Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Yatta.pl

Opowiadanie

Dziecko Wiecznego Zmierzchu

Rozdział 8

Autor:Kh2083
Serie:X-Men, New X-Men
Gatunki:Akcja, Fantasy, Przygodowe
Uwagi:Yuri/Shoujo-Ai, Erotyka, Wulgaryzmy
Dodany:2016-12-01 20:07:19
Aktualizowany:2016-12-01 20:07:19


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Rozdział 8

Oczy mrocznych elfów zwrócone były w stronę magicznej ścieżki, widocznej tylko dla ludzi zrodzonych z krainy Wiecznego Zmierzchu. Dziwne runiczne symbole, którymi pokryte były pnie drzew, zdradzały w prastarym języku drogę do domu innych istot podobnych im, ukrywających się przed posłańcami Pałacu Iluzji.

- Znalazłem. - Loranir oznajmił chłodno patrząc na grupę mutantów zniecierpliwionych zbyt długim rytuałem poszukiwania znaków. Jessica i Hope siedzące na obrośniętym mchem pniu, Ben i Nicholas mówiący coś do siebie, tak cicho aby ich nikt nie usłyszał i stojąca w odosobnieniu Laura Kinney, wszyscy spojrzeli na mrocznego elfa.

- Widzę, wspaniała zawiłość zaklęć! - odparła Lorella.

- Ja nadal niczego nie widzę. - Owena oznajmiła.

- Twoja magia nie przyda się tutaj, bo w twoich żyłach nie płynie nasza krew. - Loranir odezwał się idąc w kierunku gęstwiny.

- Loranir! - jego siostra krzyknęła, widząc że zranił jej przyjaciółkę o jasnych włosach.

- Mam dość zbędnych konwersacji. Idziemy! Nasza rodzina na nas czeka. - powiedział długowłosy mężczyzna i nie oglądając się za siebie ruszył tam gdzie według jego zmysłów kryła się ścieżka. Laura Kinney podążyła za nim bez słów. Ben wskazał ręką na pozostałych.

- Nick, Hope, Jessica, idziemy!

- Pamiętajcie, aby cały czas trzymać się z nami. Nie możecie zboczyć z magicznego szlaku, bo nigdy na niego nie wrócicie. Będziecie błąkać się między mrocznymi drzewami bez końca. Tutaj czas i przestrzeń nie są tym, do czego jesteście przyzwyczajeni.

- Jessica, widzisz tą ścieżkę? - spytała Hope starając się dowiedzieć w jakim stanie były zdolności koleżanki.

- Nie. Widzę tylko ciemność. Ale to ty potrafisz odkrywać ukryte znaki, nie ja. - czarnowłosa dziewczyna odpowiedziała uśmiechając się delikatnie.

- Nie zaryzykuję formy astralnej. Wolę wierzyć tamtym trzem na słowo. - odparła Hope.

W tym samym czasie skowyt wilków astralnych i piekielnych ogarów przeszywał przerażającą ciszę mrocznej puszczy, a niebieska poświata emanująca od ich widmowych ciał rozświetlała bezksiężycowy krajobraz. Tupot koni, przywróconych do życia razem z ich panami napełniał przestrzeń złowrogim rytmem, niczym dźwięk bębnów zaginionego plemienia kanibali. Stara czarownica stała na rydwanie zaprzężonym w dwa kościste wierzchowce, podnosząc ponad głowę kostur. Jej poorana zmarszczkami twarz wykrzywiona była w euforycznej radości. Jeden z uczestników Dzikich Łowów, mężczyzna odziany w czarny habit z kapturem, zbliżył się do rydwanu kobiety.

- Pani, widzę znaki. - jego głos wydobył się z mroku kaptura.

- Znaki? - zaskrzeczała kobieta.

- Magia mrocznych elfów, ktoś użył czaru odnajdywania drogi.

- Bzdura! - zezłościła się wiedźma.

- Przecież wykryłabym taką magię! - dodała.

- Pani, moja magia pochodzi z krainy umarłych, podczas gdy ty wciąż kroczysz po świecie żywych. Widzę rzeczy ukryte przed wzrokiem innych. - powiedział mężczyzna.

Kobieta spojrzała na niego złowrogo, ale nie miała powodu, aby mu nie wierzyć.

- Prowadź! - wrzasnęła. Zakapturzony popędził swego konia i wkrótce znalazł się na czele jeźdźców.

