Opowiadanie
Rezonans
Na powierzchnię
| Autor: | Rinsey |
|---|---|
| Serie: | Slayers |
| Gatunki: | Akcja, Dramat, Fantasy, Przygodowe, Romans |
| Uwagi: | Utwór niedokończony, Alternatywna rzeczywistość |
| Dodany: | 2026-07-19 12:11:55 |
| Aktualizowany: | 2026-07-19 12:11:55 |
Poprzedni rozdziałNastępny rozdział
Kopiowanie całości lub fragmentów przez osoby trzecie bez zgody autorki jest zakazane.
Rozdział 21
Na powierzchnię
Zewsząd otaczało ją puste pole. Ziemia została doszczętnie spalona, pozbawiona życia, zieleni. Odebrano jej pierwotny sens wydania na świat roślin będących w stanie wykarmić tysiące istnień. W powietrzu unosił się duszący, metaliczny zapach pożogi i śmierci.
Czy naprawdę czy nie pozostało tu nic, co można było jeszcze uratować?
Właśnie wtedy dojrzała w otaczającym ją dymie niewielkie, zwęglone drzewo. Pozbawione liści zdawało się sięgać w stronę nieboskłonu kilkoma wysuszonymi konarami. Coś jednak było w samym jego środku… W ciągu długich, niezwykle wolno następujących po sobie sekund zorientowała się, że jest to ludzka twarz.
Całkowicie znajoma.
- Gourry? Gourry?! Gourry!
Gdy zaniepokojona ruszyła w jego stronę, usłyszała trzask łamanych gałęzi.
Ten dźwięk sprawił, że zatrzymała się gwałtownie.
Dopiero po chwili zorientowała się, że był to trzask drzewa, które oplatało chwilę wcześniej jej ciało. Takie samo jak to, w którym był uwięziony Gourry…
Gourry!
Błyskawicznie ruszyła w jego kierunku. Jak tylko znalazła się przed uwięzioną w zwęglonej korze sylwetką, drżącą dłonią dotknęła jego policzka.
Z ulgą stwierdziła, że był ciepły…
Żył.
Ale… Czy na pewno? Co to był za świat? Czy to było Eques? Gdzie ona była?
I właśnie wtedy zalał ją strumień wspomnień.
Śnieżyca. Demon. Rowdy. Młody chłopak, który zapłacił bolesną cenę, aby uratować swoich bliskich. Gourry. To był Gourry. Jego wspomnienie? Koszmar? O co w tym chodziło?
Właśnie wtedy poczuła w swoim wnętrzu ciche echo żywiołu ziemi, pulsujące w spokojnym, stabilnym rytmie, wyciszając jej szalejący ogień. Lekko dotknęła swojej klatki piersiowej na wysokości serca.
- Zel…
Gdzieś, skądś ją wzywał. Jeszcze nie miała pojęcia, gdzie była, ale miała pewność, że tak długo, jak czuje w swoim wnętrzu jego ciepło, wydostanie się stąd.
Dobra, Lino Inverse, weź się w garść!
Czy mogła korzystać z magii?
Wyciągnęła przed siebie dłoń i próbowała skumulować energię.
Nic się nie stało.
Jednak w swoim wnętrzu czuła obecność swojego płomienia. Czyli musiała być to jakaś inna płaszczyzna rzeczywistości? Czuła też żywioł ziemi Zelgadisa… A więc udało jej się uwolnić z tego drzewa na mocy Rezonansu? Ale nie było to wystarczające, aby wrócić do prawdziwego Eques?
Z ogromnym wysiłkiem próbowała przywołać swoje wspomnienia kryjące się tuż pod powierzchnią odmętu pamięci.
Nagle poczuła mocny ból głowy, na tyle bolesny, że automatycznie złapała się za skronie.
Zrobiła głęboki wdech i wydech.
Dobrze… Póki co jedynym, co jej się nasuwało, że może zrobić, była pomoc Gourry’emu. Jej pomógł Zelgadis. Skoro więc była tutaj, może uda jej się wniknąć do koszmaru mistrza Miecza Światła?
Przyłożyła drugą dłoń do twarzy blondyna i mocno skupiła się na jego energii.
- Gourry, chcę pomóc.
I w jednej chwili świat zawirował, rozpadając się na miliony kawałków.
Śnieg, zimno, samotność.
- Gourry?
Cisza. Tylko wszechogarniająca pustka i biel.
- Gourry!
To było na nic. Nie znajdzie go w taki sposób… Ale może… On będzie mógł znaleźć ją?
Skupiła się na swoim wnętrzu. Jej płomień, jej jaźń. Musiała ją stopniowo wyprowadzić poza swoją powłokę. Tylko czy nie roztrzaska w ten sposób własnego umysłu? Jakby w odpowiedzi na nieme pytanie serca, w jej głowie pojawiły się znane jej słowa.
