięty, jakby był nieużywany od wieków. - Czy chcesz uratować życie tego tutaj?
Zaalarmowany młodzieniec natychmiast uniósł głowę i sięgnął po miecz. Ewidentnie dopiero w tym momencie stał się świadomy obecności obcej istoty.
- Jesteś potężnym wojownikiem. Możesz mnie pokonać. Ale wtedy nie uratujesz tego tutaj. Ani swojej wioski.
- Ich... da się jeszcze uratować?
- Jakem Zaella, daję ci słowo. Jeszcze dusze twojej braci nie opuściły całkowicie ciała. Jeżeli zgodzisz się zapłacić cenę, oddam im dusze.
- Zrobię cokolwiek, tylko przywróć im wszystkim życie!
- Nie rób tego. Zaelle żyją po to, aby karmić się cierpieniem jak typowe Demony. Nie wolno im ufać - odezwał się z trudem Rowdy.
- Milcz ty tutaj, bez życia prawie. On decydować będzie. Czy zapłacisz cenę, człowiecze?
W jasnoniebieskich oczach nie było nawet krztyny wątpliwości.
- Zapłacę.
Istota parsknęła ironicznym śmiechem.
- Nawet nie spytasz się, jaka to cena? Ceną będzie ich pamięć. Zostaniesz zapomniany przez wszystkich twoich bliskich. Ale będą oni żyli.
Jasnoniebieskie oczy na moment rozszerzyły się w szoku. Po chwili jednak pojawiła się w nich determinacja.
- Zgoda. Rób, co musisz.
- Nie!
Płatki śniegu zaczęły tańczyć dookoła zebranej trójki wbrew naturalnemu kierunku wichury.
Powietrze wypełniło się ciężkim, trudnym do nazwania zapachem.
Kontrakt magiczny został zawarty.
W całej okolicy zrobiło się gęsto od szybko przepływających nurtów. Jasne światło otoczyło ranę Rowdy’ego, która zaczęła się goić w nienaturalnym tempie.
Zaella zaś zaczęła się głośno śmiać.
- Jacyż ludzie są głupi. Zdajesz sobie sprawę, że kontrakt dotyczy wszystkich twoich bliskich. Również tych, których pokochasz w przyszłości? Każdy, kogo pokochasz w przyszłości, również o tobie zapomni. Będziesz sam przez całe swoje życie. A ja będę się żywić tymi emocjami do końca tych dni.
- I tutaj popełniłeś błąd, potworze. - Rowdy podniósł się i przyłożył swoją dłoń do serca młodzieńca. - Nie jestem w stanie cofnąć słów przysięgi. Mogę jednak wziąć na siebie część tego brzemienia.
- Rowdy, nie! Przestań! - krzyknął chłopak.
- To niemożliwe. Ktoś taki jak ty, nie będzie w stanie zmodyfikować tego paktu! Jakim cudem jeszcze go pamiętasz? Pakt wszedł w życie!
- Wy potwory, jesteście jednak głupie. Moja rana wciąż nie została całkowicie uzdrowiona. Mam więc mnóstwo czasu, aby pokrzyżować ci plany!
Nurty ponownie zaczęły przyśpieszać. Powietrze jak chwilę wcześniej wypełniło się ciężkim, trudnym do zidentyfikowania aromatem.
Świadczyło to o jednym, kontrakt magiczny zaczął być nadpisywany.
Nagle jednak strużka cienkiej skondensowanej mocy przebiła serce Rowdy’ego.
- Przeklęty, zuchwały, człowiecze! Naprawdę uważasz, że zdołasz pozbawić mnie mojej zdobyczy? - Oczy Demona wręcz emanowały wściekłością.
Mężczyzna zachłysnął się krwią, po czym uśmiechnął się z satysfakcją.
- Owszem.
I całą okolicę wypełniło oślepiające światło. Słyszalny był jedynie ciepły, męski głos.
- Nie byłem w stanie zmienić kontraktu całkowicie. Jednak, gdy spotkasz kogoś, kogo naprawdę pokochasz, ten ktoś cię nie zapomni. Chociaż Zaella pewnie będzie ci towarzyszyć do końca życia… Gdy przyjdzie ten dzień, kiedy znajdziesz taką osobę, jaką dla mnie była Mellyroon... Przysięgnij, że będziesz jej bronić nawet za cenę Równowagi.
