Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

Opowieści z Moorland

“Stuart"

Autor:BlackFalcon
Serie:Twórczość własna
Gatunki:Akcja, Dramat, Przygodowe, Romans
Uwagi:Utwór niedokończony
Dodany:2020-10-12 20:26:46
Aktualizowany:2020-10-12 20:26:46


Poprzedni rozdział

~ I ~

Stuart wpadł do komnaty brata jak rozeźlona burza. Jego czarne włosy zwichrzyły się od pędu i od wiatru i sterczały teraz w kilka stron.

- William! Czyś ty całkiem oszalał?! - podskoczył do siedzącego na krześle i niczego nie spodziewającego się drugiego z synów Ulrica, chwycił go jedną ręką i przycisnął do ściany. - Nachodzisz chłopkę w jej własnym domu?!

- O co ci chodzi? - wystękał drwiąco tamten, nawet nie próbując się uwolnić. Wiedział, że wystarczy jeden ruch i położyłby Stuarta na podłodze. - Przecież zawsze sprowadzałem sobie młódki do zamku.

Oblizał się sprośnie, patrząc podejrzliwie na starszego z braci. W jego oczach było coś więcej, było wyzwanie i...pogarda.

- Sprowadzałeś! - syknął przybysz. - Właśnie. A nie biegałeś do wsi i z powrotem jak kot z chorym pęcherzem! Wiesz, co się stanie, kiedy ojciec dowie się, iż jeden z jego synów poniża się do tego stopnia, że jeździ do Peatlands co kilka dni, zamiast załatwić sprawę po męsku? Stracimy wszelki szacunek u ludzi!

- Jakbyśmy jakiś mieli - odrzekł spokojnie William i odepchnął brata. - Słuchaj, nie będę tego tolerował. Zadaję się z Elorą, bo mam na to ochotę i tyle.

- Elora...- Brunet powtórzył imię kobiety. Smakowało jak truskawka. Przywołało wspomnienia jej włosów i nienawiści w spojrzeniu. - Zadawaj się, z kim chcesz! - rzucił Stuart w kierunku brata. - Ale pamiętaj, że to ty będziesz odpowiadał za ewentualny bunt i problemy, jakie spowodujesz!

- Posłuchaj, kmiotku...- William zrobił krok w stronę starszego z rodzeństwa. Oczy mu płonęły. - Coś mi się wydaje, że córka starej Lise przypadła ci do gustu. Zapamiętaj sobie jedno - ona jest moja. I tylko moja. Nie przywiodłem jej siłą do Crow’s Nest, bo mam zamiar pojąć ją za żonę. I bawią mnie jej uniki. Obaj doskonale wiemy, że niedługo wpadnie w moje sidła. Żadna nie oprze się lordowi Williamowi Dorne!

- Nie byłbym taki pewien - mruknął do siebie Stuart i zaczekał, aż brat opuści pokój, po czym sam udał się do komnaty matki.

~ II ~

Długie minuty klęczał przy jej łóżku, ze zwieszoną głową i spojrzeniem wbitym w podłogę, nim wreszcie położyła dłoń na jego włosach.

- Synu - szepnęła cicho, ciszej nawet, niż zwykle.

- Mamo - odparł równie bezgłośnie, ale ona go usłyszała.

- Gdzie Ulric? Nie widziałam go od tygodnia.

- Zapewne leży pijany w jednej z komnat, albo....albo...- Głos mu się załamał.

- W ramionach którejś ze swoich niezliczonych kochanek, czy to chciałeś powiedzieć?

Wciąż mówiła z trudem, tak wielkim, że ledwo ją rozumiał. W tle trzaskał ogień, głośniejszy od dźwięków wydawanych przez ich obojga.

- Mamo, proszę...

- Stuart, ja wiem. Zawsze wiedziałam. Nigdy tak naprawdę nie byłam jego żoną, nawet w dniu ślubu wodził oczami za innymi, a noc poślubną spędził w ramionach służki. To nie ja się liczyłam, tylko moje pieniądze, mój rodowy majątek. Sądziłam, że go zmienię, że go w sobie rozkocham, ale...

