Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

Men in Magenta

Rozdział 9.

Autor:Mefisto, M3n747
Korekta:IKa
Serie:Neon Genesis Evangelion
Gatunki:Dramat, Obyczajowy
Uwagi:Alternatywna rzeczywistość, Erotyka, Wulgaryzmy
Dodany:2007-04-11 22:25:02
Aktualizowany:2008-02-21 19:50:43


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Sala gimnastyczna jak zwykle podczas zajęć rozbrzmiewała gwarem. Kolorowe szybki wprawione w okna i w podsufitowe świetliki puszczały różnobarwne zajączki na ćwiczących uczniów. Architekt budynku inspirował się chyba chrześcijańskimi kościołami, jeśli chodzi o efekty świetlne: budynek był tak zorientowany, że plamki zielonego, niebieskiego, różowego i żółtego światła rozpoczynały rano wędrówkę od mat, gdzie dziewczęta ćwiczyły gimnastykę artystyczną, przesmykiwały się w porze południowej przez trybuny przy boisku do siatki i kosza, by pod wieczór spocząć w wydzielonej sekcji dla męskich sportów siłowych, której zwieńczenie stanowiła ściana z uchwytami do wspinaczki. W tej sekcji najczęściej też ustawiano podest dla szkolnego zespołu rockowego i organizowano zawody capoeiry oraz wyczynowego sambo, które przez ostatnie dziesięciolecie ewoluowało z brutalnego systemu walki do gimnastyki sportowej będącej zarazem czymś w rodzaju tańca zespołowego.

Tego popołudnia w sekcji męskiej odbywał się sprawdzian semestralny. Shinji zaliczył z zadziwiająco dobrym wynikiem wspinaczkę skałkową, podciąganie na drążku, skłony i przysiady. Czekał go jeszcze rzut piłką lekarską.

Asuka oczywiście nie byłaby sobą, gdyby nie wydrwiła tempa jego wspinania. Fakt, ona i Rei miały najlepsze czasy w całej szkole. Były znacznie lżejsze do chłopców, a mniejszą siłę mięśni rąk nadrabiały techniką.

Shinji czuł, że to jest niesprawiedliwe. W końcu w ciągu ostatnich miesięcy zrobił naprawdę duże postępy - a one trenowały od dziecka. Nawet Touji, najlepszy sportowiec w szkole, miał tym razem gorszy czas od Shinjego - i nie omieszkał mu złożyć gratulacji. Więc czego ta ruda zołza się tak go uczepiła?

Siadł sobie pod ścianą i obserwował ponuro barwne refleksy na podłodze. Ostatnio był przeczulony na punkcie kolorów i wzdrygał się, ilekroć czyjeś ciało przecinało smugę różowego światła. Może ten kolor nie był magentą, ale jak na gust Ikariego był jej zbyt bliski.

Asuka przeniosła swoje zainteresowanie na Suzuharę i Aidę i niezmordowanie wrzeszczała na nich, dzielnie wspierana przez Hikari. Z pewnością znowu poszło o zrealizowany, bądź dopiero planowany, zamiar podglądania dziewczyn w przebieralni albo pod prysznicem.

Rei gdzieś się zdematerializowała. Miała talent do znikania z gwarnych miejsc i pojawiania się w ostatnim momencie tam, gdzie była potrzebna. Shinji zazdrościł jej tej umiejętności. Spróbował tej sztuczki dwa razy. Za pierwszym został zawrócony przez nauczyciela, zaś za drugim nie mógł zejść z dachu szkoły, gdzie się schował, bo na schodach akurat wytrwale całowała się i pieściła jakaś para z trzeciej klasy. Wrodzona delikatność i nieśmiałość nie pozwoliła mu przejść pomimo i narazić się na posądzenie o podglądanie; w związku z czym przesiedział na dachu ponad godzinę i za wagary dostał dodatkowy dyżur.

Siedział zatem teraz, wpatrując się ponuro w sztuczne skały na ścianie, zabarwione przez fioletowe zajączki na podejrzanie fuksjowaty kolor.

“Przestań” - usiłował się skarcić w myśli. - “Dostaniesz od tego świra. Już dostajesz.”

Nie mógł wyzwolić się od rozmyślań o wydarzeniach ostatnich trzech dni. Pamiętne ognisko, testy, rozmowa z ojcem (była w końcu, czy nie?), rozmowa z Toujim, przedziwna rozmowa z Ritsuko... Na dużej przerwie odszukał był w Internecie teksty piosenek Raya Charlesa z płyty, którą ostatnio nabył, i aż się zachłysnął, gdy przeczytał tłumaczenie jego nowej ulubionej piosenki. Miał wrażenie, jakby opowiadała ona o nim. Ktoś mu strasznie mieszał w jego światku.

Nagle drgnął: gdzieś za jego plecami rozległy się przytłumione dźwięki muzyki. Na boisku przed salą gimnastyczną ktoś zapuścił na cały regulator odtwarzacz. Synkopowany rytm wybił go z rozmyślań. Utwór wydał mu się podejrzanie znajomy, aż po chwili skojarzył: bawił się przy nim na tamtej retro-dyskotece.