- Rowdy…
- Przysię…gnij.
- Przysięgam…
Klatka piersiowa mężczyzny przestała się unosić. Blask szarych oczu zgasł bezpowrotnie.
- Rowdy! Rowdy…
Szum porywistego wiatru przerywał jedynie rozdzierający serce płacz.
Na jej ustach pojawiło się imię.
- Gourry…
W porywie silnego wiatru śnieg zatańczył raz jeszcze, zakrywając sylwetkę blondyna, która powoli znikała jej z oczu.
- Gourry!
Lecz wiatr zagłuszał jej nawoływanie, wzmacniał jedynie przesiąknięte bólem okrzyki.
- Jak ci się podoba ten obraz?
Odruchowo sięgnęła po ciepły kaptur… którego nie było. Zdezorientowana spojrzała na swój ubiór. Nie miała na sobie żadnego płaszcza tylko zwyczajne dżinsy i czerwony top. Za oknem świeciło ciepłe, październikowe słońce.
- Tak cię wzruszył? Co się stało? - Brązowe oczy spoglądały na nią z ewidentnym zmartwieniem.
- Neivesle…
- Mówi mi Neive, proszę.
Faktycznie poczuła wilgoć w kącikach oczu. Jednym ruchem dłoni otarła oczy i zwróciła się do nowej koleżanki. Nie wiedziała, jak ma na to pytanie odpowiedzieć. Jeszcze chwilę temu znała odpowiedź. Teraz się czuła, jakby ktoś przestawił jakąś przekładkę w głowie… Pozostał jedynie posmak, opary emocji, która trawiła jej serce dosłownie moment wcześniej.
- Nie wiem… Chyba skojarzył mi się z historią, którą mi ostatnio opowiedział przyjaciel…
Neive podeszła bliżej do obrazu, lekko muskając palcem jedno z widocznych pociągnięć pędzlem.
- Hm… Mi się ten obraz kojarzy z samotnością… Mamy tu walkę dobra ze złem, ale w samym jej środku jest zwyczajny człowiek. Który tak na dobrą sprawę nie rozumie, w czym bierze udział. Wyższe siły i tak z niego zadrwią, zapomną, co zrobił, czego dokonał. Po czym zostawią go, aby umarł samotnie gdzieś pośrodku nicości. Bo taka jest prawda. Człowiek jest sam. Przyjaciele, rodzina, te sztuczne zapewnienia: „Nie jesteś sam!”, „Pomogę ci!”, „Zrobimy to razem!” to wszystko, to kłamstwo. Gdy musisz się zmierzyć ze swoją otchłanią, człowiek jest sam jak palec… Zwłaszcza w swoich ostatnich chwilach...
Lina ostentacyjnie przewróciła oczami.
- Nie za bardzo rozumiem, po co mi to mówisz. Mam ci polecić jakiegoś psychoterapeutę?
Szczęki pięknej kobiety zacisnęły się mocno. W brązowych oczach pojawił się błysk gniewu.
- Ale masz cięty język. Nie, dziękuję, nie trzeba. Po prostu próbuję cię lepiej poznać… Spędzimy razem, jak dobrze pójdzie, 5 lat na uczelni. To takie dziwne?
- Tak. Takie wyznania nadają się na kozetkę, a nie w ramach gadki zapoznawczej. Nie boisz się, że się spóźnisz na następny wykład? - spytała pełnym ironii tonem, wymijając Neive i kierując się w stronę sali wykładowej.
Jakie to babsko było irytujące! Lina nie za bardzo wiedziała, co się z nią dzieje. Jej emocje wręcz kipiały pod powierzchnią pozornego spokoju. Czuła w głowie tak niesamowity mętlik… Jakby zapominała o czymś niezwykle ważnym… Natychmiast przywołała się jednak do porządku. Zaczynała naukę na swojej wymarzonej uczelni. Pierwszy oficjalny krok, aby pójść w ślady rodziców. Aby udowodnić babci, że się myliła. Oczywiście, chciała zawrzeć nowe znajomości, ale na pewno nie z tą irytującą, mającą czym oddychać, pięknisią! Jednego była jednak pewna. Serdecznie nie znosiła tej kobiety. Zdawała sobie sprawę, że jest to pewnego rodzaju nadreakcja, ale miała to głęboko gdzieś. Coś było w tej dziewczynie podejrzanego. Nie była w stanie tego nazwać. Ale Lina miała dobrą intuicję do ludzi. I przekonała się empirycznie na wielu przykładach, że rzadko się myliła.
