Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Otaku.pl

Opowiadanie

Dragon Ball - Virus - Saga II: Value of honour

Rozdział 1

Autor:BlackFalcon
Serie:Dragon Ball
Gatunki:Akcja, Przygodowe
Uwagi:Utwór niedokończony
Dodany:2020-07-26 09:58:00
Aktualizowany:2020-08-20 10:28:00


Następny rozdział

Ziemia. Matka miliardów istnień śmiertelnie raniona cichą umową dwóch szefów odmiennych światów - Dende'go, władcy Nieba i Dabury, władcy Piekieł. Paradoksalnie układ ten mógł uratować całą planetę przed złym wpływem jadu mściwej rasy - jeśli tylko niepozorny statek nadal będzie znajdował się w stanie nienaruszonym w podziemnym laboratorium Bulmy Briefs, tragicznie zmarłej żony Vegety, księcia Saiyan.

W trójkę zbliżali się do tego, co pozostało z mieszkania rodziny Vegety - on sam, Piccolo i nowo poznana kobieta z nie do końca rozszyfrowaną mocą - Sira. To właśnie od rozbłysku tajemniczego światła w kuchni Briefsów rozpoczęła się cała ta historia. Wpierw celem było pokonanie Kunatemuszki przed upływem miesiąca, by zmieszać jego krew ze Świętą Wodą i napoić tym syna Vegety, Trunksa. Kiedy Trunks zginął przed zgonem Sąwszędzie, krew demona nie była już potrzebna. Teraz trzeba było odnaleźć siedem Dragon Balls, by móc przywołać smoka i poprosić o spełnienie życzenia przywrócenia Ziemi jej uprzedniego stanu.

Lecąc mogli ocenić ogrom zniszczeń, jaki wywołała fala śmierci. to znaczy lecieli tylko Vegeta i Piccolo, bo Sira nie umiała latać i chcąc nie chcąc Nameczanin musiał dźwigać dodatkowy ciężar. Podczas podróży streścił jej to, co zdarzyło się w ciągu miesiąca. Sira była przerażona tym wszystkim, jednak obiecała coś Son Gohanowi, a poza tym była trochę ciekawa nowych znajomych. Widok Piccola wprawił ją w zdumienie i szok, lecz czy mogło być coś gorszego od fali śmierci? Zresztą wydawał się całkiem przyjazny...

Książę myślał o zupełnie czymś innym. Po pierwsze, Sąwszędzie powiedział mu, że jego krwią można wypłukać jad u Trunksa - ale nie u Vegety właśnie! Z jednej strony wystarczyło poprosić w życzeniu o uzdrowienie również i jego, ale Saiyanin miał dziwne przeczucie, że nawet Dragon Balls nie pomogą mu przeżyć... A przecież jad miał pozbawiać go sił, aż w końcu zabić. Nie wiedział, kiedy i jak będą objawiać się efekty tej okrutnej mazi, ale... chciał dożyć choć odnalezienia siedmiu Dragon Balls. Poza tym miał jeszcze jeden drobny problem - Nameczanin kojarzył mu się nieodparcie ze ślimakiem, a to powodowało u Vegety podskórny dreszcz...

Piccolo też nie był zbyt szczęśliwy, bo o ile mógł przeboleć niesienie Siry, to towarzystwo Vegety odpowiadało mu tak sobie. Jednak wymagał tego cel wyprawy, a poza tym Piccolo pojął, że skoro fala objęła całą Ziemię, to na pewno pochłonęła też Videl, Pan, Mr. Satana i Brę - a więc kolejną ofiarę z rodziny księcia Vegety... Piccolo nie był pewien, jak wielkie zmiany w duszy syna Damaris i na jak długo poczyniła zmowa obcej rasy. Może to już nigdy nie będzie ten sam Saiyanin, co przed całą tragiczną sprawą...

Dom. Czyż można było nazwać domem to, co ujrzeli z powietrza? Oddychali ciężko z gorąca, jakie parowało z gleby, ale widok ruin osiadł im ciężkim kamieniem na piersiach. Ściany skrzywiły się z wrzątku, i od naporu fali, szyby popękały z gorąca, a wnętrze pełne było wrzącej lawy.

Wylądowali na dachu, który na szczęście wytrzymał ich ciężar. Spojrzeli po sobie ponuro, przemyśliwując nad tym, jak dojść do miejsca, gdzie znajdował się właz do laboratorium. Tam powinny znajdować się kapsułki z rzeczami potrzebnymi do ich wielkiej wyprawy.

