Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

Rezonans

Zatarte granice

Autor:Rinsey
Serie:Slayers
Gatunki:Akcja, Dramat, Fantasy, Przygodowe, Romans
Uwagi:Utwór niedokończony, Alternatywna rzeczywistość
Dodany:2026-07-19 12:13:17
Aktualizowany:2026-07-19 12:13:17


Poprzedni rozdział

Kopiowanie całości lub fragmentów przez osoby trzecie bez zgody autorki jest zakazane.


Rozdział 26

Zatarte granice

Powoli odzyskiwała przytomność. Czuła, że znajome dłonie delikatnie kładą ją na łóżko. Niewiele myśląc, otworzyła oczy. Gdy napotkała szafirowe spojrzenie przepełnione intensywną mieszanką ulgi z ewidentną wściekłością, w jednej chwili spadła na nią cała świadomość sytuacji, w jakiej była i zaczęła żałować, że nie udała, że śpi.

- Wrócę za jakieś pół godziny. W głębszej części skrzydła znajdziesz łazienkę i małą kuchnię, jeśli potrzebujesz. Jak wrócę, porozmawiamy - zakończył tonem nie znoszącym sprzeciwu, mierząc Linę wzrokiem pełnym wściekłości i zniknął.

Czarodziejka dopiero wtedy odetchnęła głębiej.

Czyli ta energia to nie był Rezo... To dziwnie znajome uczucie to był Zelgadis...

Przyszedł po nią.

Westchnęła ciężko. Nie była gotowa na żadną rozmowę... Była wykończona. Pod każdym możliwym względem. Wstała i wyszła z sypialni, idąc długim korytarzem, prowadzącym do drzwi wyjściowych. Jednak, gdy nacisnęła klamkę, napotkała opór.

Ponowiła nacisk i pchnięcie.

Znowu bezskutecznie.

Powoli do niej doszło, że Zelgadis musiał nałożyć na drzwi barierę.

Spróbowała zanurzyć się w strukturę zaklęcia.

Niemalże natychmiast ją odrzuciło.

Sięgnęła do głębi magicznej świadomości, aby wykonać pierwszy krok magii teleportacyjnej.

Tylko po to, aby napotkać ziemną blokadę.

Zaczęła się trząść ze złości.

On… zablokował jej zdolność do teleportacji.

Nie miał prawa!

Czy aby na pewno? - spytał cichy, irytujący głos w jej głowie.

Zignorowała go zupełnie i wróciła do skazanej na porażkę próby przełamania bariery ziemi.

***


Gdy Zelgadis zmaterializował się na środku korytarza dokładnie pół godziny później, uparcie opierała się o ścianę obok drzwi wyjściowych.

- Otwórz te drzwi.

- Jak porozmawiamy.

- Nie mam siły na żadną rozmowę! Otwórz te jebane drzwi!

- Nie.

- Nie masz prawa!

- Nie? - Zrobił kilka kroków w jej stronę. Lina natychmiast zaczęła się cofać, dopóki jej plecy nie wbiły się w zimny, niewzruszony mur. Oparł obie dłonie na ścianie tuż obok jej ramion. Jego twarz unosiła się w odległości kilku centymetrów od niej. - Ostrzegałem cię. Że ja również mogę grać tak jak ty. - Jego głos brzmiał pozornie bardzo spokojnie. Jednak pod tą kruchą powierzchnią szalała złość i frustracja. - Dlaczego to zrobiłaś, Lina?

Nie potrafiła, nie chciała… odpowiadać na to pytanie. Musiałaby wtedy obnażyć zbyt wiele, a to w obecnej chwili paraliżowało ją dojmującym strachem.

Strachem?

Prawie bez zastanowienia rzuciła się w pułapkę tamtej wiedźmy, a bała się odpowiedzieć na proste pytanie?

Co się z nią działo?

Wciąż czuła też złość. Śmierć babci, porwanie Luny, wiszące na włosku życie Sylphiel.

To było dużo.

A rozmowa z Elsevien w jakiś sposób sprawiła, że tama emocjonalna w jej wnętrzu zaczęła się kruszyć.

Była na siebie wściekła.

Że okazała słabość. Że słowa tego babsztyla o nim całkowicie rozwaliły wydającą się wcześniej być dosyć stabilną strukturę emocjonalną.

I właśnie tę wściekłość postanowiła przekuć w oręż.

Aby obronić swoją dumę.

- A czy to nie jest oczywiste?! Moja siostra została porwana! Sylphiel jest w stanie, w jakim jest! To chyba oczywiste, że musiałam z tym coś zrobić!

- To mogę mniej więcej zrozumieć. Ale czemu nie przyszłaś najpierw do mnie?

Natychmiast zamilkła.

- Co ci powiedziała Elsevien?

- To… nie ma nic do rzeczy.

- To ma do rzeczy wszystko. - Jego spojrzenie stało się jeszcze bardziej intensywne. - Od tego spotkania trzymasz mnie na dystans, odwalasz nieodpowiedzialne akcje, a nasz Rezonans zaczął słabnąć.

Zakuło. Mocno. Więc nic dziwnego, że pierwsza obrona, jaka przyszła jej do głowy, była bardzo niskim ciosem, prawda?