Dobra, musiała odnaleźć kolejną salę wykładową. Zerknęła na ręcznie napisaną notatkę. Ach zaraz będzie „Warsztat badawczy archeologa” - ćwiczenia, nie wykład. Chyba będzie trzeba teraz skręcić w lewo.
Szła długim, podejrzanie pustym, korytarzem wyścielanym pięknym, czerwonym dywanem. Czy na pewno dobrze szła? Przecież ludzie powinni się zacząć powoli schodzić.
Nagle tuż obok niej przebiegła drobna dziewczyna z dużym biustem i ciemnymi włosami do ramion.
- Mamo, tato!
Lina zdezorientowana odwróciła się za nastolatką. Co takie małolaty robią na uniwersytecie? Jest jakiś dzień otwarty, czy co? Już chciała coś powiedzieć, kiedy zorientowała się, że nie jest w stanie się ruszyć z miejsca.
Dziewczyna z uśmiechem usiadła przy stole zastawionym tak imponująco wyglądającym jedzeniem, że Lina natychmiast poczuła wzmożoną pracę ślinianek. Unoszący się zapach pieczonego mięsa, świeżych ziół i przypraw był wręcz zniewalający…
- Kochanie, usiądź proszę. - Kobieta o kolorze oczu i włosów niezwykle podobnych do swojej córki uśmiechnęła się ciepło. - Z czym chcesz tosta?
- Z twoim pieczonym indykiem!
- Haha, doskonałe danie dla mojej małej obrończyni sprawiedliwości! - Całą kuchnię wypełnił potężny śmiech ogromnego mężczyzny z imponującym wąsem. - A kto chce do tego jajecznicę?
- Ja!!! - Rozległ się zgodny chór matki i córki.
- Rozkaz! Tata natychmiast przystępuje do akcji!
Cała trójka śmiała się tak serdecznie… Lina mimowolnie uśmiechnęła się do samej siebie, obserwując ten piękną scenkę z życia prawdziwie szczęśliwej rodziny.
- Mamo, a możesz mi powiedzieć, kiedy Gracia wróci?
Kobieta odwróciła się w stronę córki, już miała otworzyć usta, kiedy nagle zastygła w bezruchu.
- Mamo? Co ci się stało? - Zdezorientowana dziewczyna wstała i podeszła do matki. - Mamo? Tato, coś się dzieje z mamą! - Odwróciła się przestraszona w stronę ojca.
Potężny mężczyzna stał nieruchomo nad kuchenką. Nie zareagował na wołanie córki. Dziewczyna z lękiem podeszła bliżej… Po czym natychmiast cofnęła się ze łzami w oczach. - Tato!
Linie wystarczyła sama ta reakcja, aby wiedzieć, że ojciec dziewczyny również zastygł w bezruchu.
- Oni nie żyją, siostrzyczko. - Nagle w pomieszczeniu rozległ się nowy zupełnie nieznany Linie głos.
- Gracia? To ty?
- Tak, to ja. - Młoda kobieta zdecydowanie górowała nad swoją siostrą. Długie, ciemne włosy opadały na nieskromny uniform, na jaki składała się skórzana bielizna, peleryna oraz ochraniacze.
Linie bardzo trudno było zebrać myśli, gdy patrzyła na nowoprzybyłą. Czy ona uciekła z jakiegoś konwentu?
- Gdzie byłaś? Czemu mówisz, że rodzice nie żyją. Przecież są tutaj obok…
Gracia powolnym krokiem podeszła do zesztywniałej sylwetki ich matki, po czym pstryknęła ją lekko palcem. Ciało kobiety w jednej chwili rozpadło się na miliony kawałków.