Grupa mutantów przemierzała ścieżkę wskazaną przez elfie rodzeństwo. Opuścili leśną gęstwinę i trafili na rozległą łąkę skąpaną w srebrnym świetle księżyca. W oddali czerniła się puszcza rozświetlona punktowo tajemniczymi światełkami. Wolfcub obserwował dziwne zjawisko z zaciekawieniem, zauważając okresowość błysków. Po kilkunastu minutach wędrówki zobaczył coś co zakłóciło porządek świateł. Nad horyzontem pojawiły się nowe źródła iluminacji, które zdawały się cały czas zbliżać. Chłopak poinformował o swej obserwacji pozostałych.

- Słuchajcie, te światła... pojawiły się przed sekundą.

- Nie przejmuj się nimi. Jeśli nie będziesz do nich podchodził to nie zrobią ci niczego złego. Po prostu je ignoruj. - powiedziała Owena.

- To może być trudne. Bo to one chcą zbliżyć się do nas. - chłopak odparł.

- Co takiego? - Blondynka wydawała się zdziwiona. Kiedy spojrzała w stronę błękitnych blasków przesuwających się wzdłuż łąki, odkryła przerażającą prawdę. Światła nie były tym za co je brała. Kiedy znalazły się wystarczająco blisko drużyny, okazało się że pochodziły z eterycznych ciał wilków astralnych, psów gończych należących do Matyldy.

- Cholera! To nie są błędne ogniki! Lorella! Podnieś tarczę! natychmiast! - krzyknęła.

- Co się dzieje? - spytała Jessica.

- Stado wilków astralnych! Nie mogą nas dotknąć!

Lorella podniosła ręce, wytwarzając wokół siebie i wszystkich osób należących do drużyny tarczę ochronną w postaci półprzeźroczystej, półkolistej konstrukcji. Widmowe zwierzęta otoczyły barierę ze wszystkich stron.

- Astralne? Takie jak moja projekcja? - zapytała Hope.

- Na twoim miejscu nie próbowałabym szukać z nimi porozumienia. - zapewniła ją Lorella.

- Słyszycie to? Jakby ktoś dął w róg. - oznajmiła Laura. Oczy wszystkich zwróciły się w stronę wzgórza skąd nadciągała grupa ożywionych królów dosiadających mrocznych rumaków. Każdy z nich uzbrojony był w miecz, topór, maczugę lub kostur, najwyraźniej do Dzikich Łowów zostali również powołani zmarli magowie. Obok jeźdźców biegły piekielne ogary, a w samym centrum orszaku pędził rydwan z czarownicą Matyldą.

- To Dzikie Łowy! Mab wysłała przeciwko nam Dzikie Łowy! - Owena oznajmiła przestraszona.

- To ona! Poznaje ją! To ta sama wiedźma, która wcześniej przejęła nade mną kontrolę! - Jessica powiedziała rozpoznając kobietę stojącą na rydwanie.

- Ale jesteśmy chronieni przez barierę, prawda? - Hope zapytała niepewnie.

- Nie. Wilki i piekielne psy się nie przedostaną, ale magia Lorelly nie uchroni nas przed ożywionymi trupami! - Owena rozwiała jej wszelkie nadzieje.

- Wszyscy, którzy potrafią razić przeciwnika na odległość! Do pierwszej linii! - rozkazał Loranir. Okazało się, że ze wszystkich obecnych tylko on i Match mogli atakować z dystansu. Do obrony chciała się zgłosić również Lorella, ale brat jej nie pozwolił.

- Ty musisz utrzymywać barierę. Bez niej astralne wilki pożrą nasze dusze.

Owena przygotowała swój miecz na którym lśniły runiczne symbole.

- Laura! Wolfcub! Owena! Musimy być gotowi na bezpośrednią walkę. Jessica! Hope! Chrońcie Lorellę i trzymajcie się z dala od mieczy.