- Och, to cię najbardziej w tym boli? Nasz Rezonans? Przepraszam najmocniej, że nie sprawdzam się jako partnerka Szarego Wilka.

Na efekt nie trzeba było długo czekać. Jego ramiona mocno się spięły, mięśnie szczęki zacisnęły się intensywnie, w oczach pojawił się grom.

- Czy ty słyszysz samą siebie?! - Walnął rękami o ścianę tak, że Lina lekko podskoczyła. - Chyba już nawet sama nie zdajesz sobie sprawy z pierdół, jakie wypowiadasz!

Wiedziała, że przekroczyła pewną granicę, jednak mogła tylko milczeć, uparcie odmawiając spojrzenia mu w oczy.

- Lina…

Wciąż milczenie.

Jego dłonie zacisnęły się w pięści, po czym opadły bezwładnie. Po dłuższej chwili rozległo się ciężkie westchnięcie.

- Jak będziesz gotowa do kontynuowania tej rozmowy, będę w części gabinetowej - powiedział zmęczonym głosem, po czym zostawił ją samą w korytarzu.


***


Raz jeszcze próbowała przełamać jego barierę roztoczoną na terenie całego skrzydła należącego do ziemnego Equeshan. Oczywiście, bezskutecznie. Przeklęła w myślach Zelgadisa raz jeszcze. Mężczyzna dotrzymywał słowa. Nie zamierzał jej wypuścić bez dokończenia ich „rozmowy”. Czemu on był taki uparty?!

A jaka niby ty jesteś? - dopowiedział irytujący głos rozsądku w jej głowie.

Uparta.

I tchórzliwa.

Naprawdę zgadzasz się na bycie tak żałosnym tchórzem, Lino Inverse?

Umysł przywołał jego obraz.

W szafirowych oczach, które widziały tak wiele.

Ból. Zranienie.

Przez nią.

Westchnęła ciężko i objęła się ramionami, zastygając w tej pozie na dłuższą chwilę.

Po czym wzięła głęboki wdech i wykonała krok w kierunku części gabinetowej.


***


- Dowiedziałam się, że być może Sylphiel mogliby pomóc Episti. I że moja siostra zajęła moje miejsce. Nie wiem, co Rezo jej właśnie robi. Naprawdę każesz mi siedzieć na dupie i nic nie robić? - odezwała się, jak tylko stanęła w progu gabinetu.

Nawet nie oderwał wzroku od kartki papieru, którą właśnie zapisywał pięknym równym pismem.

- Nie zostawimy Luny samej. Obiecuję ci to. Ale nic nie zrobisz w obecnym stanie. Jesteś wyczerpana i psychicznie i pod kątem mocy. Przestajesz podejmować racjonalne decyzje. Ja zresztą jestem w niewiele lepszym stanie. Na pewno nie pozwolę też nikomu ryzykować nieprzemyślanego kontraktu magicznego z Episti w obecnej sytuacji.

- Ale…

- Dopóki oboje naprawdę nie odzyskamy sił, nie zamierzam wracać do tematu. Czy masz jeszcze jakieś pytania?

Lina milczała przez moment, po czym mocno zacisnęła lewą dłoń na prawym przedramieniu.

- Czemu mi nie powiedziałeś, że byliście z Elsevien razem?

Powiedziała to. Wreszcie udało jej się wyrazić pytanie ciążące głęboko na dnie serca.

Zelgadis wreszcie uniósł głowę znad stosu książek i porozwalanych w nieładzie licznych kartek.

- Działy się istotniejsze rzeczy…

- Istotniejsze niż wspomnieć mi, że twoja była jest jednym z naszych wrogów? Jak na ciebie Zel, to wyjątkowo słaba wymówka.

Odezwał się po dłuższej chwili ciszy.

- Masz rację... Co wobec tego jeszcze chciałabyś wiedzieć?

- Czy… ja jestem tylko pocieszeniem po niej?

To zdanie uciekło z jej ust o wiele za szybko, w zbyt dosadnej formie. Sama się przeraziła, że faktycznie wypowiedziała to na głos.

Zelgadis na moment zastygł w bezruchu.

- Lina, co ona ci takiego nagadała?

- Możesz odpowiedzieć na moje pytanie?

Mężczyzna przyjrzał jej się uważnie, studiując jej zamkniętą postawę: ręce złożone na klatce piersiowej, głowa odchylona w lewą stronę, dłonie nerwowo zaciśnięte na ramionach.

- Przyjdziesz do mnie?

- Jest mi dobrze tu, gdzie stoję.

- Lina… proszę.

Sposób, w jaki wypowiedział jej imię, sprawiło, że jej upór zaczął powoli topnieć. Ostrożnie podeszła i stanęła tuż przed nim, nie do końca wiedząc, czego ma się spodziewać.

Zelgadis wstał z krzesła, po czym delikatnie objął ją w pasie i przyciągnął do siebie. Serce Liny zabiło szybciej, gdy zaczął się bawić jej długimi, rudymi kosmykami.

- Ty, pocieszeniem? - Jego głos był cichy, jakby nie chciał, aby ktokolwiek poza nią usłyszał wypowiadane przez niego słowa. - Gdy myślałem, że nie żyjesz, prawie odszedłem od zmysłów. Gdy coś ci się dzieje, zaczynam zupełnie tracić głowę… Jesteś… Stałaś się… Nigdy mi tak na nikim nie zależało jak na tobie… Czy to odpowiada na twoje pytanie?