- Cóż, chyba tylko ja mogę tam teraz wejść - rzekł Piccolo i odważnie wleciał do środka domu, chcąc wymacać ręką uchwyt do włazu. Wsadził dłoń tam, gdzie Bulma kiedyś pokazywała mu klapę i odgarnął trochę fali, sycząc przy tym z bólu. Jego oczom ukazał się zamek szyfrowy.

- Vegeta, kiedy się urodziłeś? - krzyknął Piccolo w górę.

- Nie wypominaj mi wieku! - wrzasnął Vegeta.

- Pytam o możliwą kombinację szyfru, ty baranie! - Piccolo nie wytrzymał.

W końcu uzyskał tę datę, choć nie odmówił sobie mruknięcia pod nosem na temat wieku Vegety. Szybko wprowadził kombinację cyfr i ujrzał, jak klapa się unosi. Błyskawicznie wskoczył do środka i zatrzasnął ją za sobą, zdrową ręką. Tej od klapy już nie miał, lawa spaliła mu ją doszczętnie...

Rozejrzał się po pomieszczeniu i z ulgą zauważył, że na stole leżą jakieś kapsułki. Zebrał je i szybko otworzył klapę, by wylecieć jak z procy na dach.

- Macie wszystkie, jakie tam były - podał im do przeglądu, a sam czekał, aż odrośnie mu ręka.

Rozdzielili je po kilka na głowę i odczytali napisy i na każdej z nich.

- Rower - Sira odrzuciła zbędną kapsułkę. - Wieża Eiffla... - Że co?! - w ostatniej chwili cofnęła rękę i ze zdumieniem wpatrywała się w czarne literki na kapsułce.

- Bulma budowała pomniejszone repliki dla turystów - wyjaśnił Vegeta, bynajmniej nie zdziwiony.

Przeglądali je jeszcze kilka chwil, gdy Nameczanin ledwo zdławił dziki śmiech, jaki prawie wydarł mu się z gardła.

- Zestaw do ćwiczeń rozciągających "Urośnij w sekundę o 1 cm". Vegeta, to twoja kapsułka, weź ją sobie koniecznie!

- Odczepcie się! - książę wrzasnął na Sirę i Piccola, bo oboje się śmiali. Obrócił się tyłem, obrażony. - Przynajmniej nie jestem zielonym ślimakiem!

- Już ja ci dam ślimaka! - wściekł się Nameczanin. Rzucił w ognisty strumień śmiertelnej lawy kapsułkę z zestawem do ćwiczeń i miał wystrzelić malutki pocisk Ki w prawy pośladek Vegety, ale zreflektował się, że może przez przypadek zepchnąć go w lawę.

- Hej, Veg, nie gniewaj się, przepraszam! - powiedziała do księcia dziewczyna, zamierzając pogodzić wszystkich krok po kroku.

Vegeta ledwo dostrzegalnie drgnął. Nie zapomniał, że tak samo nazwał go ten dziwny twór, który zwrócił mu wzrok, ale równocześnie nakazał zniszczyć jego rodzinę. Wtedy ten twór podszył się pod jego matkę...

- Nie nazywaj mnie tak! - warknął na Sirę i wzniósł się w powietrze.

Zrobiło jej się głupio, choć nie wiedziała, co złego było w ostatnim zdaniu. Zamierzała to wyjaśnić i doprowadzić do zgody, ale Nameczanin ją powstrzymał:

- Zostaw go, nie warto.

Już tylko w dwójkę odnaleźli radar i statek w kapsułkach, bo Vegeta dalej był zły na cały świat. Mieli niemały problem, bo nie było miejsca na rzucenie pojemnika i rozłożenie kapsułki ze statkiem. Dopiero Piccolo wpadł na pomysł, żeby wrócić do miejsca, gdzie toczyła się wcześniej bitwa o demonią krew i właśnie tam rozbić kapsułkę.

Nameczanin tym razem dźwigał nie tylko Sirę, ale i kapsułki. Mieli już odlecieć, ale ujrzeli, że Vegeta wcale nie kwapi się do lotu wraz z nimi, tylko nadal wisi w powietrzu tyłem do nich, z założonymi rękami.

- A co z nim? - Sira zapytała Piccolo.

- Nie musi z nami lecieć. Przecież jego duma jest dla niego ważniejsza, niż przywrócenie życia Ziemi i jego dzieciom...- odpowiedział kąśliwie Piccolo, ale tak, żeby Vegeta go usłyszał.

- Przecież... - jesteście chyba przyjaciółmi, zespołem? - Sira pytała zdziwiona.

