Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Yatta.pl

Opowiadanie

Z mugolem za pan brat!

Podwójne eliksiry

Autor:Pisces Miles
Korekta:Mai_chan
Tłumacz:Villdeo
Serie:Harry Potter
Gatunki:Akcja, Dramat, Komedia, Romans
Dodany:2006-09-25 09:19:07
Aktualizowany:2008-02-14 13:46:05


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Zrzeczenie: Harry Potter i wszystkie jego części są własnością Jane Katherine Rowling oraz firmy Warner Brothers. Ja tylko pożyczam.

Oryginał: Muggle Year

Zamieszczone za zgodą autorki.


- O nie!

Siódma trzydzieści rano.

Virginia zmarszczyła brwi. Rozczesała włosy do końca i wyszła z łazienki, zobaczyć, co się dzieje.

- Już siódma trzydzieści! Nie! Colin mnie zabije! - krzyczała pewna blondwłosa dziewczyna, latając od lustra do toaletki i z powrotem. Przeskoczyła łóżko i ominęła Virginię, jakby była niewidzialna.

- Ucisz się, jest wpół do ósmej, ludzie chcieliby spać... - mruknęła inna, szatynka, przekręcając się na drugi bok.

- Może Adeli trzeba podać uspokajacza? - spytała inna, jasnowłosa, wstając z łóżka. Wszystkie trzy były współmieszkankami Virginii w dormitorium: Adela, Geraldine i Evelyne.

- Hejka, Gina - mruknęła Geraldine, wybierając się na poszukiwanie ciuchów.

- Co tak wcześnie wstaaaałaś? - spytała Evelyne, ziewając.- Dziś mamy luzy, no, oprócz eliksirów i transmutacji.

Virginia wzruszyła ramionami.

- Jakoś nie mogłam spać.

- Ej, dobrze mam włosy? - zaniepokoiła się Adela, patrząc błagalnie na dziewczyny.

- Ślicznie, kochanie - odpowiedziała Geraldine, wciągając spódniczkę.

- Boże, Boże, Boże... żeby tylko Colin jeszcze nie zszedł na dół... - i wybiegła, trzaskając drzwiami.

Evelyne potrząsnęła głową.

- Cały tydzień go widziała i jeszcze szaleje. Naprawdę trzeba jej podać uspokajacza.

- Tydzień? - zaciekawiła się Virginia.

- Odbija jej - głos Geraldine przycichł. - Spędziła u niego ostatni tydzień przed wakacjami.

- Aha.

Virginia wzięła kilka medycznych podręczników i wyszła.

- Zobaczymy się w Wielkiej Sali.

Przeszła przez opuszczony Pokój Wspólny i wyszła przez dziurę w portrecie. Powietrze było zimne, czyste, nastała prawdziwa jesień.

Virginia nie miała zbyt wielu przyjaciół w szkole. Ludzie jej unikali od nieszczęsnych Walentynek w pierwszej klasie, no i całej sprawy z bazyliszkiem i Komnatą Tajemnic. Prawdę mówiąc, ledwie znała swe współmieszkanki - Geraldine, Evelyne i Adelę. Ta ostatnia była znana w niektórych kręgach jako puszczalska, za przeproszeniem, ponieważ chodziła za każdym facetem z Gryffindoru. Virginii nie chciało się w to wierzyć. Bo ostatecznie znów chodziła z Colinem. Po raz trzeci.

Komnata Tajemnic...

Te wspomnienie nadal nie dawały jej spokoju, wciąż nawiedzało ją wspomnienie o...

- Dzień dobry, Ginny - pozdrowiła ją profesor McGonagall przy wejściu do Wielkiej Sali.

- Dzień dobry, pani profesor - odrzekła grzecznie, zmierzając ku stołowi Gryffindoru. Ron, Harry i Hermiona już tam siedzieli, ale nie chciała z nimi rozmawiać. Po części dlatego że uznaliby ją za ciekawską.