Obserwowała samą siebie, jak po jej wnętrzu rozlewa się fala ciepła i radości. Bolesna wątpliwość, chwilę wcześniej ściskająca jej żołądek, rozluźniła swój chwyt.

- Tak… - odparła zawstydzona, jej policzki oblały się rumieńcem. - Ale chcę usłyszeć więcej o Elsevien od ciebie. Mam w głowie jej słowa. I… to nie jest dla mnie łatwe.

- Jeśli tego potrzebujesz... Powiem ci wszystko, co będziesz chciała. Ale. Najpierw musimy ustalić nowe zasady, Lina. Nasza relacja nie może wyglądać tak, jak dotychczas.

- Czyli? - spytała podejrzliwie.

- Musisz ze mną rozmawiać. Nie tak, że zamykasz się w sobie i produkujesz wnioski niezgodne z prawdą, a potem się ode mnie oddalasz.

- Musiałam to przemyśleć, Zel. Nie czułam się gotowa na rozmowę o niej...

- Ale byłaś gotowa odwalić takie akcje, jak dzisiaj? To emocjonalna manipulantka, dodatkowo mistrzyni magii tożsamości. Ona dokładnie tak działa. Dokładnie wie, co powiedzieć, aby osiągnąć swój cel. To wróg działający na innej płaszczyźnie niż Guesh i Rezo.

- To czemu mi wcześniej o niej nie opowiedziałeś? Byłabym bardziej przygotowana na to spotkanie. Jak to ująłeś przed chwilą? „Działy się istotniejsze rzeczy.”

Mag otworzył usta, po czym ponownie je zamknął.

- Chyba… bałem się, jak zareagujesz…

- Bo wciąż ci na niej w jakiś sposób zależy?

- Skąd ci to przyszło do głowy?

W oczach Liny po raz pierwszy pojawił się tak wyraźnie ból. I strach.

- I ty i cała reszta. Wszyscy wiedzieli, rzucali głupimi półsłówkami. I nikt mi nic nie powiedział. To wszystko prowadziło do tego, że nawiedzały mnie nieprzyjemne skojarzenia i myśli…

- Całkowicie błędne. Owszem, Elsevien była pierwsza kobietą, z którą byłem w związku. Byłem wtedy młodym, naiwnym chłopakiem. Niewątpliwie w jakiś sposób mnie ukształtowała w sposób inny niż Rezo czy Rodimus. Ale dla mnie to przeszłość. Absolutnie zamknięty rozdział.

Minęło bardzo dużo czasu, zanim wypowiedziała słabym, umęczonym głosem:

- Boję się tego. Tego okropnie ciężkiego uczucia, które mnie ogarnia, jak tylko przypomni mi się, jak ona o tobie mówiła. Jak dobrze cię zna…

- Lina Inverse… jest zazdrosna? - Na twarzy i w tonie Zelgadisa pojawiła się nuta rozbawienia.

- Przestań sobie z tego żartować! Z trudem w ogóle mówię ci cokolwiek na ten temat…

Mag przyciągnął ją do siebie jeszcze bliżej, wzmacniając chwyt na jej talii. Gestem dłoni uniósł jej podbródek, aby spojrzała mu prosto w oczy.

- Przepraszam. Po prostu… To zabrzmiało, jakbym też był dla ciebie chociaż trochę ważny. - Uśmiechnął się odrobinę… łobuzersko?

W jednej chwili trochę zaczął przypominać swoją wersję z tamtego świata z pogranicza koszmaru i głęboko ukrytych marzeń. Wolny od brzemienia odpowiedzialności i przeszłości. Z wolnością wyboru, gdzie naprawdę chciał być.

Czarodziejka poczuła, jak się cała rumieni.

- Robisz to specjalnie. Wiesz, jaka jestem kiepska w tych sprawach.

- No… jesteś. Dlatego cieszy mnie chociaż to.

Wiedziała, że zasługiwała na te słowa, ale i tak miała ochotę rzucać kulami ognia ze wstydu. Miał jednak rację. Lina, weź się w garść, do cholery!

- Też jesteś dla mnie bardzo ważny, Zel. Ja od początku się po prostu bałam. Zrzuciłam trochę na Rezonans… Bo to było chyba… łatwiejsze… Bałam się… Wciąż się boję, bo to czuję do ciebie czasem… jest takie… obezwładniające…

Zelgadis nagle głośno się roześmiał.

- Ej, nie zachowuj się jak dupek! - Walnęła go lekko w klatkę piersiową. Jednak nawet zaczerwieniona i sfrustrowana poczuła, że irytacja szybko jej przechodzi.

Nigdy nie słyszała, aby mag ziemi śmiał się tak serdecznie.

Jak tylko przestał, przejechał palcem po jej policzku i ponownie spojrzał jej w oczy.

Świat się zatrzymał.

Ich twarze zaczęły się do siebie powoli zbliżać, a ich usta się spotkały.

Pierwszy pocałunek był delikatny. Dosłownie muśnięcie ust o usta.

Nieme pytanie: czy naprawdę tutaj jesteś?