Nagły atak kaszlu przerwał jej na dobre kilka chwil, aż zaczął się obawiać, że jego matka się udusi. Uspokoiła go jednak ruchem ręki i dokończyła:

- A mój drugi syn? On wciąż jeździ do Peatlands?

- Tak. - Zdawał sobie sprawę, że przed matką nie powinien niczego ukrywać. - Ciągnie go tam z powodu pewnej wieśniaczki. Udaje przed ojcem, że jeździ na rabunek, ale przy okazji załatwia i...inne sprawy.

- Ona go odrzuca - bardziej stwierdziła, niż zapytała. - To oczywiste, któż pokochałby Dorne’a? Dlaczego nie postąpił...jak zawsze?

- Planuje ją poślubić. Chociaż osobiście nie sądzę, by Elora...

- Elora? - Matka podniosła się z posłania na tyle, że zaskoczony Stuart spojrzał na nią, nie wiedząc, czy ma się cieszyć, iż znalazła w sobie na to siły, czy raczej wręcz przeciwnie. - Mój Boże...

- Znasz ją?

- Owszem. Córka Lise i...nie pamiętam imienia jej ojca. To dobrzy ludzie. Wiesz, znam wszystkich w wiosce. - Małżonka Ulrica uśmiechnęła się lekko i twarz jej pojaśniała. - Kiedy byłam zdrowa, uwielbiałam jeździć do Peatlands, rozmawiać z mieszkańcami...to było takie odświeżające. Tylko, że....- musiała znowu się położyć, co wyraźnie zasmuciło jej syna. Przez moment, ulotny jak motyl na wietrze, miał jakąś dziką, niemożliwą do spełnienia nadzieję, że niedługo wszystko będzie jak dawniej. ...- tylko, że skoro to właśnie ją wybrał William...ona nigdy nie będzie jego. Jest zbyt dumna, zbyt prawa i...zbyt dobra. A poza tym zawsze miała słabość do tego młodzieńca, Paula. Poznałeś go prawda?

Nagle wszystkie fragmenty układanki wskoczyły na miejsce. Paul! Ten młody mężczyzna, którego szyję Stuart ozdobił swoim nożem!

- Tak, poznałem...- przyznał się brunet i opowiedział jej całą historię.

- Ostrze? Ślina? - skarciła go matka, patrząc na syna ze smutkiem w oczach. - Stuart...

- Nie miałem wyjścia. Ten idiota, Marcus, pojechał ze mną i cały czas kontrolował moje ruchy. Nie mogłem pozostawić go w zamku, gdyż ojciec nabrałby podejrzeń. Albo, co gorsza, sam William.

- Wiem, wiem...- Znów delikatnie dotknęła jego włosów. Widziała, że był zdenerwowany i przejęty, a jej pieszczota zawsze go uspokajała, odkąd był dzieckiem. - Ile gęsi mamy na zamku?

- Ani jednej, wiesz przecież. Odkąd tamta zaatakowała ojca ubzdurał sobie, że wszystkie gęsi dybią na jego życie i pozbył się ich z Crow’s Nest.

- Świetnie. Przekaż mu więc, że stara Martha ma ochotę na pasztet z gęsi. On zrobi wszystko, żebym tylko dała mu spokój.

- Tym razem wyśle tam Williama, a wtedy...- Stuart urwał, widząc, że matka kręci głową z delikatnym uśmiechem na wargach.

- Nie wyśle - szepnęła, starając się nie pokazać synowi, jak bardzo jest już zmęczona. Tak kochała jego wizyty...i tak bardzo chciała mu pomóc! - Sama tam pojadę, razem z tobą. Powiem ojcu, że muszę odwiedzić starą zielarkę. Potrzebne mi są nowe zioła, nowe lekarstwa...

- Przecież ty...nie dasz rady utrzymać się na koniu! - zaprotestował gwałtownie, podnosząc głowę do góry. - Taka podróż by cię zabiła!

- Jestem silniejsza, niż ci się wydaje, Stuarcie Dorne. - Żartobliwie pogroziła mu palcem. - Poza tym to prawda, Gija na mnie czeka.

