Opowiadanie
Rezonans
Światło w cieniu ukryte
| Autor: | Rinsey |
|---|---|
| Serie: | Slayers |
| Gatunki: | Akcja, Dramat, Fantasy, Przygodowe, Romans |
| Uwagi: | Utwór niedokończony, Alternatywna rzeczywistość |
| Dodany: | 2026-07-19 12:13:01 |
| Aktualizowany: | 2026-07-19 12:13:01 |
Poprzedni rozdziałNastępny rozdział
Kopiowanie całości lub fragmentów przez osoby trzecie bez zgody autorki jest zakazane.
Rozdział 25
Światło w cieniu ukryte
Życie jest jak rzeka pamięci.
Przeżycia, doświadczenia, spotykani na drodze ludzie, emocje towarzyszące tym wszystkim spotkaniom.
To wszystko buduje wspomnienia, które niczym kamienie, lądują na dnie oceanu naszej duszy.
A te, czy tego chcemy, czy nie, stają się fundamentem naszego istnienia, dając jednocześnie początek pragnieniom, sile napędowej bytu.
Pragnienia mówią różnymi głosami.
Czasem tak cichutko, że przez całe życie nie można usłyszeć ich wołania.
Czasem śpiewają delikatnie do ucha przyjemną pieśń. Sam ten dźwięk bywa wystarczająco miły sercu, nie zmuszając do żadnego wysiłku.
Bywa jednak też, że ten głos staje się jedynym, dominującym brzmieniem w duszy. Krzykiem, którego nie sposób uciszyć.
Ciało zwykle mu się poddaje całkowicie.
I zaczyna paniczny, niepohamowany bieg.
Prowadzący jedynie ku samozniszczeniu.
Jej wzrok z nostalgią omiótł pokój, który dzieliła z Seryą przez ostatnie kilka lat.
Na niewielkim stole wciąż leżały rozłożone karty do Piotrusia. Jedna z nielicznych gier, które pamiętały z domu rodzinnego. Ponoć wynalazek jakichś ludzi z niemagicznego Rejonu. W chwilach wolnych od misji jedyna rozrywka, na jaką dała się namówić siostra.
Nad łóżkami po obu stronach okna otoczonego różową firanką (nie znosiła tego koloru, ale Guesh zawsze wydawał się ten fakt ignorować) wisiały dziesiątki, jak nie setki wyjątkowo paskudnych rysunków. Nieproporcjonalne części ciała, niedorzeczne kolory, abstrakcyjna tematyka, jakim był na przykład kot siedzący na tęczy. Rysunki stworzone rączkami dzieci z domu dziecka wzniesionego niedaleko świątyni będącej ich schronieniem.
To Guesh zaproponował im odwiedzanie sierot w wolnym czasie. Na początku zarówno jej jak i Seryi wydawało się to strasznie głupie. Ale jednak zgodziły się. I spędziły mnóstwo godzin z istotami o losie nie tak odmiennym od ich własnego.
Ku jej zdumieniu, było to… miłe doświadczenie.
Mimowolnie, chociaż wiedziała, że pustkę w życiu Seryi może wypełnić jedynie zemsta, a jej własny sens istnienia zaczynał się i kończył na siostrze, w jakiś sposób przywiązała się do tego pięknego, starego kościoła.
Dziwne uczucie... Perspektywa, że być może już nigdy nie ujrzy tego miejsca.
A jednak słowa Eris Vrumugun, prawej ręki Czerwonego Kapłana, były jednoznacznym rozkazem.
- Generał Elsevien zdradziła szeregi Ruelzhan. W związku z tym zostaje ona pozbawiona stanowiska generała. Wszyscy podkomendni przechodzą pod rozkazy Eris Vrumugun. Każdy dostanie odpowiednie koordynaty i ma się tam teleportować w ciągu najbliższych 24 godzin, a następnie czekać na kolejne rozkazy.
Oznaczało to jedno. Wreszcie przybliżali się do momentu, do którego zostali powołani wszyscy Ruelzhan.
Każde z nich składało przysięgę, której złamanie było tożsame ze śmiercią.
I taki los właśnie czekał Elsevien.