Potem wycofanie, niewypowiedziane czekanie na odpowiedź. Wystarczył przyśpieszony oddech u obojga, aby Zelgadis stał się odważniejszy. Jego język wykorzystał jej lekko rozchylone usta, aby wejść głębiej. Przywitała go najpierw nieco nieśmiało, a po chwili sama zaczęła przyśpieszać narzucony przez niego rytm.

Był za daleko… Obiema rękami objęła go za szyję. On natychmiast się przybliżył jeszcze bardziej, chociaż wydawało się być to niemożliwe. Jedna dłoń powędrowała z jej talii i zagrzebała się w burzę rudych włosów na wysokości karku.

Więcej, bardziej, bliżej. Pożądanie przyjęło niecierpliwy, niedoskonały rytm, za którym płuca nie mogły nadążyć.

Na moment Zelgadis zastygł w bezruchu, aby pozwolić im obojgu nabrać oddechu i szepnął jej do ucha.

- Lina... Jak chcesz, abym przestał…

Spojrzała na chwilę w jego oczy. Te szafirowe oczy, które zwykle wyrażały tyle emocji i myśli, ciężar odpowiedzialności za całe Varney i Równowagę, teraz były skupione tylko na niej. Jakby tylko ona istniała na tym świecie.

Gdzieś z tyłu głowy odezwał się ten znienawidzony przez nią głos.

Myślałam, że znaczę dla niego naprawdę wiele…

On nigdy nie mówił o swoich uczuciach.

W łóżku był tak niesamowicie czuły…

Jak mogła być tak głupia i pozwolić, aby jej umysł ugiął się od ciężaru chociaż najmniejszej z wątpliwości?

- Nie, nie przestawaj - odparła, łapiąc jego usta w kolejnym pocałunku.

Mężczyzna niemalże natychmiast wziął ją na ręce i skierował ich oboje w stronę sypialni. Położył ją na łóżku, całując po raz kolejny.

Jedna dłoń z talii powędrowała na jej biodro, a druga powoli poruszała się w górę, w górę… Palce powoli zanurzały się w jej sylwetkę, niczym dłoń ślepca ucząca się na pamięć nowej twarzy. Oddech przyśpieszył.

Dłoń zatrzymała się dopiero z wahaniem pod jej biustem.

Kolejne nieme pytanie, klątwa niepewności.

Zdecydowanym ruchem ujęła jego dłoń w swoją i położyła ją na swojej piersi.

Tyle mu wystarczyło. Jego ruchy stały się pewne, chociaż wciąż pełne subtelności, gdy rozpinał jej bluzkę. Guzik po guziku, oddech za oddechem, każdy gest poprzedzony pocałunkiem.

Gdy zaczął ściągać swoją szarą tunikę, bez słowa mu zaczęła pomagać. Kiedy spojrzała w zasadzie po raz pierwszy na jego tors, nie mogła odwrócić wzroku. Mięsień na mięśniu wyrobiony przez lata treningu tworzyły pięknie wyrzeźbione ciało poprzecinane licznymi bliznami.

Wyciągnęła dłoń i dotknęła największej z nich, idącej przez środek brzucha.

Jakby po raz pierwszy sobie uświadomiła, że Zelgadis przy całej swojej potędze, wciąż był człowiekiem. Jemu też można było zadać śmiertelną ranę.

Jego wzrok złapał jej spojrzenie. Myśl wypowiedzianą jedynie wzrokiem.

Jego dłoń jakby w odpowiedzi zatrzymała się nad jej prawym bokiem.

Twarda, nieduża biaława blizna o nieregularnych brzegach.

Tylko dwie osoby o niej wiedziały. Luna i babcia.

Teraz już trzy.

Przez chwilę w jej umyśle pojawiła się obawa, czy nie uzna tego śladu jej przeszłości za coś szpetnego. Jednak on wciąż na nią patrzył, jakby w życiu liczyła się tylko ona... Widziała w jego oczach po prostu pytanie podobne do jej własnego.

W jednej chwili zapragnęła znaleźć się jeszcze bliżej niego.

Zelgadis zrobił coś całkowicie odmiennego.

Jego dłonie niesamowicie powoli zaczęły ściągać jej spodnie. Każdy wolny centymetr kwadratowy skóry masował opuszkami palców, zataczając niewielkie koła.

Jej oddech przyśpieszył. W dole poczuła przyjemne mrowienie. Zniecierpliwiona wyciągnęła dłoń, aby go do siebie przyciągnąć. Chciała, pragnęła poczuć go już. Zaraz. Natychmiast.

Złapał jej dłoń, lekko muskając ją ustami, po czym uśmiechnął się do niej łobuzersko. Znowu wyglądał po prostu jak zwyczajny chłopak bez całej odpowiedzialności Equeshan. Jak czasem wielka moc może stać się przekleństwem…

Jej myśli ponownie wróciły do tu i teraz, gdy Zelgadis ku jej zdziwieniu skierował jej dłoń do zagłowia łóżka. Zaskoczona poddała mu się bez słowa sprzeciwu.

Najpierw pocałował jej jedną pierś, rozpoczynając spiralę rozkoszy.

Ponownie poczuła się, jakby uczył się jej ciała na pamięć, zręcznie wypełniając palcami każdy dostępny zakamarek. Aż trafił do źródła, z którego rozchodziły się kolejne fale przyjemności. Jego palce weszły do środka, delikatnie muskając jej wnętrze. Powolny początkowo ruch, stawał się coraz szybszy i szybszy.