- Widzisz? Nie żyją.
W granatowych oczach nastolatki pojawiły się łzy.
- Gracia... Co ty robisz? To nie jest prawda.
Lina poczuła głęboko w sercu bolesne ukłucie. W jakiś nieokreślony sposób wiedziała, że starsza z sióstr wcale nie kłamała.
- Tato, tato, powiedz coś! - Dziewczyna podeszła do ojca i lekko dotknęła jego ramienia.
Z jej oczu pociekły dwie strużki łez, gdy sylwetka ukochanego rodziciela zmieniła się w drobny pył o tęczowej barwie nostalgicznych wspomnień.
- Nie, nie, proszę… Nie… - Dziewczyna opadła na kolana i zaczęła głośno łkać. - Nie zostawiajcie mnie. Proszę, ja… nie chcę być sama. Gracia… Zostań ze mną, proszę.
Kobieta ukucnęła przed nią i uśmiechnęła się ciepło.
- Oczywiście, że cię zostawię. Po co mi nieopierzona gówniara plącząca się pod nogami? Nienawidzę was wszystkich od samego początku. - Musnęła palcem jej policzek. - Żegnaj, siostrzyczko.
- Gracia, Gracia, proszę! Nie zostawiaj mnie!
Obok krzyków rozpaczy, można było usłyszeć tylko ciche, pełne współczucia westchnięcie.
- Amelio…
Gdy korytarz wyścielany pięknym czerwonym dywanem wrócił na swoje miejsce, poczuła, jak coś jej się nieprzyjemnie skręca w żołądku. Znowu. Znowu to poczucie, że ktoś jej coś przestawił w mózgu. Jakby straciła kontrolę nad własnymi wspomnieniami. Zaczęła czochrać nerwowo swoją grzywkę. Jakie to było irytujące!
I właśnie wtedy dojrzała jasną łunę na środku korytarza. Jak zahipnotyzowana zaczęła stawiać kroki w kierunku dziwnego zjawiska. Ostrożnie wyciągnęła dłoń, naiwnie starając się dotknąć czegoś tak ulotnego.
W jednej chwili zalały ją silne emocje.
- Amelio?
Nagle świat się zamazał.
Brązowowłosa dziewczynka trzymająca za rękę drobnego, niewysokiego mężczyznę. Szczyt majestatycznej góry, którą jak co weekend odwiedzali w trakcie zachodu słońca.
- Tato, tato, zobacz, co potrafię!
Nurty zaczynające krążyć w jednym kierunku, tworząc kształt serca.
- Elsie, to jest absolutnie niesamowite! Masz niesamowitą władzę nad nurtami! Założę się, że jak podrośniesz, będziesz mistrzynią magii tożsamości.
Mała dziewczynka wręcz promienieje szczerym, dziecięcym uśmiechem.
Tata jest z niej dumny…
Zrobi wszystko, aby tata był z niej zawsze dumny.
Otoczenie ponownie zawirowało, rozpadło się na tysiące materialnych drobin, po czym na nowo zaczęło przyjmować kształt.
Filigranowy mężczyzna o rzadkich, siwiejących włosach siedzący z brązowowłosą dziewczynką na kolanach. W ogromnym skupieniu plotący piękny, gruby warkocz.
- Moja piękna córeczko. Twoja fryzura jest gotowa!
Dziewczynka wstaje i delikatnie dotyka gotowego warkocza.
- Jest wspaniały! Dziękuję, tato!
- Jesteś absolutnie gotowa na bal, księżniczko!
- Księżniczko? Nie jestem księżniczką, tato. Nowo narodzona córka pana Filara jest podobno księżniczką. Ale to nie jestem przecież ja.
Mężczyzna uśmiecha się szeroko, po czym bierze córkę w ramiona i unosi ją wysoko do góry.
- Dla mnie to ty jesteś moją księżniczką! I sama Równowaga nie będzie miała na to wpływu!
- Dobrze, tatusiu! Jestem księżniczką!
Śmiech. Radość. Szczęście.
Jednak gdzieś pod powierzchnią świadomości, głęboko zakopany głos szepczący bezlitośnie, że to błogosławieństwo kiedyś dobiegnie końca.