Mój umysł jest moją potęgą. Moja potęga jest moim umysłem.
Tak. Da radę. Tak długo, jak umysł ma władzę nad mocą, energia nie zyska panowania nad duszą.
Nurty zaczęły krążyć. Stopniowo wokół niej pojawiła się jasna poświata, która zaczęła się przedzierać przez szalejącą śnieżną pustynię.
I nagle, tuż przed nią pojawiło się koliste, energetyczne przejście. Otoczone aurą, którą bardzo dobrze znała.
Bez wahania zrobiła krok naprzód i przeszła przez świetlisty krąg.
Po środku ogromnego pomieszczania o ścianach wykonanych z lodu, na prostym śnieżnobiałym krześle siedział Gourry w postaci dorosłego mężczyzny. Jego nieobecne spojrzenie było utkwione w przeciwległej ścianie, na której, niczym w kinie, wyświetlało się tragiczne spotkanie z demonem zwanym Zaellą, znanym Linie z jej własnego snu.
Jednak tym, co najbardziej przykuło uwagę Liny, była dziwna narośl wyrastająca znad prawej łopatki mężczyzny. Zdziwiona czarodziejka ostrożnie zbliżyła się od tyłu do przyjaciela. Gdy przyjrzała się bliżej, niemalże odskoczyła z obrzydzeniem.
Spod ramienia Gourry’ego wyrastała głowa małej dziewczynki otulonej jasnoniebieską aurą o oczach białych i pustych jak sama śmierć.
Lina bez namysłu skupiła swój płomień w dłoni i położyła na głowie potwora.
Istota wydała z siebie przeraźliwy ryk, przypominający w jakiś pokrętny sposób płacz dziecka i zaczęła się kurczyć w zastraszającym tempie, znikając po chwili w ciele wojownika.
Gourry zaczął gwałtownie łapać oddech. Czarodziejka od razu do niego podbiegła i otoczyła go ramieniem.
- Gourry? Wszystko w porządku?
- Tak… - Jego głos był tak zachrypnięty, jakby był nieużywany od wielu lat. - Dzięki, Lina. Zamele, niestety, to wyjątkowo wredne demony. Wykorzystają każdą chwilę słabości. - W jego spojrzeniu widać było skrajne psychiczne wyczerpanie, jednak z każdą sekundą wydawał się wyglądać coraz lepiej.
- Gourry, czyli ta scena, to twoje prawdziwe wspomnienie? - Wstrząśnięta tym, co właśnie zobaczyła, nawet go nie poprawiała. - Zaella istnieje naprawdę? - Z trudem zignorowała jego zwyczajowe przekręcanie imion.
- Tak. Muszę żyć z nią w tej… no… synrozie?
- Masz na myśli symbiozę?
- Dokładnie! Jesteś mądra jak Sylphiel i Zel, Lina. Jak poprosiłem o wskrzeszenie mieszkańców mojej rodzinnej wioski, okazało się, że zamieszka w moim ciele i będzie się żywić moimi negatywnymi uczuciami. Zwykle nie żyje się z nią źle, ale no teraz trochę się podtuczyła.
Lina nie była w stanie ująć swoich myśli w słowa. Jak Gourry mógł być na co dzień taki pogodny i beztroski? Będąc zmuszonym do dzielenia swojego ciała z Mazoku…
- Gourry… A ta… klątwa? Zresztą, zapomnij. Przepraszam, że pytam. Nie chciałam wnikać w twoje prywatne wspomnienia.
- Nie przejmuj się, Lina. Zwykle o tym nie opowiadam, bo ludzie nie wiedzą, co powiedzieć. Jest im mnie żal… A nie ma takiej potrzeby. Wszyscy moi bliscy żyją. I to jest najważniejsze. - W jego niebieskich oczach nie było rozpaczy, czego by się spodziewała, tylko pogodne pogodzenie się z losem.
- A… my? Zelgadis? Filia? Wciąż cię pamiętamy… Jak to się dzieje?
- To wspomnienie, to już dosyć dawne dzieje… Dzięki Zelowi, który mnie przyprowadził do Seyrun, najlepszym kapłanom udało się lekko złagodzić działanie klątwy. Do końca swoich dni będę zmuszony żyć z Zalemą, mieszkańcy mojej wioski nigdy sobie o mnie nie przypomną, ale moi nowi towarzysze broni, jeżeli będą odpowiednio potężni, mogą się oprzeć działaniu klątwy… Stąd zostałem przydzielony do oddziału Zela. Plus przez to, że nikt za bardzo nie chciał przebywać z kimś, w kogo ciele żyje Demon... Istnieje niestety wciąż pewne ryzyko, że osoba, którą pokocham, może o mnie zapomnieć.