Jęknęła po raz pierwszy. I drugi. I kolejny. Serce biło coraz bardziej, zrównując się z nadanym rytmem. Rozkosz coraz bardziej wypełniała jej umysł. Aż wreszcie krzyknęła jego imię.

Było to wołanie, skarcenie, ponaglenie, żądanie.

Dopiero wtedy w nią wszedł. Bezgłośnie, odpowiadając z wzajemną niecierpliwością. I na moment stali się jednością.

Dwa serca, jeden oddech, dały początek strumieniowi.

Energia płynęła na początku powoli i nieśmiało, niczym początkujący tancerz.

Potem zaczął się stopniowy bieg, aby przejść w niepowstrzymany galop.

Ogień i ziemia. Ziemia i ogień.

Razem. Oddzielnie. Razem. Oddzielnie. Razem…

Sen objął dwa wyczerpane ciała złączone ze sobą w mocnym uścisku, a energia nie przestawała płynąć.

Rezonans ognia i ziemi powrócił.


***


Obudził ją irytująco jasny promień słońca. Gdy odruchowo chciała się przewrócić na drugi bok, napotkała niespodziewany opór. Nieco zdziwiona odwróciła lekko głowę i jej oczom ukazała się śpiąca twarz Zelgadisa. Sekundę zajęło jej przypomnienie sobie poprzedniego wieczoru i zdanie sobie sprawy, że właśnie leży przytulona do potężnego Strażnika, którego ręka mocno obejmowała ją w pasie…

Nie spodziewała się, że z każdym kolejnym uniesieniem ich moc zacznie coraz bardziej ze sobą rezonować. Ich nurty łączyły się w powolny i subtelny sposób, co stanowiło przeciwwagę do agresywnej namiętności dominującej minionej nocy. I po tym wszystkim mag spał z tak spokojnym wyrazem twarzy, którego nigdy u niego nie widziała. Już budziła się wcześniej u jego boku, ale zawsze witało ją czujne spojrzenie szafirowych oczu. Mistrz ziemi zawsze był skupiony, czekając na wszelkie oznaki mogące świadczyć o zbliżającym się niebezpieczeństwie, a w tym momencie wyglądał tak beztrosko...

Po chwili czarodziejka złapała się na tym, że wciąż się wpatruje w wojownika i szybko z powrotem odwróciła głowę.

- Przestań się wiercić - mruknął zaspanym głosem mag.

Uśmiechnęła się pod nosem.

- A od kiedy zrobił się z ciebie taki śpioch?

Mężczyzna odburknął coś niezrozumiałego i przyciągnął ją tak blisko siebie, że dziewczyna utraciła jakąkolwiek swobodę ruchu. No cóż, nie pozostawiało wątpliwości, że Zelgadis nie ma najmniejszego zamiaru opuszczać łóżka w najbliższym czasie, więc nie mając innego wyjścia, Lina ponownie położyła głowę na poduszce. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu poczuła przyjemne ciepło, zupełnie odmienne od zaklętego w niej płomienia, które rozkosznie rozchodziło się po całym jej wnętrzu. Uśmiechnęła się lekko. Mogłaby spędzić w taki sposób nawet cały dzień…

Na całą sypialnię rozległo się potężne burknięcie.

…gdyby nie fakt, że była szalenie głodna.

- To… był twój żołądek? - Usłyszała nagle zaskoczony głos Zelgadisa.

Policzki dziewczyny w jednej chwili pokryły się rumieńcem.

- No co… Wczoraj nie zdążyłam zjeść kolacji przez to… wszystko.

Nie zdołała powiedzieć już nic więcej, gdyż cały pokój wypełnił śmiech mistrza ziemi.


***


Zdążyła się już przyzwyczaić, że kuchnie w Eques były bardzo podobne do kuchni, które znała ze swojego starego świata. Jedyną różnicą było, że zamiast elektryczności były zasilane na nurty. Proste zaklęcie stabilizujące wystarczało, aby zbyt gwałtowne zmiany w przepływie energii, nie niszczyły sprzętów.

Jednak to, co ukazało się jej oczom, wciąż zrobiło na niej wrażenie. Kuchnia Zelgadisa okazała się być pomieszczeniem wielkości bardzo przyzwoitego salonu. Eleganckie, brązowe meble z białymi ornamentami sięgały samego sufitu. Na pięknym, szerokim blacie czekały noże przeróżnej wielkości tuż obok trzech plastikowych desek do krojenia. Najbardziej imponującym elementem okazała się ogromna lodówka. Lina otworzyła błyszczące, szare drzwi i zajrzała do środka. Była doskonale zaopatrzona. Tak doskonale, że wzbudziło to lekką irytację u płomiennej czarodziejki.

- Jakim cudem, masz tak dobrze wyposażoną kuchnię, w tym lodówkę większą od lodówki w kuchni wspólnej, skoro nie gotujesz? - odwróciła się do niego i obdarzyła go nieprzyjemnym spojrzeniem.

- A skąd wiesz, że nie gotuję? - kąciki ust Zelgadisa lekko się uniosły.