~ III ~

Utrzymywanie sie w pozycji pionowej było bardzo trudnym zadaniem, a patrzenie prosto w oczy Ulricowi jeszcze trudniejszym, najgorzej jednak było nie zmienić wyrazu twarzy po tym, jak własny mąż ją spoliczkował.

- Zamierzasz pojechać do Peatlands? Sama? To znaczy z tym chłystkiem, twoim synem, ale na własną rękę?

Po tych słowach ponownie zbliżył się do niej na odległość wyciągniętej dłoni, ale zrezygnował z uderzenia widząc, że kropelki jego śliny nie błądzą tym razem po podłodze - jak robiły to uprzednio - a trafiają prosto na policzki żony.

- Przypominam ci, że Stuart jest także twoim potomkiem - odparła twardo, chociaż miała ochotę złapać się stołu. - Jeżeli mi odmówisz i tak tam pojadę. Gija oczekuje, że...

- Odmówić tobie? Ha, kobieto! - zaśmiał się drwiąco starszy mężczyzna. - To nie jest możliwe. Od razu byś dostała któregoś z tych twoich udawanych ataków choroby i zadręczała nim cały zamek. Jedź śmiało, a jak umrzesz po podróży, tym lepiej dla mnie.

- Nie zamierzam umierać. Nie dopóki żyje Stuart - odpowiedziała, wciąż wytrzymując jego spojrzenie. - A moja choroba nie jest udawana. Gdybyś częściej odwiedzał moją komnatę, przekonałbyś się, że...

- Częściej odwiedzał? - prychnął Ulric. - A po co? Czy dajesz mi może uciechy seksualne? Albo zaspokajasz mnie w jakiś inny sposób? Nie, nic, tylko źle się czujesz i źle się czujesz, a medyk, którego sobie zażyczyłaś, stwierdził jedynie, że masz wypoczywać, zażywać jakieś arcykosztowne medykamenty i leżeć w łóżku, co skwapliwie wykorzystujesz! Na co mi taka żona, co ani kobiecych radości mi nie daje, ani z nią porozmawiać o chłopach w Peatlands nie sposób?

- Och, można, Ulricu - zaprotestowała, czując na ramieniu pocieszającą dłoń starszego syna, który przez cały czas rozmowy stał tuż obok niej, po lewej stronie. - Tyle, że ty jedynie rozprawiasz o tym, kogo pozbawiłeś życia, a ja lubię dyskutować o tym, komu trzeba pomóc i w jaki sposób...

- Mam im jeszcze pomagać? - wyraźnie zeźlił się małżonek. - Nie dosyć, że żerują na mojej ziemi i jedzą za mój majątek?! Słyszałaś zapewne o tym, czego dopuścił się niejaki Peter od gęsi?

- William już ci doniósł? Nie jestem zaskoczona. Zapewne przekręcił opowieść Stuarta i...

Kolejny siarczysty policzek wylądował na jej obliczu.

- Mój syn niczego nigdy nie przekręca! To twój...

- Przestań nazywać Stuarta “moim synem”! Nie dopuściłam się cudzołóstwa! Za to ty...

- Za to ja staram się przedłużyć ród i zapewnić sobie potomków! Poza tym gdzie mam się udać, skoro własna żona mnie odrzuca, za słaba na seks, a wystarczająco silna dla chłopów? Jedź, jedź, przynajmniej będę miał od ciebie trochę spokoju, ale zapytaj wiedźmy Giji, czy nie ma czasem czegoś na zwiększenie ci popędu seksualnego - rzucił Ulric i najzwyczajniej w świecie wyszedł z sali.

Brunet bez słowa zacisnął pięści na przypasanym pistolecie i już, już miał wybiec za ojcem, kiedy to tym razem matka dotknęła jego ręki.

- Nie rób tego, Stuart. Nie warto. Poza tym co ci da, że go zabijesz? Żaden z tych obślizgłych wojaków nie pójdzie za tobą. Wtrącą cię do lochu, a ja zostanę sama w tym piekle. Tylko i jedynie ty jesteś tutaj moim pocieszycielem. Tak odmienny od ojca...