- Cześć, Gin! - krzyknęła do niej Hermiona. Ginny odkiwnęła i przeszła obok nich, siadając na samym końcu stołu. Wyjęła swoją książkę i zaczęła ją wertować, zatrzymując się na stronie mówiącej o antidotach z jadu węża.

- Ginny, twój plan - Virginia uniosła głowę. Harry wręczył jej rozkład zajęć. Ron i Hermiona usiedli obok niej.

- Mamy eliksiry na trzeciej i czwartej godzinie - powiedziała Hermiona, unosząc brwi. - I nareszcie nas odłączyli od Ślizgonów!

- Co? - spytał szybko Ron, zaglądając do planu. - YES!!!

- Mamy z Ravenclawem - odrzekł Harry, spoglądając na Virginię.- Coś się stało?

- Nie... Tylko że nie mam z wami eliksirów... - odpowiedziała, kładąc plan na stole. Miała pierwsze Eliksiry, potem mugoloznawstwo i zielarstwo po południu. Zauważyła też, że ma bardziej napięty plan, niż oni.

- Mugoloznawstwo mamy w środę... a to był mój ulubiony dzień... - jęknął Ron.

- Ciekawe, co profesor Dumbledore powie o tym przydziale, nie?

- Z kim masz w takim razie eliksiry, Ginny? - spytała Hermiona.

- Tegoroczne lekcje eliksirów panny Weasley odbywać się będą z szóstą klasą Slytherinu - odpowiedział cicho jakiś głos za nimi. Odwróciła się. Za nią stał Snape.

- Panie profesorze - zaczęła Virginia - właśnie miałam iść pana poszukać w skrzydle szpitalnym.

- Już nie musisz. Proszę teraz zejść od lochów, ponieważ zaraz zaczynasz lekcje - odrzekł Snape z uśmieszkiem. - Z madame Pomfrey zobaczysz się po moich zajęciach.

- Tak jest, panie profesorze - odrzekła posłusznie, a Snape odszedł. Zauważyła, że Ślizgoni patrzą na nią z nieukrywaną ciekawością, ale zignorowała ich i znów zwróciła się do trio. Bardzo zdumionego trio.

- Że niby masz eliksiry ze Ślizgonami?! - pisnął Ron.

Virginia westchnęła.

- Na to wygląda, nie?

- Ale...

- A oni chyba mają sami - zauważyła Hermiona. - Słyszałam, że profesor Sprout prosiła Snape'a, żeby Hufflepuff miał lekcje oddzielnie. Podobno sobie nie radzą.

- Ginny, gdzie... - spytał Harry, kiedy zobaczył, że Virginia wstaje.

- Idę po książki. Zobaczymy się na lunchu - odrzekła cicho i wymknęła się z Wielkiej Sali.

***

Virginia pchnęła drzwi i weszła do jednej z sal w lochach. Wiedziała, że zależnie od roku nauczania, pomieszczenia różnią się od siebie. Nie myślała jednak, że tylko wielkością, na co wyglądało. Położyła książki na biurku na samym końcu i spojrzała na stół nauczyciela, za którym stał kredens z różnymi flakonikami i dwa mosiężne kociołki, napełnione jakąś zieloną cieczą. Komplet składników, zawierający asflodeusa, sproszkowane oczy ryby, kilka bezoarów, pyłek z kłów węża i małą buteleczkę wyciągu z mandragory, stał na stole. Jakiś proszek w woreczku obok to był chyba sproszkowany róg jednorożca.

Virginia przeszła po cichu przez klasę i spojrzała w jeden z kociołków, unosząc zanurzoną w nim chochlę do góry. Do kociołka spłynęła oleista zielona breja, wyglądająca jak żrąca krew węża.

Ciekawe, po co te składniki, tego chyba się nie przerabia na zaję-...

- A co ty tu do diabła robisz?! - krzyknął piskliwy głosik. Virginia obróciła się. Przed nią stała Pansy Parkinson z rękami na biodrach, patrząca na nią wściekłym wzrokiem. - Teraz MY mamy eliksiry!