To był długi dzień. Wykłady, ćwiczenia… Teraz zaś nadeszła najważniejsza pora dnia! Obiad!
Lina usiadła na ławce w parku znajdującym się na terenie kampusu i z namaszczeniem wyjęła z plecaka pudełko wypełnione własnoręcznie lepionymi pierogami z mięsa rosołowego. Była tak głodna, że postanowiła ich nie podgrzewać, tylko zjeść je na zimno.
Z ogromnym entuzjazmem odłożyła plecak i położyła drogocenny pojemnik na kolanach. Ach! Prawie by zapomniała! Jeszcze widelec! Gdy sięgnęła ponownie do plecaka, kątem oka zobaczyła, jak coś zbliża się do niej z ogromną prędkością. Odruchowo odskoczyła i zakryła głowę rękami. Gdy po chwili ostrożnie otworzyła oczy, ukazał jej się potworny widok.
Psowate zwierzę o wrednych czerwonych oczach stało na dwóch łapkach, trzymając na przednich łapkach jej pudełko z pierogami.
To był… Tanuki? Ale czy było ważne jak się nazywał ten demoni pomiot?
- Oddaj mi moje pierogi. Już - Lina odezwała się grobowym głosem.
Stworzonko pokręciło łebkiem, wystawiło jej język, po czym rzuciło się do ucieczki.
Oniemiała Lina zdołała jedynie mrugnąć, jednak jak doszło do niej, co się działo, zaklęła szpetnie i rozpoczęła pogoń za swoim obiadem.
- Wracaj tutaj! Parszywy złodzieju, jak cię dorwę, skończysz jak wypychany pluszak!
Kolejne budynki na terenie uczelni tylko migały jej przed oczami. Nagle ujrzała, że Tanuki gwałtownie skręca i wbiega do małej drewnianej chatki. Bez wahania otworzyła drzwi i wbiegła do środka. Ciężko dysząc, rozejrzała się po pomieszczeniu, które było całkowicie puste, nie licząc młodej dziewczyny o długich, ciemnych włosach, skulonej i siedzącej na środku zwyklej drewnianej podłogi.
- Hej, czy widziałaś może tutaj parszywe łasicowate zwierzę z pudełkiem w łapskach? - Nie marnując nawet chwili, natychmiast przystąpiła do zbierania informacji. - Drań ukradł moje pierogi.
- Nie mogłam… - rozległ się cichy głos młodej kobiety.
- Możesz mówić trochę głośniej?
- Nie mogłam ich uratować…
W tych słowach zawarte było tyle smutku i beznadziei, że Linę mimowolnie coś zakuło w sercu. Uklękła obok niej i lekko położyła jej dłoń na ramieniu. Kobieta lekko drgnęła pod jej dotykiem, lecz się nie odsunęła.
- Co się stało?
Nagle dziewczyna się wyprostowała i wyciągnęła przed siebie dłoń, wskazując palcem coś bardzo daleko.
- To oni. Nie słyszysz, jak krzyczą? - Z jej zielonych oczu spłynęły dwie strużki łez.
Lina posłusznie spojrzała we wskazaną przez rozmówczynię stronę, lecz nic nie zobaczyła. Tylko pusty, drewniany sufit.
- Krzyczą: to twoja wina! Jak śmiesz żyć dalej i marzyć, aby on odwzajemnił twoje uczucie! Ty słaba, żałosna dziewucho! - Im dłużej wypowiadała te słowa, tym mniej zwracała uwagę na obecność rudowłosej. - Tak, tak, wiem, że macie rację. Jestem niewarta istnienia. Jestem złą Strażniczką. Nienawidzę Równowagi… Bo to przez nią wasze życie było mniej istotne niż życie jakiegoś głupiego drzewa… Strażnicy nigdy nie powinni nawet tak myśleć. Zasługuję na śmierć... Wybaczcie mi! Proszę, wybaczcie!
Powoli jej ciało zaczęło się zapadać pod ziemię. Pojedyncze deski, zaczęły pochłaniać najpierw jej skulone nogi, tułów, dłonie…
Lina wydała lekki okrzyk zaskoczenia, jednak błyskawicznie spróbowała złapać dziewczynę za ramię.