Ponoć Czerwony Kapłan miał przybyć osobiście do wiekowej świątyni, aby wymierzyć sprawiedliwość.
Aby dać przykład, co się stanie z tymi, co postanowią zdradzić najwyższą sprawę.
Eris zapewniła, że nikt nie zostanie ukarany za wykonywanie rozkazów Elsevien, które doprowadziły do znacznego uszczuplenia zbieranej od Equeshan energii.
Oznaczało to jedno. Po prostu w jakiś sposób upadek tego paskudnego zaklęcia pani Generał, sprzyjał planom Czerwonego Kapłana. Zamiast pokrzyżować plany, w jakiś sposób je przyśpieszył.
Ale to już dawno przestało mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie. Po prostu szła naprzód, tak długo, jak obok niej szła Serya.
Była jedną z ostatnich osób opuszczających świątynię. Ale miała jeszcze ostatnią rzecz do zrobienia.
- Cześć Guesh. - Ukucnęła przed nagrobkiem pełnym kwiatów i niedawno zapalonych wielokolorowych zniczy. Lubiła tę ludzką tradycję pamiętania o zmarłych. Przypominało jej to, że uczucia nawet najsłabszych z istot mają moc. Moc przekazywania pamięci o bliskich. Tak drobny gest był dowodem na to, że ktoś, kogo kochaliśmy, póki pamiętany, wciąż w jakiś sposób był obecny. - Chciałam ci powiedzieć, że odwiedzam cię chyba po raz ostatni. Nawet nie miałam czasu skombinować ostatniego znicza… Serya już się teleportowała na swoją pozycję. Tak jak wszyscy inni. Zostałam już tylko ja, bo chciałam ci o tym powiedzieć osobiście… Niedługo świat chyba odzyska sprawiedliwość. Ona powróci… Jak mi powiedziałeś wiele lat temu… Ja… Nie wiem, co nas czeka, gdy ona powróci… Ja… już chyba nie potrafię normalnie żyć, wiesz? Jak większość tutaj jesteśmy zagubieni… Ale ty, dałeś mi cel. Dałeś mi namiastkę życia. Jakoś tak zaczęłam to doceniać chyba dopiero dzisiaj. Po twojej śmierci. I jak sama muszę stąd odejść. Wiesz, że to wszystko przez Elsevien? Ona nie była w stanie cię zastąpić. Ba! Nawet nie próbowała. Robiła z nami, co chciała. A teraz zginie z rąk samego Czerwonego Kapłana. Jest to chyba jakaś sprawiedliwość… Szkoda, że ta cała sprawiedliwość nie potrafi zwrócić nam tych, których kochamy. Więc w sumie jaki to ma sens? Ech… z resztą nieważne. Już się sama plączę… Chyba po prostu chciałam ci powiedzieć… Dziękuję.
Odpowiedział jej jedynie delikatny powiew wiatru, który lekko zaczesał jej krótkie włosy do tyłu. Dziewczyna uśmiechnęła się, przełykając cisnące się w gardle łzy i schowała kosmyk włosów za ucho.
- Dziękuję, Guesh.
I zanim kolejny powiew wiatru ponownie zatrzepotał ognikami ze zniczy, dziewczyna zniknęła w strumieniu nurtów.
Pierwsze płatki śniegu opadły delikatnie na ciężką marmurową płytę, gdy wyłoniła się z energetycznego wiru towarzyszącego teleportacji.
Cmentarz. Groby. Znicze.
Poczucie winy, dotychczas przytłumione licznymi emocjonalnymi doświadczeniami, wróciło ze zdwojoną siłą.
Pewnie pogrzeb babci odbył się kilka dni temu… Ich sąsiadka, Sally McCrean, będąca dla niej i Luny w zasadzie przyszywaną ciocią, pewnie jako pierwsza odnalazła ciało pani Inverse. I pewnie zajęła się „wszystkim”.
W czasie, gdy rodzona wnuczka po prostu pozostawiła martwe ciało i rzuciła się na ratunek przyjaciołom z innego świata.
Nie mogła zrobić przecież nic innego - tłumaczyła samej sobie. Babci nie mogła już uratować. Natomiast żywi wciąż mogli skorzystać z jej pomocy.