- To niesprawiedliwe, że to bydlę tak cię traktuje - mruknął Stuart.

- Może - odrzekła spokojnie Martha. - Ale jego czas kiedyś się skończy. Nadejdzie moment, kiedy chłopi będą mieli dosyć rządów Dorne’ów i zniszczą nie tylko sam ród, ale i cały zamek. Nie pozostanie tu kamień na kamieniu. Mam jedynie nadzieję, że ciebie wtedy tu nie będzie. Może powinieneś wyjechać? - ożywiła się nagle i jakby na moment zapomniała o tym, że zdradziecki kaszel coraz bardziej podchodzi do jej gardła. - Udać się na dwór królewski, albo poszukać czegoś, gdzie mógłbyś odmienić swoje życie, jakiegoś miejsca, które...- przerwała, spostrzegając, że syn kręci głową z delikatnym uśmiechem.

- Martha Dorne...najbardziej troskliwa matka na świecie. Naprawdę myślisz, że mógłbym cię tutaj zostawić, samą, z nimi wszystkimi? A poza tym i mnie brakowałoby kogoś, z kim mógłbym dzielić moją tajemnicę.

- Wtedy nie musiałbyś mieć tajemnic, synu. - Salę opuścili razem, ona wsparta a ramieniu Stuarta, on starając się podeprzeć ją najbardziej, jak się da. - Wtedy mógłbyś być naprawdę sobą. Tym dobrym, kochanym człowiekiem, jakim jesteś. Nie musiałbyś udawać potwora przed całym Crow’s Nest, przed całym Peatlands i innymi okolicznymi wioskami jedynie po to, żeby chronić starą i umierającą matkę.

- Może naprawdę jestem potworem...- zadumał się Stuart, pomagając Marthcie położyć się na jej posłaniu, kiedy już dotarli do komnaty. - Gdybym nim nie był, zbuntowałbym się przeciwko Ulricowi i bronił wieśniaków, zamiast kryć się jak szczur w bezpiecznych murach zamczyska.

- I co by ci to dało? - opadła z ciężkim westchnieniem na poduszki. - Zabiłby nas oboje, a potem nadal siał krew i zniszczenie pośród biednych ludzi. Kiedyś doprowadzi do tego, czego najbardziej się boi - wymorduje ich wszystkich i nie będzie miał kto pracować na roli. A co gorsza, jestem pewna, że nie oszczędziłby nikogo, nawet stareńkiego Petera, czy też samej Elory Warren...

- Mamo...co zrobi William, kiedy zorientuje się, że ona naprawdę nie ma zamiaru za niego wychodzić? Że nie będzie w stanie jej zmusić? Ty znasz tą rodzinę najlepiej, czy sądzisz, że...

- Nie znasz swojego brata? - zamknęła oczy, próbując oddychać powoli. Próbując w ogóle oddychać...- Jeżeli nie uda mu się przekonać Elory w ciągu jakiegoś miesiąca, zobaczymy jej ciało dyndające na szubienicy tuż obok trupów najpośledniejszych złodziejaszków. Tyle, że zgwałcone i skatowane przed i po śmierci...

Była dla niego całkowicie obcą osobą i to jeszcze na tyle, że pałała do niego czystą nienawiścią. Ale kiedy wyobraził sobie jej zbrukane zwłoki, wiszące tuż przy murach Crow’s Nest i powoli wyjadane przez kruki, coś ścisnęło go w piersi.

- Przyjmij ją na służbę do zamku! - poprosił nagle, sam nie wiedząc, dlaczego to mówi. - Będziesz mogła jej pilnować, stanie się twoją osobistą służącą, a wtedy...

-...William będzie miał do niej jeszcze łatwiejszy dostęp - zastopowała go w pół słowa. - On nie uszanuje niczego...i nikogo. Nie, synu. Los tej biednej kobiety jest już przypieczętowany. Albo wyjdzie za twojego brata, albo umrze w męczarniach i w pogardzie.

Poprzedni rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu

Brak komentarzy.