- Albo Ryjówka zgubiła się po czterech latach nauki i nie wie, gdzie jest najmniejszy loch, wprost dla takiej dzidzi - powiedział ktoś, denerwująco przeciągając samogłoski. Zza Pansy wyłonił się Draco Malfoy, uśmiechając się kpiąco.

- Ja...

- Spierdalaj stąd... - powiedziała Blaise Zabini, marszcząc nos. - Nie potrzebujemy tu dzieci, które będą nam przeszkadzać w pracy!

- Co to za zamieszanie? - z cienia wyłonił się profesor Snape. Zamknął drzwi za sobą.

- Profesorze, ta mała Ruda Łasicz-...- zaczęła Pansy.

- Dosyć! Proszę zająć miejsca - uciął i spojrzawszy na Virginię, zwrócił wzrok na tablicę. Uczniowie nie mieli wyboru, choć wciąż patrzyli podejrzliwie na Snape'a, posłusznie stojąc przy swoich stanowiskach. Oczywiście wszyscy patrzyli na Virginię, a w ich oczach czaiła się złość.

- W tym roku Virginia Weasley będzie brała udział w zajęciach razem z wami. Proszę nie być zaskoczonym.

- Co? - szepnęła Blaise. - Ale przecież...

- Jak Ryjówka może studiować szósty, skoro nie przerobiła piątego roku? - spytała Millicenta Bulstrode. Inni pokiwali głowami, ciekawie patrząc na swojego nauczyciela.

- Nie twój interes, Bulstrode - odrzekł krótko Snape.

Wszyscy zaczęli się skarżyć po cichu. Wszyscy, prócz Malfoya, który patrzył na Virginię wąskimi oczami. Weasleyówna poczuła, że jej gorąco, więc udała, że teraz najbardziej interesuje ją podręcznik.

No dobra, masz lekcje z o rok starszymi Ślizgonami, nic się nie stało, prawda, Virginia?

- Dość! To moje życzenie, a jeśli ktokolwiek jeszcze raz się sprzeciwi, osobiście sprawię, że każde z was rok dłużej posiedzi w tej szkole! - Snape uniósł głos, wprawiając całą klasę w szok. Snape dotychczas groził tak tylko Gryfonom. Skąd ta nagła złość?

- Wracając do naszej lekcji - ton Mistrza Eliksirów natychmiast zrobił się cichy - do następnego miesiąca będziemy zajmowali się najsilniejszymi eliksirami usypiającymi i uzdrawiającymi. Proszę...

Lekcja minęła, a stosunek Ślizgonów do Virginii nie zmienił się ani o krztynę. Młoda Weasleyówna próbowała się skupić i była wdzięczna Snape'owi, że nie zadawał jej żadnych pytań. Prawdę mówiąc, ciągle ją ignorował.

- Napiszecie referat dotyczący napojów usypiających. Jedna rolka pergaminu. Na jutro - zakończył lekcję Snape. - Koniec zajęć. Rozejść się. Panno Weasley, proszę do mnie.

Virginia podeszła, a wszyscy patrzyli na nią z zaciekawieniem.

- Tak jest, panie profesorze.

Snape uniósł chochlę z kociołka.

- Co to jest?

- Wygląda to na krew węża podgrzaną w stu stopniach i doprawioną smoczym tchnieniem - odpowiedziała.

- Bardzo dobrze. Widzę, że nie leniłaś się w wakacje - warknął, siadając. - Jednak to, co będziesz robiła w skrzydle medycznym jest o wiele bardziej skomplikowane i osobiście proponuję, abyś spędzała tam dużo czasu. Masz się doskonale przygotować na SUMy z eliksirów. Porażki nie zniosę.

- Tak jest, panie profesorze.

- W skrzydle szpitalnym została dla ciebie przygotowana komnata. Postawisz tam swój kociołek i wagę. Zostały też przygotowane dla ciebie składniki, jednak jeśli będziesz potrzebowała czegoś więcej, możesz zwrócić się do mnie. Ale pamiętaj, tylko wtedy, kiedy będzie to naprawdę konieczne.

- Panie profesorze, a co ja mam robić w tamtej komnacie z tym wszystkim? - Virginia poczuła się głupio, pytając o takie rzeczy.