Jeżeli wyjdzie z obecnej „misji” cało, uda się na grób babci - obiecała sobie w duchu.
Jeśli przetrwa też dodatkowo konfrontację z Zelgadisem.
Na samą myśl o potężnym magu przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz.
Może uda jej się załatwić sprawę z Elsevien, zanim skończy się spotkanie Najwyższej Rady Seyrun?
Zaśmiała się gorzko do własnych myśli, po czym westchnęła ciężko i otuliła się szczelniej ciepłym, szarym płaszczem, który dostała od Sylphiel.
Sylphiel.
I Luna.
To dla nich tutaj przybyła. Wszystko inne musiało poczekać.
Ze wzmocnionym postanowieniem, skierowała się zgodnie z instynktem w stronę ogromnego, majestatycznego kościoła.
Jak tylko przeszła przez wielkie, rzeźbione wrota, poczuła, że aktywuje się bariera.
Nie zdoła stąd wyjść, jeśli nie pokona tego, kto aktywował zaklęcie.
- Witaj, Lino Inverse. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię widzę.
Elsevien wyglądała dokładnie tak, jak w trakcie ich spotkania w jej koszmarze. Długie brązowe włosy zaplecione w gruby warkocz, opadający swobodnie na plecy. Elegancka, granatowa suknia podkreślająca wszelkie kobiece walory. I przenikliwe brązowe oczy utkwione w niej, pozornie pozbawione jakichkolwiek emocji.
- Nie wydaje ci się, że całe nasze życie jest jedynie wspomnieniem, poza tym pojedynczym momentem, który właśnie rozgrywa się przed twoimi oczami? - Jednym gestem dłoni przywołała drobny, złoty nurt, który posłusznie zaczął krążyć dookoła jej palców. Linie przypomniało się, że Philionel zrobił niemalże to samo w trakcie ich pierwszego spotkania. Philionel. Kolejny powód, dla którego warto było tu przybyć. - Tylko że ten moment jest tak ulotny, że zanim zdołasz go złapać, wymyka się z twoich dłoni i zamienia w kolejne wspomnienie…
- Już ci chyba mówiłam, że takie wyznania nadają się na kozetkę, a nie jako gadka szmatka - odparła chłodno Lina, patrząc jej prosto w oczy.
- Konkretna jak zawsze. A jednak moja „gadka szmatka” okazała się wystarczająca, abyś faktycznie przybyła tu sama. Niech zgadnę, nie wspomniałaś o naszym spotkaniu Zelgadisowi, prawda?
- A co to ma do rzeczy?
Kącik ust Elsevien lekko się uniósł.
- Wszystko. Gdybyś mu powiedziała, zrobiłby wszystko, aby cię powtrzymać. Ale skoro jednak przybyłaś, on również się tutaj pojawi.
Lina ponownie poczuła, że przechodzi ją zimny dreszcz, a dłonie stają się mokre. Nie pokazała jednak nic po sobie i zwróciła się do drugiej kobiety z całą nonszalancją, na jaką było ją stać.
- Skąd ta pewność? Produkowałaś się przecież długo i namiętnie, jak to dla niego najważniejszy jest porządek świata. I jak to świetnie go znasz.
- Oooch, czyżbym uderzyła w czułe tony? Jak to było? „Że nie rozumiem ludzi tak dobrze, jak mi się wydaje”? A może jednak rozumiem ich całkiem nieźle? Gwarantuję ci, że Zelgadis zjawi się tutaj lada chwila. Pytanie tylko, czy zdąży przed przybyciem Czerwonego Kapłana czy nie?
A więc Rezo faktycznie miał przybyć. To była bardzo niepokojąca informacja. Co było prawdziwym celem tej kobiety? Chciała wydać Czerwonemu Kapłanowi ją i Zelgadisa, aby uniknąć kary za zdradę? Zresztą dokładnie wyczyściła pamięć w Sali Teleportacji, Zelgadis nie miał skąd wziąć informacji o miejscu jej pobytu. A nawet jeśli… Będzie na nią wściekły. Zresztą czy naprawdę miałby ryzykować ponowne podejrzenia o współpracę z Ruelzhan? Miał dużo ważniejsze sprawy na głowie, jak na przykład utrzymanie bezpieczeństwa Varney.