- Ale Rowdy…
- Tak… Powiedziano mi, że Rowdy nadpisał kontrakt. Sylphiel… wciąż mnie pamięta… Ale wiesz, jak to z klątwami i tymi kontraktami bywa. Nigdy nic nie wiadomo. Ponoć Zamelamela wciąż walczy w moim wnętrzu, aby pokonać moc Rowdy’ego… Ale staram się cieszyć każdą chwilą z wami wszystkimi. Zalamela też dosyć rzadko mi dokucza. Więc nie rób takiej miny, Lina. Moje życie jest naprawdę w porządku. - Uśmiechnął się tak szczerze i autentycznie, że czarodziejka czuła, że pęka jej serce.
Z morza szalejących wspomnień i chaosu w głowie, wyłoniła się postać martwej staruszki o czerwonych oczach, spoglądających w nicość i o zimnych niczym lód policzkach.
Wciąż nie miała czasu, aby zmierzyć się z tym uczuciem. Jednak słuchając historii Gourry’ego, poczuła, jak jej własna rozpacz po stracie babci zaczyna zmieniać swoją postać. Ciężkie, wręcz duszące uczucie, odrobinę rozluźniło swój chwyt na jej mentalnych płucach.
- Gourry… Nigdy nie myślałam, że to powiem, ale jesteś naprawdę niesamowity.
Blondyn tylko wyszczerzył się w odpowiedzi.
- Dobra, musimy się stąd wydostać na powierzchnię. Gotowy?
Uśmiech wojownika jedynie się poszerzył, a otoczenie ponownie zaczęło wirować z ogromną prędkością.
Patrząc na trzy znajome sylwetki oplecione przez obumarłe drzewa, które znalazły się w zasięgu jej wzroku zaraz po powrocie z jaźni Gourry’ego, Lina starała się zebrać myśli, aby opracować jakikolwiek dalszy plan działania.
Po pierwsze, po wybudzeniu osobnika z koszmaru zakotwiczonym we wrogim zaklęciu, stosunkowo łatwo było się przenieść do „podwymiaru spalonych drzew”, jak to roboczo nazwała.
Po drugie, do przebudzenia niezbędny wydawał się być jakiś czynnik zewnętrzny. W przypadku czarodziejki, był to jej Rezonans z Zelgadisem. Jeżeli zaś chodziło o Gourry’ego, początkowo była to ona. Później jednak szermierz odzyskał kontrolę nad wymiarem swojej świadomości… Lina zamyśliła się głęboko. Najprawdopodobniej była to sprawka Zaelli… Obca obecność zdawała się rozbijać działanie czaru od środka, tworząc niewielki prześwit, aby wyrwać się spod mocy wrogiego uroku.
Wszyscy mieszkańcy dworku znajdywali się w niedalekiej odległości od siebie w „podwymiarze spalonych drzew”, a zatem w jakiś sposób odpowiadał on światowi rzeczywistemu. Niedaleka fizyczna odległość też wypływała na to, że ich sny się jakoś przenikały.
- Lina, uważaj! - Pogrążona w rozważaniach, zupełnie przestała zwracać uwagę na swoje otoczenie. Gourry błyskawicznie złożył dłoń w pięść i uderzył coś po prawej stronie głowy czarodziejki.
Dziewczyna odwróciła głowę i w miejscu, skąd doszedł ją świst uderzenia, ujrzała gałąź, która powoli zaczynała się owijać wokół jej szyi.
Po jej czole zaczęły spływać zimne krople potu.
Po trzecie, a może już czwarte? Wciąż nie byli bezpieczni. Cały czas czar trzymał ich mocno w swoich objęciach, czekając na chwilę nieuwagi, aby ponownie ich pochwycić i spętać okowami koszmaru.
A więc gdy uwolnią kolejne osoby, które nie mogą liczyć na dodatkowy impuls zewnętrzny, wrócą one do stanu pierwotnego.
Patrząc na horyzont martwych drzew, zdający się nie mieć końca, można było odnieść wrażenie, że klątwą był objęty olbrzymi obszar. W najgorszym wypadku całe Varney. Zelgadisa tutaj nie było, musiał więc być zbyt potężny, aby ulec urokowi. Z drugiej strony nawet jego moc była nie wystarczająca do złamania tego zaklęcia. Jak w takim razie mieli obudzić tyle osób? I czy na pewno obudzenie wszystkich wystarczyłoby, aby ostatecznie przełamać ten czar?
Czy w ogóle można było złamać coś tak złożonego i potężnego?
Spod dezorientacji i niepewności, powoli zaczęło się wydobywać nie tylko zmęczenie, ale i zwątpienie - zwykle pierwsza jaskółka zwiastująca nadciagająca klęskę.