- Gotujesz? - Powątpiewanie w jej głosie było wręcz namacalne.

- Czasem tak.

- Taak? To udowodnij. - Skrzyżowała ręce na piersi, lekko mrużąc oczy.

Odpowiedział jej kolejny śmiech maga.

- Cała ty. Obrócić sytuację w taki sposób, aby jedynym sposobem wyjścia z twarzą było nakarmienie ciebie. To czego sobie pani życzy? Zanim zaczniesz wymyślać, podkreślam, że nie mam repertuaru szefów kuchni.

- Hehe. Możesz w takim razie zacząć od jajecznicy!

- Zgoda. Ale pod warunkiem, że pomożesz.

- To znaczy?

- Możesz posmarować chleb. Masło znajdziesz w lodówce.

Lina ostentacyjnie zaczęła się drapać po brodzie w fałszywym głębokim zamyśle.

- OK, to brzmi na uczciwy układ.

Gdy kwadrans później oboje siedzieli naprzeciwko siebie przy niewielkim kuchennym stole, zajadając doskonale ściętą jajecznicę ze szczypiorkiem, poprzetykaną lekko podsmażoną cebulką i kiełbaską, czarodziejka zaczęła się intensywnie wpatrywać w Zelgadisa.

- Hm… A zrobiłbyś pierogi?

- Nie przeciągasz, aby struny? - oczy Strażnika lekko się zwęziły.

- Po prostu lubię pierogi - odparła z rozbrajającym uśmiechem.

- Ech… - Zaczął powoli zbierać talerze. - Gdybym miał mnóstwo czasu, świat nie dążyłby ku upadkowi i miałbym zaangażowanego pomocnika, MOŻE.

- Dużo tych „gdyby” i „może”. - Uniosła ręce wysoko do góry, aby się zadowoleniem przeciągnąć. Jaka ta jajecznica była dobra…

- A ty, mądralo? Lepiłaś kiedyś te swoje pierogi? - Odłożył brudne naczynia na bok i spojrzał na nią z ewidentnym rozbawieniem.

- No pewnie. Z babcią kilka razy w roku robiłyśmy ponad setkę. Tyle, że wolę, jak ktoś mi je zrobi - wyszczerzyła się bezwstydnie.

- Czemu mnie to nie dziwi.

- Ale zgoda. - Położyła ręce na stole i ułożyła na nich głowę. - Umówmy się, że jak już wyślemy Rezo na księżyc, gotujemy wołowy rosół, a potem z mięska wołowego ulepimy rozsądną ilość pierogów, OK?

- Co to znaczy „rozsądną”? Taką, abyś się objadła jak świnia i nie przepracowała? - Niby miał kamienną twarz jak zazwyczaj, jednak nie był stanie ukryć ewidentnego rozbawienia w oczach.

- Jesteś niesprawiedliwy, ja tu szczerze oferuję swoją pomoc… - Zrobiła imponująco fałszywie urażoną minę.

- W spełnieniu własnej zachcianki.

- Czy to takie istotne?

- No dobra, a co dostanę w zamian?

- Nie wystarczy mój piękny i uroczy uśmiech?

Pochylił się w jej stronę, po czym przesunął lekko palcem po jej policzku i uśmiechnął się złośliwie.

- To, owszem, dużo, ale nie, nie wystarczy.

- Zeeel…

- Zelanie ci nie pomoże. A więc?

- Hm… czy dobre wino by zadowoliło jaśnie pana?

- Jakie wino?

- Dobre wino. Jakość gwarantowana przez wnuczkę mistrzyni winiarni z Zefilii.

- Hm… Niech ci będzie. - Wstał i odniósł brudne naczynia do zlewu.

- Jeeej! - Lina wzniosła okrzyk triumfu. - To pozostaje tylko wysłanie Rezo na księżyc! - Zaczęła się śmiać do tej jednocześnie abstrakcyjnej i atrakcyjnej wizji. Jej śmiech był tak zaraźliwy, że nawet Zelgadis lekko się uśmiechnął i usiadł tym razem obok niej. Mimowolnie ponownie przypomniała jej się jego wersja z koszmaru. - Zel… Zastanawiałeś się kiedyś, co byś robił, gdybyś nie był Strażnikiem? Jakby nie było Równowagi i tego wszystkiego. Chciałbyś coś studiować?

- Życie bez… Eques? Nie. Chyba nie.

- To się zabawmy w co by było, gdyby. - Przybliżyła się do niego. - Studiowałbyś coś? W moim śnie, tym od Elsevien, byliśmy na tym samym campusie…

- Śniłaś o mnie?

Lina w jednej chwili się zarumieniła.

- Tak, a co?

Zelgadis uśmiechnął się tylko ciepło.

- Nigdy o tym nie myślałem... Ale jakbym miał sobie wyobrazić studiowanie czegoś, co nie jest niezbędne do przeżycia tylko dlatego, bo byłoby po prostu ciekawe… nie brzmi to źle.

- Hehe, co nie?

- A ty?

- Co ja?

- Jakbyś miała wybrać… powrót do domu albo pozostanie w Varney, co byś wybrała? - Na moment jego spojrzenie stało się bardzo intensywne.

- A czemu miałabym wybierać? Wybrałabym to i to.

- Ale gdybyś nie mogła wybrać i tego i tego?