Zacisnęła dłonie jeszcze mocniej.
Poradzi sobie sama. Nauczyła poruszać się po nurtach. Nie potrzebowała niczyjej pomocy.
- Wręcz uwielbiasz słuchać brzmienia własnego głosu, co nie? Może więc powiesz mi, coś, co mnie dla odmiany interesuje. Jak obudzić Sylphiel? I co wiesz o Lunie?
Elsevien przechyliła głowę na bok, a na jej twarzy pojawił się złośliwy uśmiech.
- Pewnie. Jak zasłużysz. Pokaż mi, dziewczynko, jak zaplanowałaś skłonić mnie do mówienia?
Lina zmrużyła niebezpiecznie oczy i jednym gestem przywołała zaklęcie.
- Fire Ball!
Ogromna ognista kula poleciała w stronę przeciwniczki z zawrotną prędkością.
Lina z satysfakcją stwierdziła, że jej przeciwniczka nie miała czasu odpysknąć, tylko musiała zrobić natychmiastowy unik.
Zanim jej stopy dotknęły ziemi, Elsevien wykonała energiczny gest dłonią.
W jednej chwili całe pomieszczenie wypełniło się metalowymi łańcuchami zakończonymi ostrymi ostrzami.
Lina nie mrugnąwszy okiem, odskoczyła i otoczyła się idealną bańką ognistej, destrukcyjnej energii.
Kilka z ostrzy natychmiast uderzyło o barierę mocnym impetem.
Czarodziejka szybko zrozumiała istotę wrogiej broni. Zimny metal był wypełniony niszczycielską, surową energią.
Która błyskawicznie zaczęła rozpraszać jej barierę.
Lina nie marnowała czasu na walkę mocy. Cofnęła barierę i całą energię przekuła w grad ognistych strzał.
Jeszcze trochę. Przesuń się tam babsztylu…
- Flare Arrow!
Rozległ się głośny trzask, gdy część strzał sparowała uderzenia łańcuchów.
Swąd spalenizny wypełnił powietrze, gdy pozostałe strzały z zawrotną prędkością pomknęły w stronę Elsevien.
Kobieta bez wysiłku zrobiła serię uników, lądując na miejscu, gdzie wcześniej uderzył pierwszy Fire Ball Liny.
Widząc to czarodziejka uśmiechnęła się triumfalnie.
- Break!
Pojedyncza ognista strzała musnęła Elsevien w ramię.
Udało się! Wszystko zgodnie z planem!
Zakładała, że Elsevien musi być znacznie osłabiona po rozbiciu zaklęcia tożsamości.
I miała rację. Ruchy przeciwniczki były wciąż bezlitosne i zabójczo precyzyjne, ale Lina mogła za nimi nadążyć w przeciwieństwie do ich ostatniego „spotkania”.
Potrzebowała jednej chwili nieuwagi Elsevien.
I właśnie to się stało!
Chwila radości kosztowała czarodziejkę utratę koncentracji na ułamek sekundy.
O ułamek sekundy za długo.
Metalowe łańcuchy błyskawicznie wbiły się w jej nadgarstki, skutecznie ją unieruchamiając. Niezrażona tym faktem Lina uśmiechnęła się z satysfakcją, wpatrując się we wściekłą Elsevien.
- Co mi zrobiłaś? - spytała kobieta, stając tuż przed nią. Po raz pierwszy w trakcie tego spotkania, zrywając maskę obojętności.
- Mówiąc krótko, wstrzyknęłam ci surową magię chaosu. Obecnie zaczyna krążyć po twoim nurcie wewnętrznym.
- Wstrzyknięcie surowej magii chaosu? To… niemożliwe.
Lina parsknęła, po raz kolejny słysząc to tak śmiesznie brzmiące określenie w ustach ludzi parających się magią.