Zaraz, moment.

Nie było żadnej dyskoteki.

Śniło mu się tylko.

Tamten laser, co go uderzył prosto w mózg...

- Cóż tam takiego widzisz na tej ścianie, gołą babę? - jakiś głos zarechotał mu wprost do ucha.

Shinji podskoczył. Nad nim pochylał się Miyagi aka Irytator, nałogowy gracz w Final Tekkena XVIII i wielbiciel hentajów. Jeśli było coś, co Shinji i Asuka dzielili, oprócz mieszkania i pracy oczywiście, to była to bez wątpienia głęboka jak Rów Mariański antypatia do Miyagiego, granicząca z żądzą unicestwienia tego obmierzłego typa. Asuka usiłowała go lekceważyć, stwierdzając, że w każdej opowieści o bohaterach musi występować co najmniej jeden antybohater, któremu się na koniec solidnie wtłucze, jednak jak dotąd Miyagi umiejętnie doprowadzał ją do szału i znikał w ostatniej chwili, nim mogła przejść do rękoczynów. Odgrywała się zwykle na Shinjim, czego Miyagi nie omieszkał mu wytykać. Po pół roku spędzonym w jednej klasie samo pojawienie się Antybohatera na horyzoncie powodowało gwałtowne wydzielanie się adrenaliny u obojga pilotów. Za to odetchnęli z ulgą Touji, Kensuke i nieśmiały Taro Nakajima, klasowe popychadło, skrycie marzący o pilotowaniu Evy, jak Shinji. Irytator wcześniej czepiał się właśnie ich.

- Ładny kolorek, no nie? - zagaił niewinnie Miyagi, wskazując brodą na ścianie.

Shinji postanowił nie odpowiadać. Wstał i przeszedł kilka kroków dalej, zbliżając się do swoich kumpli dopingujących bliźniaków Miyazaki. Bliźniacy byli tak do siebie podobni, że nikt nie potrafił ich odróżnić, z rodzicami włącznie. Ponieważ chodziły słuchy, że oszukiwali - ten Miyazaki, który był lepszy w danej dyscyplinie, na sprawdzianach miał występować za siebie i za brata - z reguły wywoływano ich do oceny razem i lepszą przypisywano na przemian raz Toriemu, raz Akirze.

- Radziłbym nie podchodzić - Irytator syknął Shinjemu w ucho. - Teraz będzie Nieprzewidywalny Nakajima.

- Odwal się! - Shinji jednak złamał swoje postanowienie. Zaraz sam się za to zrugał w myślach. Odczekał, aż bliźniacy wykonają swoje rzuty i przeszedł na drugą stronę sekcji.

Nic z tego.

Dzisiaj Miyagi najwyraźniej miał dzień znęcania się nad Ikarim. Chodził po różnokolorowych słonecznych kleksach i komentował, jak układają się barwy na jego koszulce i nogach. Męczącym, jękliwym głosem narzekał, że wygląda to zbyt różowo, to zbyt fioletowo, to zbyt amarantowo... i patrzył, skurczybyk, znacząco na Shinjego.

Widząc, że ten mu się przygląda, przyłożył nagle dłoń do nosa i powiedział:

- Ciekawe... Każdym okiem widzę inną rzeczywistość. Tutaj w kolorze Yellow - stąpnął na plamę koloru żółtego. Następnie zrobił parę kroków, wchodząc na niebieskiego zajączka.

- ... a tu w kolorze Cyan. A tu... - zawiesił głos podchodząc do ściany ze wspinaczkowymi uchwytami...

Łup!

Shinji ze zdziwieniem stwierdził, że siedzi na podłodze i że ma złamany kark. Ostrożnie pomacał szyję jedną z rąk - nie wiedział do końca, lewą, prawą, czy trzecią - i doszedł do wniosku, że kark jest tylko zwichnięty. Gdy poczuł tępy ból we wnętrznościach, jakby twardo upadł na pośladki, jeszcze raz zmienił zdanie i uznał, że z karkiem wszystko w porządku; to nie szyja poszła, tylko czaszka. Wbito mu ją do brzucha. I dopiero wtedy poczuł, że ktoś mu gorączkowo wrzeszczy do ucha.

Aha.

Taro-kun.

Rzut Nieprzewidywalnego Nakajimy.

- Ikari-kun, wszystko w porządku? - tamten prawie go obśliniał ze zdenerwowania. Próbując się od niego odgonić, Shinji z pewnym trudem wstał na nogi i rozejrzał się. Zobaczył Aidę, który spiesząc ku niemu o mało się nie zabił, potykając o leniwie toczącą się po parkiecie piłkę lekarską. Ta odtoczyła się niespiesznie w bok, by z kolei wpaść pod nogi Toujemu. Suzuhara zaś kopnął ją w stronę Shinjego.