- Będziesz ćwiczyć przyrządzanie eliksirów, wszystkich, których zdołałaś się nauczyć od pierwszej klasy. Będziesz także przygotowywała eliksiry z podręczników uzdrowicielskich, które kazała ci zakupić Madame Pomfrey. Możesz poprosić ją o pomoc, jeśli nie będziesz sobie z czymś radziła. Szczegółowe polecenia dostaniesz później - oznajmił. - A teraz zejdź mi z oczu.

Virginia, milcząc, wyszła z lochu, trochę zdenerwowana tymi pierwszymi zajęciami. Jakiś cichy szmer w kącie zwrócił jej uwagę. Odwróciła się, a to, co zobaczyła, trochę ją zaskoczyło.

Cóż, jak to się z młodzieżą dzieje po kątach...

Jakaś dwójka w kącie się całowała i, mimo, że było ciemno, Virginia dobrze wiedziała, kto to, być może dlatego, że chłopak miał piaszczysto białe włosy. Oczywiście, Draco Malfoy i Pansy Parkinson, a któż by inny? To nie było raczej zaskakujące odkrycie, zobaczyć dwoje Ślizgonów w lochach, wręcz odwrotnie, było to bardzo normalne, zważywszy na to, że oboje byli bogatymi, czystokrwistymi, snobistycznymi i wywyższającymi się uczniami. A w dodatku cała szkoła wiedziała, że Malfoy i Parkinson chodzą ze sobą, a raczej Pansy narzuca się Draconowi, także w prawdziwym sensie "narzucania się".

Draco Malfoy chyba długo nie ścinał włosów - przyszło na myśl Virginii i nagle głęboko się zarumieniła, rozumiejąc, że podgląda całującą się parę. Która, nawiasem mówiąc, nie byłaby ucieszona, dowiedziawszy się o tym.

Nie zdziwiłabym się, gdyby siedzieli w tym kącie dobre pół dnia - zaśmiała się w duchu.

Gdy tylko zauważyła, że kończą, uciekła, a jej długie, falujące włosy podskakiwały za nią.

Lepiej się stąd zmyję, zanim złapie mnie Ron i zacznie robić przesłuchanie dotyczące lekcji ze Ślizgonami.

Dziwnym trafem Draco zauważył, jak znikała za rogiem.

***

- Mówię ci, chyba niedługo rzucę to mugoloznawstwo. Po co mam wiedzieć, jak się używa tego feletonu albo gra w piłkę nogową?

Virginia uniosła brew i zamknęła książkę, a na pierwszym planie ukazała się jej Adela skarżąca się Evelyne. Śmieszne było, że Evelyne musiała jej wysłuchiwać, ponieważ sama pochodziła z mugolskiej rodziny.

- Naprawdę, chyba to rzucę.

- Oj, Adela, bez przesady, chyba powinnaś coś wiedzieć, nie? Jesteś czysta, powinnaś się czegoś nauczyć.

- A czemu nie skończysz marudzić i tego nie rzucisz, jeśli tak bardzo tego nienawidzisz, co? - spytała Virginia, zwracając się do niej.

Adela spojrzała na nią z wyższością i parsknęła. Otworzyła plecak i wyjęła lusterko.

- Colin chodzi na mugoloznawstwo. To jedna z niewielu lekcji, jakie mamy razem. Wolałabym wróżbiarstwo, ale on się nie zgodził. Powiedział, że woli mugoli od Nietoperzycy.

Evelyne zaśmiała się, ale szybko przekształciła to w kaszel. Virginia wyszła z sali, pozostawiając marudzącą Adelę. Nigdy jej tak naprawdę nie lubiła, ale cóż miała do gadania, skoro była z nią w dormitorium. Pozostało jej tylko ją zaakceptować. Adela była jedną z tych osób, które ciągle pogrubiały linię zarysowaną pomiędzy Virginią a innymi na pierwszym roku.