- Magia chaosu krąży po moim wewnętrznym nurcie od czasu burzy czasoprzestrzennej. - Jaką to sprawiało jej satysfakcję! Pouczać taką pindę, jak działa magia. - W takim stadium jest to ponoć nieszkodliwe. Dopóki nurty chaosu nie przenikną do otoczenia i nie będą pobudzane przez jakąś siłę z zewnątrz. Założyłam, że powinna być możliwa ekstrakcja pojedynczej nici nurtu chaosu i zamknięcie jej w moim płomieniu. I że dzięki mojemu płomieniowi byłabym w stanie nią w jakiś sposób sterować. Udało mi się to praktyce dopiero po wyjściu z twojej wspaniałej pułapki. To rycie bani dosyć wzmocniło moją świadomość magiczną. W sumie powinnam ci podziękować. Teraz ten drobny nurt chaosu zatruwa twój nurt wewnętrzny. Powiedz mi z ciekawości. Jak to jest być wreszcie obiektem eksperymentu? - zakończyła swój wykład z soczystą złośliwością w głosie.
Na twarzy Elsevien pojawił się grymas bólu, a jej nogi zaczęły się trząść. Sekundę później upadła na kolana i spojrzała się na Linę ze wściekłością.
- Cofnij to.
- Jak odpowiesz na moje pytania - odparła grobowym tonem czarodziejka, chociaż łańcuchy wbiły się w jej nadgarstki jeszcze mocniej. - Co zrobiłaś Sylphiel? Co wiesz o Lunie?
Obie kobiety wpatrywały się w siebie nienawistnym spojrzeniem przez dłuższą chwilę, po czym na twarzy Elsevien pojawił się paskudny, sztuczny uśmiech.
- Rozbiłam jej wewnętrzny nurt. Na drobne kawałeczki. To była kara za to, że przez chwilę wydawało się jej, że może się ze mną równać. A w zasadzie to twoja wina. To przez ciebie w to uwierzyła.
Lina poczuła, że wyrwa w jej sercu poszerza się w niesamowicie bolesny sposób.
- Sylphiel wciąż żyje. Oddycha, jej serce bije. Pomimo pozornie rozbitego nurtu wewnętrznego.
Elsevien pomimo widocznego na jej twarzy bólu, nie była w stanie ukryć autentycznego zdziwienia.
- To ciekawe…
- Ciekawe?! - Lina nie była w stanie stłumić wzburzenia. Pieprzona sucz!
- Może jest wciąż dla niej szansa. Jednak nie znajdziecie pomocy w Seyrun. Może… Bardzo może… mogliby jej pomóc Episti. - Elsevien zmrużyła oczy, po czym uśmiechnęła się półgębkiem. - No proszę, co za uparta koza z tej Sylphiel.
Episti. Znowu Episti? Odczuła na własnej skórze, jak bardzo niebezpieczne są układy z tą rasą. Szybko odgoniła negatywne skojarzenia. Zawsze to była jakaś szansa! Nie przybyła tutaj całkiem na próżno.
- Po prostu Sylphiel jest silna.
- Widzę, że wciąż nie doceniasz swojego wpływu na ludzi.
- Widzę, że wciąż go przeceniasz.
- Nie interesuje cię odpowiedź na twoje drugie pytanie?
- Czyżby nurcik chaosu dawał ci się we znaki? - zauważyła Lina złośliwie.
- Nie uwierzyłabym, że to możliwe, gdybym sama tego właśnie nie czuła. Ta zdolność jest powodem, dla którego Rezo tak się tobą interesuje. Tobą i twoją siostrą. Można powiedzieć… - Ostanie zdanie zostało efektownie przeciągnięte. - Że twoja siostra zajęła twoje miejsce.
Linie coś ponownie się nieprzyjemnie skręciło w żołądku. Mięśnie żuchwy zauważalnie się napięły.
- Co? Coś, co właśnie odkryłam, że umiem? To niedorzeczne.
- Nikt poza potomkami Smoków i Mazoku nie ma zdolności do manipulowania nurtami chaosu. A nie podlega wątpliwości, że jesteś człowiekiem. Po twoim pierwszym starciu z Freną i Seryą, Serya dostarczyła Rezo twoje echo magiczne. Potem zmieniły się rozkazy i zamiast zabicia cię, Ruelzhan mieli cię schwytać. Po spotkaniu cię sama mogę to potwierdzić. Głęboko w twoim wnętrzu tkwi echo zaklęcia magii tożsamości. Niezwykle potężnego. Zakładam, że to samo Rezo znalazł we wnętrzu twojej siostry.