- Chłopcze... przygotuj się na ciężką walkę. - Loranir oznajmił z uśmiechem zadowolenia wymalowanym na twarzy. Wokół jego dłoni uformowały się lodowe kształty przypominające wielkie płatki śniegu. Match wytworzył dwie ogniste kule. Armia ożywionych wojowników była coraz bliżej. Loranir zaatakował nacierających deszczem lodowych sztyletów. Zamrożone nogi końskie pękały pod wpływem naprężeń i roztrzaskiwały się w strzępy, zmuszając rycerzy do twardego lądowania. Strumienie lodu trafiały w bronie trzymane przez pradawnych królów skutecznie je uszkadzając. Wielu ożywieńców było odpornych na zimno i pomimo utraty wierzchowców i odpadnięcia rąk nadal maszerowała do przodu. Kule ogniste Bena wybuchały pomiędzy jeźdźcami zrzucając jednych z rumaków, drugich podpalając razem z ich wierzchowcami. Ogień trawił demoniczne istoty, ale nie zabijał ich. Zwłoki ożywione przez czarną magię nie przestawały iść, nawet gdy zostały z nich same płonące kości. Wielu z jeźdźców przedostało się przez barierę Lorelli, uniknęło ataków ze strony jej brata i ognistego mutanta. Uzbrojeni w miecze, maczugi i topory, atakowali X-23 i Wolfcuba. Dziewczyna używając swoich pazurach w rękach, nogach i naturalnej zwinności pozbawiała przeciwników kończyn, a czasami również głów. Wolfcub starał się również używać własnych pazurów, ale był znacznie mniej skuteczny niż jego koleżanka. Z ledwością udawało mu się odpierać ataki jednego przeciwnika. Owena cięła przeciwników zaklętym mieczem, który zadawał im ból i zmuszał do wycofywania się. Stara czarownica stała na wzgórzu obserwując walkę. Przypatrywała się wszystkich dookoła, a w szczególności dziwnie zachowującym się wilkom astralnym. Wkrótce domyśliła się dlaczego nie były aktywne. Zwróciła się do swego zakapturzonego towarzysza.

- Czarodziejka zrobiła coś moim ogarom. Nie mogę na to pozwolić.

- Rozumiem. - odparł mroczny mężczyzna. Wyjął spod ubrania dziwacznie powyginane srebrne berło, kierując je na Lorellę. Wystrzelił w kierunku elfki kulę magicznej energii. Magiczny pocisk ominął Jessicę i Hope i ugodził Lorellę w plecy. Dziewczyna została ogłuszona, upadła na ziemię. W tym samym momencie bariera chroniąca grupę przed widmowymi wilkami zniknęła. Zjawy były przez chwilę zdezorientowane, ale szybko rozpoznały swoje cele. Hope patrzyła na przesuwające się jej przed oczami astralne projekcje, wiedząc że każdy z jej towarzyszy podróży był w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Nie myśląc długo postanowiła działać. Pamiętała, że wilki astralne mogły zostać zwabione przez jej własną projekcję jak ćmy do światła. Wybiegła na środek łąki jednocześnie używając swoich zdolności. Projekcja astralna Hope unosiła się nad ciałem dziewczyny lśniąc niczym księżyc w pełni na tle czarnego nieba. Wilki astralne przerwały atak na mutantów i ich towarzyszy, zatrzymały się obserwując niecodzienne dla nich zjawisko. Dziewczyna wydawała się im czymś idealnym, czymś o czym marzyły od stuleci, będąc uwięzionymi przez czarną magię Matyldy.

- Słyszę was! Słyszę wasze myśli! - Hope mówiła uśmiechając się. Czuła emocje kotłujące się w eterycznych ciałach zwierząt, nagle zaczęły jej ciążyć łańcuchy, którymi mroczna czarownica je skuła, gdy przemierzały bezkresny ocean gwiazd. Po jej policzkach spłynęły astralne łzy, lśniące niczym diamenty, a tym samym momencie jej fizyczne ciało również zaczęło płakać.

- Hope! - Jessica widząc manifestacje mocy koleżanki bardzo się przestraszyła. Wydawało jej się, że wilki rzucą się na nią rozszarpując i pożerając jej duszę. Laura Kinney ochroniła ją przed mieczem rozsypującego się ożywieńca, który zbliżył się do niej wykorzystując chwilę nieuwagi.

- Jessica, uciekaj stąd! Schowaj się w głębi lasu! Twoje zdolności nic tu nie pomogą! - Krzyknęła ucinając potworowi dłoń trzymającą miecz. Pozostałe osoby pogrążone były w walce: niektórzy radzili sobie lepiej, jak Owena, której miecza umarli władcy bali się najbardziej, inni gorzej, jak Loranir, którego zimno nie działało na osoby w których żyłach dawno już nie płynęła krew, albo Match, który wprawdzie był w stanie wypalić mięso z ciał łowców, ale zyskał dużo gorszych przeciwników w postaci płonących szkieletów. Hope nawiązała więź ze wszystkimi wilkami astralnymi, połączenie pozwalające jej zrozumieć czym były te istoty i czego tak naprawdę pragnęły. W jednej chwili pokazała im, kto tak naprawdę był ich prawdziwym wrogiem. Wszystkie eteryczne istoty zwróciły się przeciwko swym dawnym kompanom. Część z nich zaatakowało piekielne ogary, a pozostałe ruszyły na pomoc przyjaciołom Trance. Wkrótce w szeregach Dzikich Łowców pojawił się chaos, a grupa zyskała czas potrzebny do wycofania się.

- Udało jej się! - powiedział Ben.