- Nie - wiatr z północy rozwiał trochę płaszcz Piccolo. - Tylko dawniej mieliśmy wspólny cel. Być może teraz też, ale nie będę go błagał o pomoc!

- Ale przecież... przecież uratował Ziemię, gdyby nie zabił Trunksa i Kunatemuszki, to albo jego syn, albo ta fala śmierci zabiłaby nas!

- Nie walczył dla nas, a dla kontroli własnej siły i dla samej walki, on nigdy nie potrafił odczuwać czegoś więcej, niż honor i duma! - ciężkie oskarżenia rzucił Nameczanin.

Miał dosyć tej rozmowy, wydawało mu się dziwne takie przejmowanie się własnym niskim wrostem w obliczu zagłady Ziemi i był przez to zły na księcia. Przerwał tę wymianę zdań po prostu startując w niebo i niosąc ze sobą Sirę. Postać Vegety malała, aż całkiem zniknęła z oczu.

W ciszy dotarli do miejsca bitwy i otworzyli statek, po czym do niego weszli. Dziewczyna z mieszanymi uczuciami obserwowała, jak drzwi zamykają się z sykiem.

Piccolo ustawił autopilota na kurs wskazany przez radar Bulmy i już miał obejść statek, by przed startem rozejrzeć się po pojeździe, gdy nagle stanął jak skamieniały.

Sira zapytała, co się dzieje, ale uciszył ją ruchem ręki. Wsłuchiwał się chwilę w coś, co słyszał tylko on, aż w końcu odezwał się do dziewczyny:

- Musimy natychmiast startować! Za kilka minut przez zmiany klimatyczne Ziemia wybuchnie i efekt jej wybuchu skazi atmosferę w promieniu wielu kilometrów! Dende nam powiedział!

Podszedł do konsolety, by uruchomić silniki i odlecieć na bezpieczną odległość od planety. Włączył już cały układ i pozostało mu tylko wydać polecenie odlotu. Jednak Sira złapała go za dłoń:

- Czy chcesz, żeby Vegeta zginął?!

- Ożywimy go Dragon Balls, teraz nie ma już czasu, by na niego zaczekać! zresztą nic nie wie i tu nie przyleci!

- A jeśli coś się nie uda?! - przekrzykiwali huk silników. - Zaczekajmy choć chwilkę!

- Nie zdążymy i wszyscy tu zginiemy!

Czuła, że ma rację, że to jedyne wyjście, by móc cokolwiek potem uratować z ich planety. Tylko oni mogą znaleźć Smocze Kule, więc muszą poświęcić Vegetę...

- A poza tym w krwi księcia wciąż znajduje się ten jad i nie wiesz, jak będzie się objawiać jego działanie! A jeśli znów kiedyś przejmie kontrolę nad jego rozumem i nas pozabija?! - Nameczanin próbował ją przekonać do szybkiego lotu, ale jego cierpliwość się kończyła.

Odsunął ją w końcu brutalnie, choć niezbyt mocno i już miał nacisnąć guzik, gdy posłyszał głuche łomotanie w drzwi statku. Ponieważ na całej planecie byli tylko oni, domyślił się szybko, że Vegeta zmienił zdanie i ich znalazł. Nameczanin otworzył drzwi, wpuścił księcia i bez słowa wydał polecenie odlotu.

Kiedy statek wzniósł się w powietrze, ustalił szybko właściwy kurs i wystrzelił w górę, zostawiwszy śmiertelnie ranioną planetę Ziemia. Nikt z podróżników się nie odezwał.

Nawet wtedy, gdy opuścili atmosferę, a ułamek sekundy później ogromny wstrząs rzucił statkiem i przez chwilę nie mogli nad nim zapanować. To wybuchła Ziemia, ich poprzedni dom...

Obserwowali, jak wielki promień rozszerzył się na kształt okręgu tam, gdzie przed momentem była Ziemia, a czujniki alarmująco wzywały do opuszczenia granicy tego niebezpiecznego terenu.

Nameczanin pierwszy się otrząsnął i pilnował sterów, a dziewczyna z Saiyaninem pogrążeni w swoich myślach siedzieli wpatrzeni w okna statku.

Vegeta nie przyznał się nikomu, że zanim zapukał do środka, zawahał się i dzięki temu słyszał końcówkę kłótni Piccola z Sirą. Wiedział, że go broniła, ale potwornie się bał... Tego, że Piccolo mógł mieć rację...

Następny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj

Brak komentarzy.