Raz jeszcze stanęła jej przed oczami postać martwej starszej kobiety.
Przestań! - upomniała siebie samą. Z każdej sytuacji jest jakieś wyjście, myśl, Lina, myśl! Rodzice zawsze mówili: jak masz zagadkę, na jaką nie znasz odpowiedzi, jak na prawdziwego archeologa przystało, wróć do korzeni.
To był wyjątkowo misterny plan. Co wróg zrobił na samym początku?
Kradł moc od Equeshan.
Potem zaatakował Przymierze Równowagi. Rezo dał równo rok wszystkim dwunastu wymiarom. A minęły niespełna cztery…
Rezo zlecił zabicie Liny.
Następnie usunął Phila, Filar Rejonu Varney i upozorował to jako czyn Zelgadisa.
Po ataku burzy czasoprzestrzennej Ruezlhan zaatakowali Szarego Wilka.
Po wszystkim Rezo wyszedł im naprzeciw, w zasadzie z propozycją, aby się do niego przyłączyli.
Rezo porwał jej siostrę, być może obdarzoną potężną magią.
A teraz zostało zaatakowane być może cale Varney…
Tylko po co Rezo ten obecny atak na Varney? I tak miał świat Równowagi w garści…
Coś tutaj ewidentnie nie pasowało…
Z tego co słyszała, w żadnym innym wymiarze nie został zaatakowany Filar bądź Strażnik Nurtu. Może nie chodziło tutaj tylko i wyłącznie o to, aby wrobić Zelgadisa, aby zwiększyć nacisk, aby przyłączył się do Czerwonego Kapłana…
Może ktoś chciał, aby to akurat Varney było najbardziej bezbronne?
Lina czuła, jak kolejne elementy układanki wchodzą na swoje miejsce. Jej umysł pracował na najwyższych obrotach, przywołując fragmenty własnego snu.
- Elsie, to jest absolutnie niesamowite! Masz niesamowitą władzę nad nurtami! Założę się, że jak podrośniesz, będziesz mistrzynią magii tożsamości.
To nie był sen nikogo z jej przyjaciół. Ten dziwny obraz, który ukazał jej się zaraz po tym, gdy na jej sen nałożył się sen Amelii.
Amelia była nowym Filarem Varney. O wyjątkowej mocy i wrażliwości na cudze emocje.
Do jej własnego snu musiał się zakraść wróg, którego moc splotła się na moment z mocą Shyllien. I dzięki temu, Lina zyskała krótki dostęp do umysłu wroga.
Ta cała Elsie musiała być potężnym magiem tożsamości. Elsie… Właśnie wtedy przypomniała sobie fragment rozmowy z Zelgadisem, która wydawała się odbyć bardzo dawno temu.
- Kto?
- Elsevien.
- Kim jest Elsevien?
- To ktoś bardzo potężny stojący po stronie Ruelzhan. Czarodziejka specjalizującą się w magii tożsamości.
Bingo. To musiała być właśnie ona. Czyli była kimś znanym przez przynajmniej Xellossa i Zelgadisa… I bezpośrednio odpowiadała za zamordowanie Philionela i zrzucenie winy na maga ziemi.
Lina uśmiechnęła się z satysfakcją. Już wiedziała, co należało zrobić.
- Potrzebujemy maga tożsamości, Gourry. Kogoś, kto pomoże nam rozbić to zaklęcie na mniejsze składowe. Sylphiel, jako uzdrowicielka jest specjalistką od przetwarzania swojej mocy na energię regeneracyjną działającą wewnątrz ludzkiego ciała. Musi więc znać podstawowe zagadnienia z zakresu magii tożsamości, prawda?
Blondyn uśmiechnął się szeroko, duma wręcz rozpierała jego lica.
- No pewnie! Sylphiel w zasadzie samodzielnie połączyła się z tą sadzonką tego ogromnego drzewa - Flakona. Zel zawsze mówił, jakie to trudne, a Sylphiel się to udało!
Flakon - czy miał na myśli Flagoon - święte drzewo Regionu Flagerrie, o którym wspomniała kiedyś Sylphiel? Pewnie tak. Postanowiła zignorować to kolejne przeinaczenie, skoro w zasadzie i tak uzyskała od niego potwierdzenie swoich przypuszczeń.
- Doskonale! Zaczniemy więc od Sylphiel - odparła z entuzjazmem czarodziejka. - Potem będzie trzeba wybudzić Filię i Amelię jednocześnie.
- Czemu?
W oczach Liny pojawił się błysk satysfakcji, uśmiechnęła się szeroko i wystawiła przed siebie dłoń ułożoną w kształt V.
- Haha! Póki co to tajemnica!
- Haha! Mówisz dokładnie jak Xellon.
Czarodziejka w jednej chwili obdarzyła szermierza morderczym spojrzeniem.