Całkowicie bezskutecznie. Ciało młodej kobiety wyślizgnęło się z jej uchwytu, po czym zniknęło.
- Sylphiel…
Nagle pomieszczenie wypełnił, dobrze jej znany głos.
- Niestety, tak właśnie kończą niektórzy studenci. Nie są w stanie ukończyć Akademii, bo popadają w obłęd. Wszyscy ich nazywają szaleńcami… A oni po prostu cierpią… Widzą świat zupełnie inaczej i nie mogą się skontaktować z rzeczywistością.
- Ona nie była szalona - odparła lodowato Lina, odwracając się ze złością do nowo przybyłej.
Ku jej zaskoczeniu w oczach Naive, nie było poprzedniej buty i złośliwości. Tylko smutek i nostalgia.
- Tak na początku mówią wszyscy. Każdy boi się przyznać, co naprawdę widzi... Jednak ci sami wszyscy zapominają, że droga do obłędu nie jest długa. Każdy z tych „wszystkich” może skończyć jako ten szaleniec, z którego chwilę wcześniej się śmieli.
- Mówisz, jakby to dotyczyło kogoś ci bliskiego - odpowiedziała cicho Lina. - Jeżeli tak, przykro mi. Naprawdę. Ale i tak nie masz prawa wypowiadać się tak o… - Lekko złapała się za głowę. -tej dziewczynie.
- Już nie pamiętasz jej imienia? Jednak chyba nie masz najlepszej pamięci do imion.
- Nic ci do tego.
- Ja tylko podsumowuję fakty.
- Widzę właśnie.
Nagle jej uwagę przykuła przechodząca tuż za oknem para studentów. Wysoka blondynka z długimi włosami do pasa wbijała poirytowane spojrzenie niebieskich oczu w niewiele od niej wyższego mężczyznę o półdługich fioletowych włosach. Oboje ubrani w mundurki Akademii kłócili się o coś intensywnie, jednocześnie trzymając się za ręce.
- Filia?
- Ooo… pamiętasz jakieś imiona?
- Odwal się.
- Dobrze, już dobrze. W sumie chciałam tylko powiedzieć, że twoi znajomi wyglądają na szczęśliwych. Dobrze, że chociaż niektórzy znajdują w tym świecie szczęście. Chociaż czasem ci sami niektórzy tak bardzo pragną być szczęśliwi, że aż zatapiają się w kłamstwie.
Lina w jednej chwili poczuła, że zaczyna się trząść ze złości.
- Wiesz co? Myślę, że dużo przeżyłaś w swoim życiu. I jednocześnie jakimś cudem wydaje ci się, że masz prawo oceniać życie innych. Twoja nienawiść do świata wręcz cię zżera od środka. Jak nie potrafisz odszukać na nowo sensu życia, jest mi przykro. Ale jednocześnie nie masz prawa sączyć swojego jadu wszystkim wokół. Inni próbują żyć. Iść naprzód. Jak sama tego nie potrafisz, to się odpierdol.
Następnie opuściła chatkę i walnęła z łomotem drzwiami.
Szła przed siebie tak szybko, jak tylko mogła. Wszystko po to, aby się pozbyć nadmiaru emocji. Nawet nie była w stanie powiedzieć, czemu słowa Naive tak ją rozsierdziły. Czy ona znała tamtych ludzi? Zastanowiła się przez chwilę, badając swoje uczucia. W jakiś sposób byli oni dla niej ważni… Nawet jeżeli jej pamięć zdawała się płatać jej figle…
Była tak pogrążona w rozmyślaniach, że zupełnie nie zauważyła, że ktoś się do niej zbliża. Zupełnie zaskoczona poczuła, że ktoś łapie ją za rękę.
Nie zareagowała jednak tak, jak by zwykle to zrobiła (czyli natychmiastowy atak łokciem w brzuch napastnika). Jej ciało naturalnie otworzyło się na jego dotyk, a na ustach natychmiast pojawiło się imię.
- Zelgadis?
Ubrany był jak zwyczajny chłopak. Dżinsy, do tego ciemna granatowa koszula i obuwie sportowe.