Lina na moment zaniemówiła. Nie miała żadnej pewności, że chociaż jedno słowo Elsevien jest prawdą.
- Ale to wszystko będziesz mogła już za moment przedyskutować z samym Rezo. Czujesz to? Czerwony Kapłan nadchodzi.
Jak tylko Elsevien skończyła wypowiadać te słowa, odczuła to natychmiast.
Bariera nałożona na kościół przez Elsevien w ułamku sekundy rozpadła się w drobny mak.
Całe pomieszczeniu w okamgnieniu wypełniło się duszącą aurą Czerwonego Kapłana.
Jak on przybył tutaj tak szybko?
Jego moc była gęsta niczym smoła oklejająca skrzydła motyla.
Nie było możliwości ucieczki.
Świat powoli zaczął jej wirować przed oczami.
Ściskające jej nadgarstki łańcuchy zostały przecięte jednym ciosem miecza.
Zaraz… zaraz. Miecz?
Czy ta aura nie była jednak trochę znajoma?
Zanim straciła przytomność, poczuła, że upada w dobrze jej znane ciepłe ramiona.
***
Elsevien patrzyła oniemiała, jak odziany cały na szaro mężczyzna łapie tuż przed upadkiem na ziemię nieprzytomną czarodziejkę.
- Zelgadis? Jak to…? Jak ty… Gdzie jest Rezo?
Z rudowłosą dziewczyną na rękach stanął wyprostowany i obdarzył ją zimnym spojrzeniem szafirowych oczu.
- Nie tylko ty potrafisz skorzystać z cudzego echa magicznego. Pół życia spędziłem w jego obecności. Widzę, że bardzo dobrze to podziałało, aby uśpić twoją czujność.
Na początku była w stanie tylko tępo się na niego patrzeć. Pomógł nieco fakt, że jak Lina Inverse straciła przytomność, nurt chaosu przestał sprawiać jej ból, przez co łatwiej było skupić się na własnych myślach. Podniosła się z godnością i stanęła naprzeciwko niego.
- A jednak przybyłeś.
- Po co ta cała szopka, Elsie?
- Za moment naprawdę przybędzie Rezo, aby mnie zgładzić. Chciałam się z tobą zobaczyć po raz ostatni. Wykorzystanie do tego celu Liny Inverse nadawało się do tego wręcz idealnie.
Jego twarz pozostała niewzruszoną maską.
- To brzmi jak kiepski żart. Jak ostatnio się widzieliśmy, twój przekaz był bardzo jasny: znajdziesz się w mojej obecności tylko wtedy, jak będziesz miała pewność, że będziesz mogła mnie zabić.
Elsevien przyjęła to z absolutnym spokojem.
- To wszystko jest prawdą, Zelgadisie. Gdybyście nie zniszczyli mojego zaklęcia, zaabsorbowałabym moc całego Varney i byłabym w stanie cię zgładzić. Wiesz, ludzkie emocje potrafią być naprawdę skomplikowane. Nienawidzę cię ze wszystkich sił. I jednocześnie… - Jej głos i spojrzenie stały się łagodniejsze. - …nigdy nie przestałam cię kochać.
- Kochać? - Mag parsknął śmiechem, chociaż nie zmieniło to ani trochę mrożącego zimna, którym emanował. - Czy ty znasz znaczenie tego słowa? Zawsze żyłaś w ułudzie, do której nigdy nikogo nie dopuściłaś. A na pewno nie mnie. Potrzebowałaś tylko mojej mocy. A jak się okazało, że nie jesteś w stanie jej wykorzystać do swoich celów, po prostu zniknęłaś.