- Chyba dawno nie dostałeś moim Fire Ballem, co nie, Gourry?
Mężczyzna błyskawicznie ruszył w stronę sylwetki pięknej uzdrowicielki, ewidentnie udając, że jej nie słyszy.
- Lina, ruszajmy, Sylphiel czeka!
- No dobra, tym razem ci daruję - wymruczała pod nosem czarodziejka i pobiegła za posiadaczem legendarnego miecza światła.
Ktoś kiedyś powiedział, jeśli spoglądasz w otchłań odpowiednio długo, ona również zaczyna patrzeć w ciebie.
Nigdy nie myślała, że jej otchłań przyjmie kształt zielonych oczu, takich samych jak jej własne.
- Jesteśmy, takie dobre, takie szlachetne, prawda Sylphiel? - Jej odbicie w lustrze świdrowało ją wzrokiem pełnym nienawiści.
Coś, nie pamiętała co, unieruchamiało jej sylwetkę siedzącą na pozbawionym oparcia taborecie. Napięte mięśnie bolały, zwłaszcza te na karku, zastygłe w bezruchu. Raz po raz próbowała odwrócić głowę, jednak ciało odmawiało jej posłuszeństwa. Jakby całe jej jestestwo kazało jej się wpatrywać w tę zaklętą w zwierciadle postać.
- Wcale tak nie myślę… - odparła słabym głosem.
Druga ona zaśmiała się sarkastycznie.
- Jak to nie? Jestem tobą, zapomniałaś? Znam wszystkie twoje myśli. Wiem, jak bardzo boisz się zawieść pokładane w tobie oczekiwania. Jako jedyna przetrwałaś, wciąż zaklęta jest tobie połowa Flagoon, musisz być Filarem i Strażnikiem Nurtów całego Flaggerie. - Z każdym słowem jej odbicie mówiło coraz szybciej. - Musisz być taka miła i wspierająca, aby nikt się na ciebie nie skrzywił. Nie chcesz nikogo ranić… Musisz być dobrą Strażniczką chociaż nigdy tego nie chciałaś. Co więcej, tak naprawdę, nienawidzisz Równowagi, bo kazała ci wybrać głupie drzewo zamiast twoich bliskich… I dlatego też masz wyrzuty sumienia. Bla, bla, bla, bla… A prawda jest taka… - Uśmiechnęła się okrutnie, gdy w oczach uzdrowicielki pojawiły się pierwsze łzy. - …że każdy cię nie znosi. Zelgadisa irytujesz, od kiedy się tylko pojawiłaś w dworku. Dla Filii mogłabyś w zasadzie nie istnieć. Amelię wykorzystujesz, aby czuć się komuś potrzebna. Żałosne to. Ta nowa, Lina, nawet się nie zatrzyma, jak widzi cię na korytarzu. Musi przecież dalej robić rzeczy, które wzbudzają wszystkich podziw. Taka zdolna. Taka niesamowita. Będąc zaledwie tydzień w Eques, weszła w większą interakcję z twoimi rzekomymi przyjaciółmi niż ty w ciągu kilku lat mieszkania w dworku. A Gourry… Nasz Gourry… Ostatnio ci się chyba coś zaczęło wydawać, że zaczął odwzajemniać nasze uczucie? Ty naiwna idiotko. Ktoś tak dobry, po prostu jest dla nas miły. Jak taki ktoś jak on, mógłby odwzajemnić uczucia kogoś tak żałosnego, jak ty?
- To nieprawda… - Poczuła, jak coś ostrego zaczyna powoli oplatać jej nogi, wbijając się boleśnie w ciało. Jednak ten ból fizyczny był niczym wobec cierpienia targającego jej duszą.
- Być może. Ale głęboko w swoim wnętrzu wierzysz, że tak właśnie jest. Jesteś sama. Zawsze byłaś sama. I sama skończysz.
- Nie…
- Po co tak się poświęcałaś? Bałaś się, kiedy ten dziwny płyn zalewał twoje płuca w Sali Medytacji. Tak bardzo się bałaś. Po co to wszystko, po co?
- Musiałam ratować Amelię.
- Po co?
- To wciąż dziecko. Straciła ojca.
- Czemu nie mógł zrobić tego ktoś inny?
- Bo tylko ja mogłam to zrobić.
- Tylko ty. Dlaczego znowu to byłaś tylko ty? Dlaczego tylko ty ocalałaś? Dlaczego tylko ty musisz chronić Flagoon?
Coraz więcej łez spływało po policzkach. Kolczaste więzy coraz mocniej i bardziej oplatały jej ciało.
- Nie wiem…
Rozpacz o kształcie spirali zaczynała pochłaniać całe jej wnętrze.