- Cały dzień cię szukałem. Nie zgubiłaś przypadkiem czegoś? - W drugiej dłoni dzierżył znajome jej pudełko pełne pierogów z mięsem rosołowym.
- Moje pierogi! - Lina wydała z siebie okrzyk radości.
- To trochę przykre, że cieszysz się bardziej na widok swoich ukochanych pierogów niż na mój widok. No, ale cóż - westchnął ciężko. - W końcu nie od dzisiaj jesteśmy razem. To co, skończyłaś wykłady? Jak pierwszy dzień? Możesz mi opowiedzieć po drodze do mnie.
Lina najpierw się lekko zarumieniła, ale potem uśmiechnęła się szeroko, ruszyła za nim i zaczęła tkać barwną opowieść z całego dnia. Że najprawdopodobniej widziała kilka z Duchów Świtu, nawet jeśli wcale nie pojawiły się o świcie. Zelgadis słuchał jej z uwagą, co jakiś czas tylko lekko unosząc kąciki ust.
- Mówiąc krótko, już pierwszego dnia zdołałaś całkowicie zrazić do siebie koleżankę z roku i zdołałaś już do siebie przyciągnąć zjawy. Cała Lina Inverse. Przyciąga kłopoty, gdzie tylko postanie jej noga.
- Ej!
- Powiedziałem coś nie tak? A. Nie opowiedziałaś. Jak straciłaś pierogi?
Lina poczuła, że się rumieni ze wstydu.
- Tanuki mi ukradł…
Zelgadis jednak nie wyglądał ani na zdziwionego ani na zamierzającego z niej jawnie szydzić.
- Hm… faktycznie, to mogła nie być twoja zdolność do sprowadzania kłopotów. Wiele osób się na nie ostatnio skarży.
- Phi. Chyba przestaję mieć ochotę z tobą rozmawiać.
- A jak ci podgrzeję pierogi na patelni?
- Mogę zjeść zimne.
- Nie.
- Niby czemu?
- To nie jest zdrowe na żołądek. Zwłaszcza tak skłonny to obżarstwa jak twój. Chcesz być w stanie zjeść ich więcej, prawda?
Lina wymruczała jedynie coś niezrozumiałego pod nosem, puściła jego dłoń i przyśpieszyła kroku. Nie zdążyła pójść jednak za daleko, gdy poczuła jak jego silne ręce oplatają się wokół jej talii i zatrzymują ją w miejscu. Natychmiast mu się poddała i również lekko go objęła.
- Lina, wiesz, że jestem dla mnie bardzo ważna, prawda?
Zarumieniła się mocno i schowała głowę w jego klatkę piersiową.
- Wiem…
- A wiesz też, że nic się dla mnie nie liczy poza tobą?
Wtedy cała zesztywniała w jego ramionach. Uśmiechnęła się do siebie smutno i lekko go odepchnęła. Następnie uniosła głowę wysoko, aby spojrzeć mu prosto w oczy.
- Prawdziwy ty, nigdy by nie powiedział takich słów. Prawdziwy ty walczy o bardzo wiele rzeczy, nie tylko o mnie. Faktycznie, gdzieś w swoim wnętrzu marzyłam, abyśmy mogli się spotkać właśnie w taki sposób. Ale wtedy nie byłbyś sobą. A właśnie w takim tobie się… zakochałam… Zel. Walczącym o to, co dla ciebie ważne.
Fałszywy Zelgadis uśmiechnął się do niej tylko, ale nie powiedział już nic więcej.
W jej wnętrzu pojawił się ogień. Silny jak nigdy przedtem.
I pulsacje.
Ciche echo żywiołu ziemi.
Prawdziwy on wzywał ją, aby wróciła.
Odwzajemniła uśmiech, po czym rozpoczęła inkantację, która pojawiła się w jej umyśle.
- Sguir...
Gdzieś we wnętrzu przestrzeni, gdzie było aż duszno od szalejących nurtów, rozległ się cichy głos.
- Jesteś naprawdę potężna, Lino Inverse. Ale każdy ma słabe punkty. I właśnie znalazłam ten należący do ciebie.
Ostatnie 5 Komentarzy
Brak komentarzy.
