- Udało jej się dogadać z tymi widmami! - dodał.

- Zdumiewające. - Loranir powiedział spokojnie.

- Lorella, odzyskałaś siły. - Owena podeszła do przyjaciółki dochodzącej do siebie po ataku mrocznego maga.

- Jeszcze chwilę, potrzebuję tylko jedną chwilę.

Czarownica, widząc, że źródłem jej problemów była Trance, postanowiła wyeliminować ją z rozgrywki. Uderzyła kosturem w ziemię, jednocześnie zwracając się do mężczyzny w czarnym habicie.

- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, o królowo nocy. - powiedział mag dosiadając konia składającego się z samych kości o czarnym zabarwieniu. Popędził w kierunku Hope, wyjmując złoty talizman złożony z kilku wijących się wokół siebie złotych węży. Szepcząc zaklęcia w języku piekielnych kręgów, uderzył dziewczynę amuletem, zmuszając jej ducha do gwałtownego powrotu do ciała. Szok sprawił, że Hope natychmiast straciła przytomność. Mag szybkim ruchem porwał mutantkę na swego rumaka i ruszył w głąb mrocznej puszczy. Wilki astralne pozostawione bez pomocy zostały opanowane przez złą potęgę czarów Matyldy.

- Hope! - Jessica krzyknęła, chcąc pobiec za porwaną przyjaciółką. Laura bardzo szybko się przy niej znalazła, nie pozwalając jej ruszyć się z miejsca.

- Puść mnie, do cholery! Puszczaj mnie słyszysz! - Jessie mówiła, patrząc na znikającą w mroku sylwetkę kościstego wierzchowca.

- Nie. Nie przeżyłabyś tam. - X-23 odparła wiedząc, że jej koleżanka nie przebiegła by nawet kilku metrów będąc przebitą przez miecze zmarłych królów lub zniszczoną przez magię ich czarnoksiężników.

- Teraz! - Owena krzyknęła. Czarnowłosa elfka przywołała najpotężniejszy czar przeniesienia jaki znała. Objęła nim wszystkie osoby, za wyjątkiem Hope, która była już poza jej zasięgiem, przezwyciężyła magiczne bariery nałożone przez zakapturzonego maga i teleportowała grupę z miejsca bitwy, której nie mieli szansy wygrać.

Koń zakapturzonego osobnika galopował po wąskiej ścieżce, zręcznie unikając spotkania z pniami sędziwych drzew. Trzymana przez niego dziewczyna była półprzytomna, nie zdawała sobie sprawy z tego, że została zupełnie sama i z każdą chwilą oddalała się od pozostałych. Mroczny jeździec zatrzymał się na zasypanym opadłymi liśćmi stoku. Jego koń-widmo parsknął nieziemskim śmiechem. Mężczyzna rzucił Hope tak mocno, że dziewczyna stoczyła się po śliskich liściach w dół wąwozu, zatrzymując się na korzeniu wystającym z ziemi. Jeździec patrzył przez chwilę na jej nieruchome ciało, aby wkrótce ruszyć w drogę powrotną do swej hordy.

Błysk zaklęcia teleportacyjnego rozświetlił skąpane w ciemności drzewa mrocznego lasu, a młodzi mutanci i ich towarzysze podróży zmaterializowali się z dala od szalejącej bitwy z siłami czarownicy. Jessica wyrwała się z uścisku X-23 i natychmiast pobiegła w stronę czarnowłosej elfki.

- Wracajmy tam! Przenieś mnie tam, natychmiast! - krzyczała. Po kilkunastu sekundach ochłonęła, zauważając że ciałem młodej czarodziejki wstrząsały drgawki. Owena odepchnęła Jessicę, śpiesząc na pomoc przyjaciółce.

- Nie widzisz co się z nią dzieje?! Ona potrzebuje pomocy! - krzyknęła biorąc Lorellę w ramiona.

- Wiesz co ona zrobiła? Hope została z tamtymi potworami! Musimy wrócić, pomóc jej. - mówiła Preview.

- Lorella uratowała nam wszystkim życie. Być może przypłaciła to własnym. - odparła smutno blondynka.

- Loranir! Chodź tutaj! Musimy ją ustabilizować! - zwróciła się do brata nieprzytomnej dziewczyny.

- Niech ją szlag trafi! - Jessica oznajmiła, nie kryjąc emocji. Myśl o Hope, samej pośród dziesiątek ożywionych wojowników i w towarzystwie szalonej czarownicy przerażała ją, pchając w ramiona paniki i zwątpienia.

- Jessica... - X-23 próbowała uspokoić koleżankę.