- A więc zaśnij. Niech już nikt nas nie krzywdzi. Nie będzie już żadnych snów ani koszmarów. Wreszcie będzie bezpiecznie…
Jej własny głos zaczął brzmieć jak kołysząca do snu wieczności inkantacja.
I właśnie wtedy przed jej oczami pojawił się nowy obraz.
Chłopak o długich blond włosach otoczony zamiecią śnieżną tańcząca w rytm nurtów gromadzących się wokół potwora o kształcie małej dziewczynki.
- Gourry?
Nie słyszała słów, jednak serce instynktownie pojmowało znaczenie rozgrywających się przed nią scen.
- Nie, nie rób tego! Proszę! Gourry! GOURRY!!!
Wyrwała się trzymających ją więzów i rzuciła się biegiem w stronę ulotnego mirażu.
- Sylphiel, to już się wydarzyło. Nie powtrzymasz tego. - Tuż za nią rozległ się spokojny, męski głos.
- Gourry? To ty? - odwróciła się z niedowierzaniem.
- Pewnie! Długo musiałem cię wołać, Sylphiel. Myślałem, że już mi nie odpowiesz. - W jego oczach malowało się ewidentne zmartwienie.
Nie było istotne, czy to jawa, czy sen. Niewiele się namyślając, rzuciła mu się w ramiona i zaczęła łkać jak mała dziewczynka. Dwie silne ręce szybko ją zamknęły w mocnym uścisku, a jej zmysł magiczny powoli zaczął rozpoznawać jego wzorzec energetyczny.
To był on. To był naprawdę on!
Czuła się jak zniszczona, roztrzaskana lalka, jednak jego ciepło, sprawiało, że liczne pęknięcia przestawały boleć. On zaś na początku nie pytał jej o nic. Dał jej czas, którego potrzebowała, aby nasycić zmysły jego obecnością. Dopiero po dłuższej chwili na jej ustach pojawiło się pytanie.
- Gdzie my jesteśmy?
- Hm… Tak jakby w tobie. A w sumie w drzewie, którym się stałaś. Każdy z nas stał się drzewem. Lina wydostała się jako pierwsza. Ale to się nie liczy, bo jej pomógł Zel. Potem Lina pomogła mi. I teraz oboje pomagamy wydostać się tobie. Lina stabilizuje przejście czy coś takiego i dzięki temu mogłem wejść w twoje drzewo.
Sylphiel bardzo się cieszyła, że blondyn nie może zobaczyć jej zaczerwienionej twarzy. Szybko jednak przetłumaczyła sobie treść wypowiedzi szermierza na język uniwersalny.
- Czyli jesteśmy w mojej podświadomości?
- Tak.
- A to… ta dziewczynka, ten Demon? - Uniosła głowę, aby na niego spojrzeć.
- A to było moje wspomnienie. Jak ciągle nie mogłem cię obudzić, stwierdziłem, że wyślę w twoją stronę jedno z moim wspomnień. W końcu jesteśmy jakby w twojej głowie. A jako że z tym wspomnieniem byłem uwięziony w moim drzewie, to ono wyszło jako pierwsze.
- A… Zaella?
- Tak Zalamela wciąż jest ze mną. I… - Popatrzył jej głęboko w oczy. - Dzięki Rowdy’emu pamiętam cię, Sylphiel.
Uzdrowicielka poczuła, jak zalewa ją ogromne ciepło. Uczucie przypominające… radość i szczęście.
- Czy to oznacza, że…
- Tak, Sylphiel. Kocham cię.
- Ja… ciebie też… Kocham cię, Gourry. - Nie wiedzieć, kiedy, pustka rozdzierająca jej serce zaczęła zanikać.
Blondyn spojrzał się na nią z takim szczęściem na twarzy, jakiego nigdy wcześniej u niego nie widziała. Powoli pochylił się i lekko musnął jej usta. Sylphiel ostrożnie odwzajemniła pocałunek, jakby wciąż nie wierzyła, czy to wszystko jest prawdą.
- Czy to nie jest sen?
- W sumie chyba tak. Ale jak wrócimy do rzeczywistości, powiem ci dokładnie to samo, Sylphiel.
- I będziemy razem?
- I będziemy razem!
Z oczu popłynęły jej kolejne łzy. Tym razem z powodu radości nie do poskromienia, nie rozpaczy.
- Dziękuję, dziękuję ci.
- To ja ci dziękuję, Sylphiel. Dzięki tobie Rowdy będzie mógł spokojnie zasnąć. Jego ostatni nurt duszy został wysłuchany.
- Ostatni nurt duszy Rowdy’ego?
- Mellyroon mówiła, że jego własnej mocy nie starczyłoby na nadpisanie kontraktu z Zemelą. Ponoć zaklęcie wzmocnił właśnie jego ostatni nurt duszy. Chciał, abym kogoś pokochał i był szczęśliwy.