- Skopałabym tyłki wszystkim, co tak mówią. - Wzruszyła ramionami. - Sama kształtuję swoją przyszłość. - W jej spojrzeniu pojawił się tak charakterystyczny dla niej błysk determinacji.

Zelgadis przez dłuższą chwilę po prostu się w nią wpatrywał.

- Co?

- Nic. - Przyciągnął ją do siebie, po czym lekko pocałował ją w czoło. - Jesteś po prostu niesamowita.

- Dopiero teraz to odkryłeś?

- Odkryłem to po prostu po raz kolejny.

Na to Lina nie miała, jak odpowiedzieć. Jej policzki pokryły się rumieńcem. To wszystko było takie… przyjemne.

- Hm… a co do twojego pytania… Chodź, coś ci pokażę - poprowadził ją za rękę krótkim korytarzem prowadzącym do spiralnych schodów. Piętro wyżej, na poddaszu, znajdywała się… pracownia.

Kilkanaście kamiennych rzeźb stało w trzech równych rządkach na marmurowym podwyższeniu. Ptaki, drzewa, ludzie… Wszystkie wykonane z ogromną dbałością o szczegóły, żadna nieskończona.

- Sam to wszystko zrobiłeś? - Lina nie mogła ukryć podziwu.

- W wolnych chwilach… Skupianie się na detalach od początku pomagało mi w panowaniu nad mocą, potem… jakoś stało się czymś na kształt hobby. Więc odpowiadając na twoje pytanie, chciałbym ukończyć przynajmniej jedną z nich.

- Są absolutnie przepiękne, Zel - odparła wpatrzona w rzeźbę przestawiającą kolibra w locie.

- Naprawdę ci się podobają?

- No pewnie! Nikt ci nigdy tego nie powiedział?

- Jesteś pierwszą osobą, której to pokazuję.

- Pierwszą? A… - Chwila mocnego zawahania. - Elsevien?

- Ją zawsze interesowała tylko moc. Nigdy mi nie zadała tego pytania, co ty.

Lina milczała przez dłuższą chwilę.

- Zel… Jak to się zaczęło? Ty… i ona?

Zelgadis westchnął ciężko, po czym wszedł głębiej do pracowni, gdzie znajdywała się wygodna kanapa z małym stolikiem, zestaw wypoczynkowy po ciężkiej manualnej pracy. Posadził ją tuż obok siebie, lekko do siebie przytulając. Lina poddała mu się, w napięciu czekając na początek opowieści. Mimowolnie jej ramiona uniosły się do góry, ciało zauważalnie się naprężyło.

- Na pewno?

Oczywiście, że nie uszło to jego uwadze. Wzięła głęboki wdech i postarała się rozluźnić.

- Pewnie będę jakoś reagować na ten temat przez pewien czas… Zel, to nie minie całkowicie od jednej rozmowy. Ale… chcę zrozumieć.

Przytulił ją do siebie mocniej.

- Dobrze. A więc od czego się zaczęło? - Jego spojrzenie stało się odległe. - Jak wiele rzeczy w moim życiu, od Rezo. Praktycznie od razu, jak Rezo sprowadził mnie od rodziców, zacząłem treningi indywidualne. Od pierwszych grupowych zajęć było wiadomo, że zauważalnie odstaję od reszty.

- Jaki jesteś skromny… - Nie była w stanie ukryć odrobiny złośliwości w swoim tonie.

- Tak po prostu było. - Zelgadis wzruszył ramionami. - Jeszcze przed transformacją w chimerę ludzie się dystansowali ode mnie. Jak miałem kilkanaście lat Rezo przedstawił mi inną niezwykle zdolną kandydatkę na Strażniczkę. Jak się domyślasz to właśnie była Elsie… Zaczęliśmy wspólne treningi. Spędzaliśmy razem bardzo dużo czasu. To było dla nastoletniego, samotnego chłopaka coś niesamowitego. Ładna dziewczyna mniej więcej w moim wieku, nie tylko się mnie nie bała, ale i wyglądała na taką, która lubiła spędzać ze mną czas. Chyba to nic dziwnego, że taki szczyl, jakim wtedy byłem, po prostu po szczeniacku się zakochał.

Ku jej zdziwieniu początek tej historii nie wywołał u niej złych odczuć.

- No dobra, mamy parę zakochanych małolatów. A pod koniec chciała zamordować wszystkich w wymiarze, aby zyskać moc, aby cię zabić. Co się stało pomiędzy? Widziałam jej wspomnienia. Była zafiksowana na punkcie ojca. To odrobinę czaję. Ale czemu obarczyła właśnie ciebie winą za to wszystko? Obiecywałeś jej, że zniszczysz dla niej Eques, czy co?