Za chwilę miał być lunch, a po lunchu miała całe dwie godziny tylko dla siebie. Postanowiła odwiedzić Madame Pomfrey i zobaczyć swoją komnatę. No, i zacząć pracę, żeby nie wściec Snape'a.

Chciałabym zrobić Szkiele-Wzro, chociaż nigdy nie było potrzebne od czasów Lockharta.

Stłumiła chichot i podeszła do obrazu...

- Mandragora.

...który otworzył się. Wspólny Pokój był puściuteńki.

- O... Wszyscy jeszcze na lekcjach... - mruknęła sama do siebie, wchodząc po schodkach.

Jej dormitorium też było puste. Rzuciła plecak na łóżko. Wpakowała do kociołka to, co potrzebowała najbardziej, razem z wagą i składnikami. Przeszukała kufer i odnalazła swój podręcznik do Eliksirów, zakupiony w Esach i Floresach. Podniosła ciężki kociołek (bądź co bądź, srebrny) i powoli zeszła ze schodów. W pewnej chwili niemal spadła przez małą, blondwłosą dziewczynkę, która spieszyła się do Pokoju Wspólnego.

- Uważaj trochę, co?! - krzyknęła Virginia, zataczając się. Ale małej blondyneczce ani w głowie było zatrzymanie się. Otworzyła szybko obraz i wyleciała z wieży. Virginia odetchnęła i znów podniosła swoje ważący kociołek.

Dwadzieścia minut później doszła do Skrzydła Szpitalnego, cały czas dysząc. Raz się zgubiła, ponieważ schody zmieniły kierunek, a sir Cadogan zaatakował ją w ciemnym korytarzu.

Pchnęła dźwiękoszczelne drzwi i usłyszała, że ktoś kłóci się w najlepsze.

- Spływaj Malfoy, mam nadzieję, że nie wyjdziesz z łóżka do końca swojego zasranego życia!

- Stul pysk, Łasico, bo przywalę ci jeszcze raz!

O Merlinie, czy ci ludzi nie mają lepszych rzeczy do roboty? W dodatku już pierwszego dnia?

- O, Ginny, co ty tu robisz? - spytał zaskoczony Harry.

- Pomagam w skrzydle szpitalnym, jeśli zapomniałeś - odpyskowała, patrząc z wściekłością na Rona, który nie pozostawał jej dłużny w tej materii.

- O, patrzcie, biedna, malutka Ginny, która nigdy nie została zauważona przez sławnego Harry'ego Pottera przez ponad pięć lat - zaśmiał się Malfoy, przeciągając samogłoski. Virginia zarumieniła się, ignorując go całkowicie.

- Przepraszam, Draco, nie chciałam... - ktoś cicho powiedział cienkim głosem. Virginia zauważyła, że przy łóżku Malfoya siedzi ta sama dziewczynka, która potrąciła ją na schodach do Pokoju Wspólnego.

- Przymknij się i nie płacz, Myra - powiedział do niej Draco, ale bardzo łagodnym tonem.

Virginia minęła obydwa łóżka i przeszła do komnaty, którą przygotował dla niej Snape. Postawiła kociołek na jego miejscu i nagle usłyszała, że Ron ją woła. Zabrała różdżkę, podwinęła rękawy i wyszła.

- A już myślałem, że o mnie zapomniałaś - zadrwił z niej brat.

- Nie jesteś jej jedynym pacjentem - zauważył Draco, szydząc.

- Ona jest MOJĄ siostrą.

- Gdzie Madame Pomfrey? - spytała, patrząc to na Rona, to na Draco. Harry wzruszył ramionami.

- Nie wiem, Hermiona poszła jej poszukać.

- No dobra, sama się wami postaram zająć - westchnęła, zauważając, że jedyne obrażenie Rona to podbite oko. Podeszła więc do Malfoya, który spojrzał na nią zaskoczony.

- Ginny, czemu pomagasz najpierw temu dupkowi?

- Przymknij japę, Ron - odmruknęła i spojrzała na Draco, który uniósł brew. - Podnieś nadgarstek - powiedziała znudzonym tonem.