Sylphiel poczuła, jak kolejne kawałki jej duszy wracają na swoje miejsce. Wciąż nie była w pełni sobą, ale wreszcie poczuła siłę, aby spróbować odnaleźć się na nowo. Była potrzebna. Była kochana. Nie musiała być sama. Nie musiała znikać…
- Jak wrócimy, opowiesz mi o nich więcej?
- Ile tylko zechcesz. Wracamy do Liny?
- Jeszcze nie… Czy poczekasz na mnie chwilę?
- Pewnie.
Była z powrotem panią swojego umysłu. Wystarczyło, że zamknęła oczy i znalazła się w tym znienawidzonym pokoju własnej duszy z wielkim lustrem po środku.
- Po co wróciłaś? - zagadnęło szorstko jej odbicie.
Sylphiel wykonała kilka kroków naprzód i stanęła tuż przed nieskazitelnie czystą taflą.
- Przepraszam. Przepraszam, że nie dbałam o siebie. Że nie dbałam o swoje szczęście. O swoje potrzeby. Że martwiłam się o wszystkich innych, poza samą sobą. Jak mówiłaś, czułam się taka samotna i mało ważna. A to było kłamstwo. Jestem potrzebna. Chcę być szczęśliwa. Spróbuję sobie wybaczyć… nam. I obiecuję spróbować dbać o siebie. O nas.
Jej odbicie spojrzało na nią najpierw z niedowierzaniem. A potem powoli, bardzo powoli przyłożyło dłoń do wewnętrznej powierzchni lustra.
- Dziękuję.
Sylphiel uśmiechnęła się ciepło i również przyłożyła dłoń do tafli mentalnego szkła, a świat wokół nich zaczął się powoli topić w blasku oślepiającego światła.
- No wreszcie, jesteście z powrotem! - przywitał ich oskarżycielski ton Liny. - Przez chwilę myślałam, że już nie utrzymam tych gałęzi!
Jej świadomość bardzo powoli zaczynała rozumieć otaczającą ją rzeczywistość.
- Gałęzi?
Dopiero wtedy poczuła jak silne ręce wyciągają ją ze środka czegoś, co z jej perspektywy przypominało dziuplę.
- Witaj z powrotem, Sylphiel. - Gourry obdarzył ją ciepłym uśmiechem.
- Wróciłam - odparła, wpatrzona w jego niebieskie oczy, jakby na tym świecie nie istniało nic poza nim.
- Ekhem, przepraszam, że wam przeszkadzam gołąbeczki, ale mamy wroga do pokonania. - Głos Liny błyskawicznie wytrącił ją z romantycznej zadumy. W jednej chwili poczuła, że się rumieni i oswobodziła się z objęć Gourry’ego.
- Przypomnę ci dokładnie to samo, jak będziesz się witać z Zelem. - Blondyn z rozbawieniem skwitował czarodziejkę, która również spłonęła rumieńcem.
- Odwal się, Gourry.
- Panno Lino, czym jest… to miejsce? - przerwała im delikatnie Sylphiel, nie mogąc do końca uwierzyć własnym oczom.
- Wydaje mi się, że jesteśmy w czarze jakiejś Elsevien. Znasz ją?
Zielone oczy otworzyły się szerzej, a potem odpowiedziała najbardziej wymijająco, jak potrafiła.
- Tylko z opowieści… Wiem, że była magiem tożsamości.
Lina o sekundę za długo lustrowała ją spojrzeniem. Oczywiście, wyczuła, że uzdrowicielka nie mówi całej prawdy.
- Dobra, to jest w sumie najważniejsze. Dasz radę zbadać strukturę jej zaklęcia?
Sylphiel poczuła, jakby jakaś silna dłoń zacisnęła się wokół jej żołądka. Przypomniały jej się słowa, które wypowiedział do niej Zelgadis kilka lat wcześniej.
Jesteś ostatnią żyjącą mieszkanką Sairaag. Masz powinowactwo do magii świętego drzewa. Dzięki magii tożsamości zdołasz stworzyć połączenie między wami. Kiedyś, gdy Flagoon stanie się dostatecznie silny, będziesz mogła z powrotem połączyć obie części Flagoon. A do tego czasu będziesz pełnić funkcję czegoś na kształt Filara i Xullan Flagerrie.
Od tego momentu faktycznie uczyła się magii tożsamości, chociaż nie przychodziło jej to tak łatwo jak uzdrawianie. Z ogromnym trudem, ale jednak połączyła swoją duszę z Flagoon. Nigdy jednak nie uważała się za wystarczająco dobrą… A powinna być dużo lepsza, aby, jak odpowiedni przyjdzie czas, oddzielić od siebie zregenerowaną cząstkę świętego daru Elfów.