- Daj mi spokój, dajcie mi wszyscy spokój. - Preview nie miała ochoty na rozmowę z kimkolwiek.

Wolfcub i Match, nadal zdezorientowani teleportacją, zastanawiali się co robić. Nicholas był wściekły, obwiniał o wszystko grupę Oweny, a jego ognisty przyjaciel starał się zachować spokój.

- To wszystko ich wina! Zrobiliśmy to o co prosili, zupełnie nie zastanawiając się nad konsekwencjami i Trance zniknęła. Nie wiadomo, czy jeszcze żyje! Powinniśmy zmusić ich do zabrania nas na Ziemię. Straciliśmy Megan, Marka i Shan, a teraz jeszcze Hope. Kto następny?

- Nick. Oni też ucierpieli. - Ben oznajmił wskazując na Lorellę, które ciało nadal walczyła z magią czarownicy, pułapką zastawioną na osoby próbujące używać zaklęcia przeniesienia.

- Mnie też nie podoba się to wszystko, ale zbyt daleko zabrnęliśmy w to bagno. Nie możemy już się cofnąć, musimy iść dalej.

- Nie powinieneś być liderem tej drużyny. Zupełnie nie nadajesz się do tej roboty! - Nick krzyknął na kolegę.

- Co chcesz żebym zrobił!? Nie wiem nawet gdzie teraz jesteśmy! Dokąd mam stąd pójść?

- Nie wiem. Powiedz X-23, żeby zmusiła ich do posłuszeństwa! Postrasz ich płomieniami! Każ im zabrać nas do domu.

- I chcesz, żebym zostawił tutaj Hope? Chcesz, żebym uciekł od tego co może stać się z Megan?

- Nie powinno nas tutaj być. - Wolfcub szybko zakończył rozmowę.

W tym samym czasie, Hope Abbot odzyskała przytomność. Nadal była w szoku po przymusowym zakończeniu podróży astralnej i jej zmysły wciąż nie akceptowały bodźców dochodzących ze świata zewnętrznego. Kiedy otworzyła oczy, świat wirował dookoła niej, a światła gwiazd przedostające się przez gęstą plątaninę gałęzi zdawały się jej być oślepiająco jasne. W jej uszach słychać było szum, odległą rozmowę, którą kiedyś w życiu usłyszała, a która powróciła aby nękać ją niczym nagrania odtwarzane do znudzenia przez zaciętą płytę gramofonową. Umysł dziewczyny zaczął rejestrować bodźce, ale tylko te dochodzące z jej własnego ciała. Poczuła ból w plecach, ręce i obu nogach. Każdy najmniejszy ruch sprawiał jej trudność, a posiniaczone ciało odmawiało posłuszeństwa. Po minutach bezczynności, wydających się trwać przez całe wieki, dziewczyna znalazła siły, aby podnieść się, a chwilę później usiąść, oparłszy się o suchy korzeń. Kiedy obraz przed jej oczami przestał wirować, oglądnęła swoje ciało nie zauważając żadnych większych ran, jedynie siniaki, zadrapania, mokrą ziemię i przyklejone liście. Pierwszą myślą, jaka pojawiła się w jej umyśle, była świadomość jak wielkie miała szczęście. Stała się celem dwóch potężnych, magicznych istot i wyszła z tego spotkania prawie bez żadnych szkód. Wkrótce doszła do niej cała powaga sytuacji w jakiej się znalazła. Była daleko od swoich przyjaciół, daleko o Jessiki. Kiedy walczyła z obolałym ciałem, Jessica musiała stawiać czoła dziwnym kreaturom, które mogły rozszarpać ją na strzępy zębami, zniszczyć prastarą, złą magią albo przebić zardzewiałymi mieczami. Hope próbowała, wydostać się z ciała i pod postacią projekcji astralnej pomóc kolegom, ale okazało się, że była na to za słaba. Poczuła, że zaczęła tracić przytomność. Jedną z jej ostatnich myśli przed zaśnięciem było przypomnienie sobie słów elfów, aby nie zbaczać z wyznaczonej ścieżki, bo można już nigdy na nią nie powrócić. Ona zboczyła.

Jessica stała na polanie, z dala od pozostałych członków drużyny. Była już spokojniejsza i nie nalegała na powrót, bo zdawała sobie sprawę, że samotna wyprawa przez mroczny las zakończyłaby się dla niej tragicznie i na pewno nie pomogłaby Hope w żaden sposób. Światło Księżyca padało na jej twarz i rozpuszczone, czarne włosy. Usłyszała szelest peleryny na nocnym wietrze. Okazało się, że zbliżył się do niej Loranir. Jessica nie była zadowolona z towarzystwa, ale nie chciała odpędzać elfa.