Malfoy podniósł rękę bardzo niechętnie, wciąż patrząc na nią podejrzliwie. Virginia ujęła ją delikatnie, naciskając gdzieniegdzie. W pewnym momencie Draco zawył, ku wesołości Rona i Harry'ego.

- To boli, idiotko!

Virginia nie zwróciła na niego uwagi, tylko spojrzała na dziewczynkę z zapłakanymi oczami. Na plakietce pisało: Myra Kirkemburgh.

- Myra, możesz mi powiedzieć, co się stało?

Dziewczynka pojrzała na nią swoimi wielkimi, zielonymi oczami i zaczęła piszczeć:

- To wszystko moja wina! Zgubiłam się w lochach, jakieś schody zaprowadziły mnie nie tam, gdzie trzeba, tak bardzo tęsknię za domem, i wtedy wpadłam na Draco, a wtedy Harry, Ron i on zaczęli się bić, a Ron powiedział, że Draco zhańbił Gryffindor!

Virginia spojrzała na brata, który wzruszył tylko ramionami.

- On tylko chciał mnie zabrać z podziemi, a ja nigdy nikomu nie powiedziałam, że Draco jest moim kuzynem i... - krzyczała Myra.

- CO?! - reakcję Rona i Harry'ego da się tylko opisać w jeden sposób: oczy wylazły im z orbit.

- Czy to coś złego? - spytał Draco.

- Czy mogę przypomnieć, że to szpital? - spytała cicho Virginia, odkładając jego dłoń na kolana. Westchnęła i spojrzała na nią, wyjmując różdżkę. - Muszę cię uzdrowić, wygląda na to, że tak dostałeś, aż cię pogruchotało.

- Że co? W życiu nie pozwolę, żeby Gryfonka...

- Słuchaj. - Spojrzała na niego.- Jeśli cię nie uleczę, złamanie się pogłębi i będziesz musiał napić się Szkiele-Wzro, żeby to uzdrowić. A wiesz, że Szkiele-Wzro jest bardzo smaczne, prawda?

Natychmiast się uciszył.

Wskazała różdżką na kredens (Wingardium Leviosa), który otworzył się i wyleciała z niego buteleczka z czerwonym płynem. Stanęła na stoliku przed Malfoyem, który chciał już po nią sięgnąć, ale...

- Nie ruszaj! - ostrzegła Virginia, otwierając miksturkę. Tą czerwoną cieczą polała mu nadgarstek, a blondyn nieznacznie się skrzywił, być może dlatego, że w zetknięciu ze skórą ciecz przekształcała się w dym.

- Jesteś pewna, że mi to nie wypali ręki? - spytał zmęczonym głosem.

- Nie. Chyba, że chcesz, żebym ci zafundowała taką kurację - odrzekła, unosząc różdżkę. Delikatnie dotknęła nią jego dłoni, mrucząc zaklęcie. Po kilku sekundach czerwony płyn zniknął z ręki.

- To wszystko.

Draco uniósł dłoń, oglądając ją ze wszystkich stron, jakby nie wierząc, że jest cała.

- Nie martw się, nie otrułam cię... chyba... - powiedziała Virginia, odnosząc buteleczkę.

- A powinnaś, Gin, a powinnaś - skomentował Ron.

- Panie Weasley! Panie Malfoy! Co tu się stało?! - krzyknęła od progu Madame Pomfrey. Za nią kroczyła Hermiona. - Ginny, co z nimi?

Virginia wzruszyła ramionami.

- Nadgarstkiem się zajęłam, ale Ron ma wciąż podbite oko.

- Co? Odbudowałaś kość? - Madame Pomfrey była pod wrażeniem, a Hermiona spojrzała na nią ze strachem. Virginia kiwnęła głową i wskazała na kredens.

- Chyba może już iść - powiedziała. - Idę przygotować eliksir dla Rona - i mówiąc to, poszła do swojej komnaty.

Madame Pomfrey uniosła nadgarstek Malfoya.

- To dziecko ma prawdziwy talent. Coś czuje, że rośnie mi pomoc...

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu

Brak komentarzy.