- Zawsze było dla ciebie coś ważniejszego ode mnie. - Jej ton przestawał być opanowany. Pretensje, żal kumulowany przez lata powoli znajdywał swoje ujście. - Żadna kobieta nie wytrzyma w takiej relacji. I ta, którą właśnie trzymasz w ramionach nie jest wyjątkiem. Ale… ty… Zmieniłeś się, Zelgadisie. Ty, którego znałam, nigdy by nie pomógł w łamaniu mojego zaklęcia. Nie wtedy, kiedy miałeś pełną świadomość, że spowoduje to wylanie się magii chaosu na cały wymiar i nieodwracalne złamanie Równowagi w Varney. - W jej głosie pojawiła się trudna do nazwania mieszanka smutku i melancholii. - To jej zasługa, prawda?
Na twarzy Zelgadisa nie drgnął nawet jeden mięsień.
- Być może. A może po prostu nigdy nie znałaś mnie tak dobrze, jak ci się wydawało.
- Wątpię. Ale dam ci jedną radę. Powiedz jej dokładnie, co do niej czujesz. Pod kątem potencjału magicznego jest prawie takim samym monstrum jak ty. Wiesz, że wstrzyknęła mi kontrolowany nurt chaosu? Ta dziewczyna jest genialna… Ale w sprawie uczuć wyjątkowo nieporadna. Im szybciej to zrobisz, tym lepiej. Nie chciałbyś jej stracić, prawda?
W jego oczach wreszcie pojawiła się jakaś emocja. Oczywiście, na wspomnienie Liny Inverse… Szybko jednak powrócił chłód i beznamiętny ton.
- Chyba powinnaś bardziej martwić się o siebie. On nadchodzi. Żegnaj, Elsie.
Odwrócił się od niej, nieco szeleszcząc szarą peleryną. I zniknął, tak jak ona zniknęła z jego życia wiele lat wcześniej.
Skrywany od lat głęboko w jej wnętrzu ból rozlał boleśnie po jej istnieniu.
- Żegnaj, Zelgadisie.
Przy akompaniamencie ciszy wypełnionej gęstym napięciem oczekiwania na to, co nieuchronne, przed jej oczami zaczęły się pojawiać dawno zakopane wspomnienia.
Ona i on. Dawno temu…
Dwa strumienie mocy, metaliczno-szary i zielony spotkały się tuż pod horyzontem. Oba potężne, o niesamowitej gęstości mocy. Jednak jak tylko delikatnie się musnęły, zieleń natychmiast zdominowała szary, rozszarpując go na energetyczne strzępki.
- Czemu?! Czemu się nie udaje?! Nie możesz bardziej ograniczyć swojej mocy?!
- Elsie... Robię, co mogę. To najmniejsza wiązka, jaką jestem w stanie wydobyć.
Pomiędzy ciężkimi oddechami rozległo się pełne wściekłości warknięcie.
- Elsie, czemu tak ci zależy na osiągnięciu Rezonansu?
- A co to ma do rzeczy?!
- Chodzi o badania twojego ojca? - spytał z pewnym smutkiem w oczach Zelgadis. - Że jak osiągniesz Rezonans z wnukiem jednego z Pięciu Mędrców, jego badania zostaną wreszcie zaakceptowane?
- Oczywiście, że nie... - zaprzeczała trochę mało przekonująco. - Wiem, że mogę to zrobić. Po prostu... Chcę osiągnąć pełnię swojego potencjału...
- Chyba nie do końca o to chodzi w Rezonansie.
- A ty to niby skąd wiesz?!
Zelgadis wzruszył tylko ramionami.
- Tak mi się po prostu wydaje, że dwie osoby naprawdę muszą czuć porozumienie.
- Czyli to ja jestem twoim zdaniem winna? Nie mój poziom mocy?
- Chcę tylko powiedzieć, że to kwestia wielu czynników. A jeśli to kwestia mocy... Naprawdę, lepiej nie mieć takiej mocy, jak moja. - Oczy kilkunastoletniego chłopaka widocznie przygasły.
- To twój punkt widzenia. Spróbujmy jeszcze raz.
- To nie jest dobry pomysł. Jesteś wyczerpana.
- Zelgadisie, proszę.
Ciężkie wetchnięcie. Smutek w oczach. Rezygnacja.
- Dobrze.
Potężne drgania kościoła błyskawicznie wytrąciły ją z zadumy.