- Jesteś już spokojna? - zapytał mężczyzna.

- Tak, staram się nie myśleć o tym co stało się z Hope. A co z twoją siostrą?

- Cały czas jest nieprzytomna. Nie wiadomo, czy uda jej się obudzić z tego snu.

- Uratowała nas wszystkich. Musi się obudzić, bo muszę jej za to podziękować.

- Jeśli spotkamy moich braci i siostry, może ktoś z nich będzie umiał jej pomóc. Ojciec opowiadał nam wiele wspaniałych historii o ich magii.

- Jak na razie nie spotkało nas tutaj nic dobrego.

- Zrobiliśmy błąd zabierając was wszystkich. Ale Lorella miała co do ciebie ogromne nadzieje...

- Jak to?

- Wierzyła, że jesteś stygmatyczką. Wierzyła, że twoja wola poprowadzi ten świat do zmian.

- Może wytłumaczysz mi o co w tym chodzi. Zwróciła się tak do mnie kilka razy i muszę przyznać, że nie bardzo mi się to podobało.

- Nasz ojciec nauczył nas wiele o tej krainie, twoim świecie i zależności pomiędzy nimi. Mówił nam, że wśród mrocznych elfów krążyły legendy o osobie, której ofiara miała znieść klątwę rzuconą na nasz ród przez Królową Mab. Osoba ta miała posiadać zdolność przewidywania przyszłości i jej rady miały doprowadzić do zwycięstwa nad dworem rządzącym Krainą Wiecznego Zmierzchu, a jej krew płynąca ze stygmatów na rękach miała na zawsze uwolnić nasz świat od zła z jakim jest od wieków połączony. W legendzie było także powiedziane, że ta osoba ma być zrodzona z człowieka z Ziemi i mieszkańca Faerie, ale o tym Lorella zdała się zapomnieć.

- Nie jestem żadną świętą, nie pokładajcie we mnie zbyt dużych nadziei. Jestem dziewczyną zagubioną w nieznanym dla niej świecie, która prawdopodobnie straciła najlepszą przyjaciółkę.

- Kogoś więcej niż przyjaciółkę? - Loranir wtrącił się.

- Kogoś więcej niż przyjaciółkę. - podsumowała Jessica.

- Nie wiem czy to cię pocieszy, ale pamiętaj o tym, że Hope uratowała nas wszystkich. To prawda, że moja siostra przeniosła nas w bezpieczne miejsce, ale to odwaga Hope dała nam czas i przechyliła szalę zwycięstwa na naszą stronę. Na chwilę, ale ta chwila pozwoliła nam przeżyć. A teraz wracaj do swoich, bo skaczą sobie do gardeł.

- Tak, Nicholasa i Bena słychać nawet tutaj.

Jessica oddaliła się od długowłosego mężczyzny.

- Wyjdź już stamtąd. Wiem, że mnie obserwujesz. - Loranir powiedział ściszonym głosem.

- Pilnowałam cię, abyś jej nie zranił. - X-23 odparła wyłaniając się z mroków lasu.

- Dlaczego miałbym to robić? Straciliśmy dwie osoby z drużyny. Pogorszenie relacji jeszcze bardziej zmniejszyłoby nasze szanse na wygraną.

- Mogliśmy tam zostać. Razem dalibyśmy im radę. - odparła X-23.

- Nie. Mówisz tak, bo nigdy nie miałaś do czynienia z tego rodzaju przeciwnikami. Bandę ożywionych wojowników bylibyśmy w stanie pokonać. Ty swoją zimną stalą w dłoniach i stopach, ja największym mrozem jaki byłbym w stanie wytworzyć. Ale przeciwko Matyldzie i jej tajemniczemu pomocnikowi nie byłoby obrony. Nawet miecz Oweny i magia mojej biednej siostry nie dałaby im radę.

- Ponowne spotkanie z nimi to tylko kwestia czasu. Musimy być gotowi i wymyśleć sposób na ich pokonanie. Jesteś najbardziej doświadczony w walce z nas wszystkich, podobnie jak ja. Razem możemy coś przygotować.

- Musimy jak najszybciej odnaleźć moich braci w mroku. To nasza jedyna szansa. Jeśli to o czym opowiadał mi mój ojciec jest prawdą, te mroczne lasy dają moim braciom i siostrom potężną magię, mogącą się równać z tą którą dysponuje Matylda.

- Nie podoba mi się to. Nie pomyślałeś, że czarownicy może o to chodzić? Nawiązała kontakt z Jessicą, może nadal ją kontroluje? Może to sposób Mab na pozbycie się was raz na zawsze? Może im wcale nie chodziło o Megan Gwynn?