- Dosyć dobrze to ujęłaś. Elsie dosyć szybko się zorientowała, że potrafi znaleźć słaby punkt osób w swoim otoczeniu, to była podstawa jej mistrzostwa w magii tożsamości. I te słabe punkty potrafiła wykorzystać, aby uzyskać własny cel. Były to różne rzeczy, czasem to było ciastko, czasem przysługa, czasem… zniszczenie życia kogoś, kto jej podpadł. Początkowo chciała zbudować swoją pozycję, aby zdobyć fundusze na badania swojego ojca. To brzmiało dla mnie wtedy dosyć… szlachetnie. Zacząłem ją w tym wspierać. Nie wiedzieć kiedy dostała obsesji na punkcie Rezonansu ze mną, wnukiem Rezo Czerwonego Kapłana, budzącego postrach maga ziemi, jednego z najsilniejszych wojowników Varney pomimo młodego wieku. To pewnie miało jej zapewnić wystarczająco wysoki status w Varney. - Ostatnie słowa wypowiadał z bolesną ironią w głosie. - Jednak tutaj siebie przeceniła. Nie byliśmy w stanie osiągnąć Rezonansu…

- Aaaa, to dlatego tak mnie nie znosi… - W jej głosie pojawiła się pewna satysfakcja.

- Ooo to na pewno. - Uśmiechnął się gorzko. - W każdym razie, wymyśliła sobie, że jeśli „wyleczy mnie z mojej samotności”, zrobię wszystko, co ona zechce. Bezwarunkowo. W tym obalenie ustroju Eques, aby ratować jej ojca.

- A udało jej się? - Jej wzrok był skupiony w odległym kącie pracowni.

- Co?

- Wyleczenie cię z samotności?

- Początkowo… tak.

Mimowolnie coś ścisnęło ją głęboko w jej wnętrzu.

- Byłeś z nią szczęśliwy?

- Na początku tak… Ale gdy zdałem sobie sprawę z faktu, że mnie tylko wykorzystuje, poczułem się zdradzony chyba jeszcze bardziej niż przez Rezo.

Przez chwilę milczała.

- Myślę… że mimo wszystko ona naprawdę cię kochała… Ona miała wręcz obsesję na twoim punkcie.

- Ktoś, kto naprawdę kocha, nie stawia drugiej osoby przed takim wyborem. - Jego głos stał się nagle ostry niczym strzelenie z bicza.

Kolejny moment głębokiej ciszy.

- A to nie jest przypadkiem coś, co ja cały czas robię, Zel? - spytała cicho. - Odkąd tutaj przybyłam poddawałam w wątpliwość twoją Równowagę. Być może za chwilę będę chciała zrobić coś, co może podważyć obecną władzę. Co wtedy zrobisz?

- Serio? - poczuła na sobie jego wzrok.

- Co serio? - Nagły przypływ irytacji sprawił, że spojrzała mu w oczy.

- Porównujesz się do niej? - Dziwiło ją ewidentne niedowierzanie w jego głosie.

- To nie są takie odległe sytuacje.

- To są bardzo odległe sytuacje. - Nie wyglądał na zdenerwowanego, ale jego ton znacząco się wyostrzył. - Ona stawiała mi jednoznaczne ultimatum, wiedząc, że Równowaga, zwłaszcza po wygnaniu Rezo, stała się dla mnie czymś absolutnie niepodważalnym. A ty? - Jego spojrzenie złagodniało. - Ty lecisz po prostu przed siebie. Jedyny wybór, jaki dajesz, to czy biec za tobą od razu, czy chwilę po fakcie. Nie trzeba ci niczego ostentacyjnie udowadniać... Mam do tego kilka uwag, na przykład mogłabyś bardziej myśleć o swoim bezpieczeństwie albo…

- Zbaczasz z tematu, Zel.

- Na temat, który i tak nas czeka, Lina.

- Wciąż nie odpowiedziałeś na moje pytanie. - Obdarzyła go badawczym spojrzeniem. - Co zrobisz, gdy będę chciała zrobić coś wbrew obecnej władzy i Równowadze? Gdybym, na przykład, postanowiła się przyłączyć do Rezo?

- Bardzo durny przykład.

- Ale gdyby?

- Powstrzymałbym cię.

Po prostu. Powstrzymałby. Nie potępił. Nie zostawił. Powtrzymał. Lina smakowała tę myśl dłuższą chwilę. W jakiś sposób sprawiała, że temat Elsevien stawał się wciąż jeszcze nie bezbolesny, ale… lżejszy.

- A… gdybyście spotkali następnym razem…

- Już nikt nigdy nie spotka Elsevien - odparł grobowym tonem.

- Myślisz, że Rezo naprawdę ją zabił? - Ta myśl wydała jej się abstrakcyjna.

- Wiem o tym. - Zelgadis nawet nie mrugnął. - Po pierwsze, czułem go. Zanim nas teleportowałem, przybył do tego kościoła osobiście. Po drugie, Rezo nigdy nie wybacza.

Przed oczami stanęła jej nieprzytomna sylwetka Zelgadisa po ataku Czerwonego Kapłana na Zeraquey tych kilka miesięcy temu.

- Hm… tobie rzekomo wybaczył „zdradę”.

- Taa. Na początku byłem wściekły, byłem przekonany, że to powiedział tylko po to, aby mnie upokorzyć. Ale im dłużej o tym myślę, on zbyt często wychodzi mi, a w zasadzie nam naprzeciw. Wręcz obsesyjnie często próbuje nas przekonać, abyśmy się do niego przyłączyli… Jakbyśmy mu byli do czegoś potrzebni…

Na moment zapadła pomiędzy nimi ciężka cisza. Ich oczy ponownie się spotkały.

- My… Albo Luna.

- Albo Luna.

Poprzedni rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu

Brak komentarzy.