On nadchodził. Tym razem naprawdę on. Nie jego wnuk. Nie kopia. Czerwony Kapłan we własnej osobie.
Czysta, surowa moc, od której robiło się aż niedobrze.
Wierzch jej dłoni zaczął się mienić jasnym, czerwonym światłem. Miejsce złożenia przysięgi krwi. Dzięki której Rezo zawsze wiedział, gdzie przebywają jego zwolennicy. Dzięki której mógł odciąć swojego podkomendnego od nurtów teleportacji. Bądź przyszpilić jego obecność do danej lokalizacji.
Czerwony Kapłan nigdy nie ingerował w działania swoich generałów. Cały rytuał miał jeden cel.
Wytropić i ukarać zdrajcę.
Gdy jego znajoma sylwetka zaczęła się formować w odległości kilku metrów od niej, przybliżyła się do ściany i lekko się chwiejąc, oparła się o nią.
Nigdy wcześniej nie myślała o własnej śmierci. Całe życie poświęciła zemście. Nie poświęcała wiele czasu rozważaniom „o tym, co potem”.
Przed oczami stanął jej ubrany na szaro mężczyzna, mocno przyciskający do siebie nieprzytomną rudowłosą dziewczynę.
Zupełnie niespodziewanie spadła na nią miażdżąca, dusząca świadomość.
To mogłaby być ona…
I zaraz potem otoczyły tę myśl wątpliwości.
Czy aby na pewno?
Musiałaby zrezygnować z zemsty. Zostawić w strumieniu niepamięci tragiczną historię człowieka, którego kochała najbardziej na świecie - swojego ojca.
Uśmiechnęła się smutno do siebie. Jaką była hipokrytką. Wymagała od Zelgadisa tego, czego sama nie była w stanie mu dać.
Koła zębate przeznaczenia wyznaczały dla niej tylko jedną drogę.
Której koniec przybrał postać wysokiego mężczyzny odzianego w ceremonialne czerwone szaty o wiecznie zamkniętych oczach.
- Witaj, Elsie.
- Witaj, Czerwony Kapłanie.
- Czy jesteś gotowa?
- Tak.
- Jakieś ostanie słowa?
- Nie zapytasz mnie o swojego wnuka i Linę Inverse, którzy dosłownie się z tobą minęli?
- Nie ma takiej potrzeby. Lina Inverse przyjdzie do mnie i tak i tak. A za nią ślepo podąży mój wnuk. Widzę krążący w twoim wnętrzu sterowany nurt chaosu. Dobrze, bardzo dobrze. Wszystko idzie zgodnie z moimi oczekiwaniami. Czy coś jeszcze?
- Nie zapytasz się, czemu zdradziłam?
- Dobrze wiem i rozumiem, czemu zdradziłaś. Zawsze miałem nadzieję, że będziesz w stanie spojrzeć w drugą stronę. Że będziesz w stanie pokonać targającą tobą nienawiść i przekierować ja we właściwą stronę. Niestety, myliłem się.
- To czemu, wobec tego mianowałeś mnie zastępcą Guesha? Po co ryzykowałeś?
- Bo wciąż jestem tylko człowiekiem, owszem znacznie mądrzejszym od większości, ale wciąż tylko człowiekiem, Elsie. Chciałem wierzyć. Czy to wszystko, co chciałaś wiedzieć?
Odsunęła się od ściany i wyprostowała się dumnie.
- Rób swoje, Rezo.
Wąska strużka czerwonej mocy w ułamku sekundy przedziurawiła jej serce.
Świat na chwilę zwolnił swój bieg.
Barwy rzeczywistości zaczęły blaknąć. W ustach poczuła metaliczny posmak krwi.
Wydawało się, że jakaś znajoma sylwetka w oddali macha jej na przywitanie.
- Ta…to…?
Oczy kobiety straciły swój blask, zanim upadła na podłogę.
Czerwony Kapłan stał przez dłuższą chwilę, pogrążając się w niemej zadumie.
- Żegnaj, Elsie.
Ostatnie 5 Komentarzy
Brak komentarzy.
