- Zbyt dużo pytań i zbyt wiele z nich pozostaje bez odpowiedzi.

- Cicho! - Laura krzyknęła kończąc rozmowę z mężczyzną.

- Ktoś tutaj jest! - dodała rozglądając się dookoła.

- Nikogo nie widzę... - Loranir był zdziwiony. Odwrócił się, uważnie spoglądając na zarośla.

- Ukryli się przed wzrokiem, ale ich czuję. Są tutaj i próbują nas otoczyć. - Dziewczyna szybko podeszła do długowłosego.

- Kiedy ci powiem, zamroź miejsce które ci wskażę.

- Dobrze. Ale tam niczego ani nikogo nie ma. Matylda nie dotarła by tu tak szybko.

- To nie Matylda. Inny zapach. Żywy, nie trupi taki jak jej nie-umarłych łowców.

Oboje zamilkli. Próbowali dostrzec przeciwników, przed którymi ostrzegała dziewczyna. Próbowali usłyszeć ich kroki wśród trawy porastającej polanę. Na próżno. Tajemniczy intruzi byli zupełnie nieuchwytni dla zmysłów innych niż węch Laury Kinney.

- Teraz! Tam ktoś jest! - X-23 krzyknęła pokazując na krzaki za plecami mężczyzny. Elf odwrócił się gwałtownie, wytwarzając wokół swej dłoni wirujące płatki śniegu. Uderzył w roślinność lodowym wichrem. Szron odsłonił trzy smukłe, męskie sylwetki. Laura wysunęła pazury w dłoniach i stopach. Zaatakowała tak szybko jak potrafiła.

- Laura, zaczekaj... - Loranir próbował coś powiedzieć, ale dziewczyna już go nie słuchała. Zaatakowała pierwszego z napastników niszcząc jego zbroję. Towarzysz powalonego mężczyzny rzucił się na Laurę z mieczem, ale ta zablokowała jego atak pazurami obu rąk.

- Laura! Zostaw ich! - krzyknął Loranir.

- Oni nie są tymi, za których ich bierzesz!

X-23, zajęta walką z uzbrojonym przeciwnikiem, nie słuchała go. Długowłosy elf wyjął ze skrytki w spodniach małych kamień na sznurku, ozdobiony symbolem pochodzącym z nieznanego na Ziemi języku. Podniósł go ponad głowę napełniając go energią lodowej magii. Symbol zaczął fosforyzować niebieskim światłem. Jeden z mężczyzn zamachnął się mieczem na Laurę zmuszając ją do odsunięcia się. W tym samym momencie dwaj stojący napastnicy, oraz również ten, który został wcześniej powalony przez Laurę, usunęli z siebie zaklęcie zakrycia ukazując prawdziwe oblicza. Wszyscy trzej byli podobni do Loranira, mieli długie włosy ciemnego koloru i spiczaste uszy. Ubrani byli w ciemne stroje przypominające skórzane zbroje, a jeden z nich miał widoczne na piersi dwa ślady po pazurach Laury.

- Przestańcie ze sobą walczyć! Jestem jednym z was! Przybywam do was z bardzo ważną misją. - Loranir powiedział podchodząc bliżej przedstawicieli swojej rasy.

- Proszę o ochronę dla siebie i wszystkich moich towarzyszy. - oznajmił kładąc dłoń na piersi. Dwóch elfów o kruczoczarnych włosach podeszło do niego odpowiadając mu tym samym gestem.

- Witam bracie. Przyjmujemy cię do naszej społeczności, bo blask twego klejnotu urodzenia jest prawdziwy i wolny od fałszywego światła Królowej Mab. Znajdziesz u nas schronienie na tak długo jak tego zapragniesz, ty i twoi towarzysze.

Ostatni z elfów wstał z ziemi, wykonał taki sam gest jak jego bracia, ale po chwili odszedł od nich zbliżając się do X-23. Podniósł obie ręce ponad głowę, a na rękach i nogach dziewczyny pojawiły się magiczne kajdany lśniące złowrogim, fioletowym blaskiem. Laura przez chwilę walczyła ze skrępowaniem, ale uległa silniejszej od niej magii. Została rzucona na kolana.

- Co to ma znaczyć? - Loranir zdenerwował się. Wokół jego dłoni zatańczył lodowy wicher.

- Wasza obietnica dotyczyła wszystkich moich towarzyszy!

Czarnowłosy elf podszedł do niego ukazując ślady po pazurach na swoim uniformie.