- Sylphiel… - Z zamyślenia wyrwał ją głos Liny. - Twoje drzewo, pochłaniało cię znacznie szybciej niż drzewa oplatające pozostałych. Dlatego nie mogliśmy udać się do twojej świadomości oboje z Gourry’m. Ja musiałam powstrzymywać jego rozrost, aby Gourry mógł się zanurzyć w twoim koszmarze… Dlatego mogę się tylko domyślać, jak okropny koszmar cię dopadł… Ja… - zawahała się na moment. - Mój koszmar zahaczył o twój. Widziałam cię, nawet jeśli ty nie wiedziałaś mnie. - Jej spojrzenie złagodniało, jak nigdy dotąd. - Sylphiel… Jesteś bardzo dobrą Strażniczką i potężnym magiem. Gdyby nie ty, nigdy byśmy nie wyszli z tych wszystkich opresji. Dzięki temu, że uratowałaś Amelię, mamy szansę na pokonanie zaklęcia Elsevien. Dasz radę zajrzeć w głąb tego zaklęcia. Nawet jeśli ty w siebie nie wierzysz, my z Gourry’m wierzymy w ciebie. A przynajmniej jemu ufasz, prawda?
Kolejne fragmenty jej roztrzaskanego istnienia, skleiły na nowo. Nie odtwarzały tego, co było. Tworzyły nową całość. Która wierzyła, że jest kochana. I próbowała wierzyć w siebie.
- Tak - wypowiedziała to słowo niemal szeptem. - Dziękuję, panno Lino.
- No! I to chciałam usłyszeć! To do roboty, Sylphiel!
- Tak jest panno Lino! Ale zanim zacznę, mam jedno pytanie. Co miałaś na myśli, mówiąc, że mamy szansę na pokonanie Elsevien dzięki Amelii?
- Haha! Chyba faktycznie powinnam zdradzić tutaj mój geniusz. Właśnie tutaj ta cala Elsevien popełniła błąd! - W oczach Liny pojawił się błysk satysfakcji. - Myślę, że Elsevien chciała się pozbyć Phila nie tylko po to, aby zrzucić winę na Zela. Myślę, że liczyła, że Varney będzie pozbawione przynajmniej Filara. Ale nie doceniła naszej Amelki! Która dzięki tobie narodziła się jako Filar. Myślę, że wykonanie tego tańca Shyllien i Xullan z wyciszaniem i wzmacnianiem nurtów jest kluczowe do wybudzenia wszystkich pozostałych. Ale… zanim zrobimy cokolwiek dalej, mag tożsamości musi potwierdzić moje przypuszczenia.
- Będzie ci łyso, jak się okaże, że się mylisz, co nie Lina? - dodał wesoło Gourry.
- Czy ty naprawdę chcesz oberwać Fire Ballem?
- Gourry, myślę, że lepiej mieć nadzieję, że panna Lina się nie myli.
- Też jesteś mądra, Sylphiel. Na pewno coś wymyślisz.
- Możecie flirtować, jak już sobie poradzimy z tym wszystkim tutaj?
- Już, panno Lino!
Zarumieniona Sylphiel szybko skupiła swoją energię i tak jak ją uczono w Seyrun, zanurzyła się w nieznaną sobie strukturę. Aż zaniemówiła z wrażenia, gdy zaczęła wnikać w wierzchnią strukturę zaklęcia. Jaki ten czar był złożony! Jednak mając na względzie teorię Liny, zaczęła w sposób świadomy wędrować pomiędzy jego kolejnymi warstwami.
Nagle obraz zaczął jej się zamazywać. Drewniane lniany ponownie zaczęły oplatać jej ręce i nogi. Nie, nie mogła teraz zawieść!
Zanim koszmar ponownie ją pochłonął, poczuła, że otula ją moc Gourry’go. Stabilizował jej moc. Był jej kotwicą. Jednoczenie magiczną i psychiczną.
Skupiła się raz jeszcze i powoli nici klątwy tkane z niezwykłą starannością, zaczęły układać się w pewien wzorzec.
Tak, czar ten pochłonął całe Varney. Wszyscy mieszkańcy Eques tego wymiaru zostali uwięzieni w zaklęciu kreującym inny koszmar dla każdego ze Strażników. Zasilenie czegoś takiego musiało pochłaniać ogromną ilość mocy! Ale… No tak… Przecież Ruelzhan od wielu miesięcy okradali Equeshan z ich energii życiowej. Złamanie czegoś takiego… Faktycznie dzięki obecności Filara i Strażnika Nurtu było możliwe.
Jednak cena, którą będzie trzeba przy tym zapłacić będzie niesamowicie wysoka…
Ostatnie 5 Komentarzy
Brak komentarzy.
