- Ale nie dla kogoś kto złamał zakaz walki za pomocą zimnego metalu! Ona musi zostać ukarana! - powiedział spoglądając na pełną złości twarz Laury.

- I jeśli nie zaakceptujesz naszego prawa, spotka cię taka sama kara! - dodał. Loranir myślał przez krótką chwilę.

- Dobrze. Możecie ją zabrać.

- Wiedziałem, że jesteś rozsądny i płynie w tobie krew naszych wspólnych przodków. Wszyscy twoi pozostali towarzysze podróży zostaną potraktowani jak najważniejsi goście na naszych dworze. - Mężczyzna pociągnął za łańcuch Laurę, zmuszając ją do wstania z ziemi.

- Chwileczkę. Chcę jej coś powiedzieć. - Loranir zatrzymał go. Zbliżył się do dziewczyny.

- Obiecuję ci, że ci pomogę. - oznajmił ściszonym głosem. X-23 nie odpowiedziała mu. Nie chciała nawet popatrzeć mu w oczy. Dwóch elfów, którzy wcześniej walczyli z mutantką, odprowadziło ją w leśną gęstwinę. Ostatni z trójki pozostał z Loranirem.

- Prowadź do swojej grupy. - oznajmił z uśmiechem. Długowłosy nie odezwał się ani słowem, ruszając przed siebie.

Hope obudziła się ponownie otoczona przez mrok nocy i czarne gałęzie drzew rosnących dookoła. Jej zmysły działały już prawidłowo, czuła się też silniejsza. Niestety, rany na jej ciele również bardziej ją bolały. Dziewczyna ostrożnie usiadła, aby po chwili spróbować wstać. Udało jej się to z trudem, ale przyjęcie pozycji pionowej przyniosło jej zaskakującą ulgę. Rozglądnęła się dookoła siebie próbując odnaleźć jakąś ścieżkę lub inny element krajobrazu, który podpowiedziałby jej w którą stronę należy iść, lecz na próżno. Leśne przestrzeń dookoła niej była jednorodna i izotropowa. Hope znów przypomniała sobie słowa elfów o zagubieniu w magicznym miejscu i zboczeniu z wyznaczonej ścieżki. Strach zapanował nad jej emocjami. Nadal nie mogła skorzystać ze zdolności podróży astralnej. Postanowiła iść przed siebie, zrobiła kilka kroków. Przeszła parę metrów, ale krajobraz wokół niej nie zmienił się. Każdy metr kwadratowy lasu był podobny do poprzedniego. Hope przyśpieszyła kroku, zaczęła biec. Serce biło jej bardzo mocno i męczyła się bardziej niż zwykle. Nie poddawała się, ponieważ bardzo chciała opuścić puszczę. Zdawało jej się, że biegła stojąc w miejscu. Wydawało jej się, że zataczała koła ciągle przemierzając ten sam szlak. Chwila nieuwagi wystarczyła, aby dziewczyna potknęła się o korzeń i przewróciła się, uderzając twarzą w drzewo. Złapała się za nos, a jej palce zostały naznaczone krwią. Hope oparła się o pień, schowała twarz w dłoniach i zaczęła płakać.

Królowa Mab spacerowała po sali tronowej oczekując wieści od posłańca. W pewnym momencie w jej komnacie pojawił się mężczyzna o zielonych włosach, ubrany w niebieską koszulę i spodnie. Pokłonił się przed swoją królową.

- Masz dla mnie informacje których tak bardzo pragnę? - zapytała kobieta.

- Tak, o moja królowo. Niosę słowa, które będą muzyką dla twoich uszu.

- Mów szybciej, bo nie mogę się doczekać.

- Matylda zaatakowała grupę, która ci zagraża, o Pani.

- Czy zostali zabici?

- Nie, moja Pani. Udało im się uciec.

- Co takiego? I to ma być muzyka dla moich uszu? - Królowa bardzo się zdenerwowała.

- Pani, to nie koniec. Grupa została zmuszona do ucieczki w głąb mrocznych lasów. Są dalej od ciebie pani, niż gdy byli po przekroczeniu Wrót Wiecznego Zmierzchu. Natomiast grupa, na którą oczekujesz jest coraz bliżej. Są już wewnątrz granic naszej wspaniałej stolicy. Niedługo złożą ci wizytę.

- Daruję ci zdenerwowanie mnie. - odparła Królowa. Posłaniec pokłonił się jej nisko.

- Musimy przygotować pałac dla naszych gości. Musimy pamiętać o tym, że dziewczyna jest przyszłością naszego wspaniałego świata.

- Oczywiście, o Pani. - odparł sługa ponownie kłaniając się królowej.

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.