Ikari zatrzymał piłkę stopą i spojrzał na nią. Oszołomienie powoli mijało, ból wnętrzności za to nasilał się. Shinji znał objawy wstrząsu i wiedział, że po jakimś czasie przejdzie. Dobrze jednak byłoby położyć się na trochę w gabinecie lekarskim.

Kumple coś mówili, Ikari jednak ich nie słyszał. Kątem oka dostrzegł falę rudych włosów i postanowił, że będzie twardy. Nie da Asuce kolejnego pretekstu do kpin.

Machnął ręką na obskakującego go chłopaczka.

- Daj spokój, Nakajima, nic mi nie jest.

- Ikari-kun, może jednak idź do szpitala! Żeby ci się nie pogorszyło! - gorączkowała się biedna ofiara. - Twoje kłopoty z głową...

- Jakie znowu kłopoty?! - przerwał mu Shinji.

- No, przecież masz zaniki pamięci... Mówiłeś Suzuharze... No, coś w tym rodzaju... - Nakajima zmieszał się pod ciężkim spojrzeniem Drugiego Dziecka. - No, Miyagi mówił, że wczoraj w restauracji...

Shinjemu nagle fala gorąca uderzyła do głowy. Rozejrzał się. Jego koledzy patrzyli na niego z ciekawością, a w ich oczach płonęła żądza sensacji. Za ich plecami Miyagi wykładał się na ścianie w malowniczych pozach. Jego biała koszulka gimnastyczna w filtrowanym przez barwną szybkę świetle przybrała kolor magentowy.

Wszystko było jasne.

Cała szkoła będzie teraz wiedzieć o jego kłopotach.

Miyagi uśmiechnął się i zatrzepotał zalotnie rzęsami.

Shinji poderwał z podłogi ciężką piłkę lekarską i cisnął nią prosto w roześmianą gębę.

Nawet nie było specjalnego odgłosu. Raczej ciche plaśnięcie. Piłka odbiła się od celu i potoczyła w stronę rzucającego, a cel, krwawiąc z nosa, miękko osunął się na parkiet. Poza, w jakiej się ułożył wyglądała równie malowniczo jak poprzednie. Na ścianie w witrażowym kleksie widniała ciemna smuga, ciągnąca się od plastikowego uchwytu w dół. Czarne, krótkie włosy Irytatora połyskiwały na niebiesko w plamie błękitnego światła, a spod nich rozlewała się purpurowa struga. Zupełnie jak przed laty, gdy...

(Ciemność rozświetlana migającymi światłami, tłum wysokich postaci, jakieś dłonie natrętnie zasłaniające mu oczy, ciemność, czyjeś gniewne krzyki “Rozstąpić się, zróbcie miejsce lekarzowi, no już, do cholery”, przeraźliwe wycie “Mamooo, maaaamoooo, MAMOOOOO!!!!!”)


***


- To nie twoja wina, Shinji.

Zamrugał gwałtownie. Łzy ciekły mu z oczu już nawet nie strumieniami, ale całymi rzekami.

Doktor Ritsuko głaskała go po głowie.

Nikt tak go nie głaskał od czasu śmierci mamy.

Szarpnął się, nie chcąc współczucia, nie zasługiwał na nie.

- Zabiłem ją! - zawył.

- Nie, Shinji - chwyciła go za ręce i zmusiła do patrzenia jej w oczy. - Nie, nie zabiłeś. Nawet gdybyś przyczynił się do jej śmierci, nie ponosiłbyś odpowiedzialności. Ale się nie przyczyniłeś. Ona też się przestraszyła i cofnęła. Pech, akurat musiała się pośliznąć na tym oblodzonym kawałku płyty. Akurat musiała uderzyć głową o ten gzyms. Ale naprawdę myślisz, że ty ją przewróciłeś? Że miałeś taką masę, taką siłę? Przecież mówiłeś mi że się z nią siłowałeś. Że walczyłeś z nią w kuchni, jak myła podłogę, i w łazience, jak się namydlaliście... i nawet na ślizgawce w parku. I nigdy się nie dała obalić, zbić z nóg. I ten jeden raz, kiedy się przewróciła, myślisz, że to przez ciebie?

Potrząsnął głową, usiłując uniknąć tego przerażającego, wwiercającego się w niego na wskroś spojrzenia.

- Nie... niechcący... - zaprotestował słabo.

Doktor Ritsuko odchyliła się do tyłu i puściła jego ręce. Zabębniła palcami po blacie nocnej szafki.

- Niechcący, mówisz - stwierdziła łagodnie. - To się nazywa nieumyślne spowodowanie śmierci. Kiedy nie ma intencji pozbawienia kogoś życia, ale wskutek pewnych działań ktoś traci życie. Czasem zupełnie przez przypadek.

- No właśnie... - sapnął, przełykając słony płyn lejący mu się gdzieś do gardła, ale mu przerwano.

- Shinji, ale już skazano za to człowieka.

- Ska... skazano?

Kobieta o słomkowożółtych włosach wzięła go za rękę.

- Skazano. Eiichi Yoshinaka. Ten nieszczęsny Batman, który na was wyskoczył. Przyjaciel rodziny, prawda?

Przyjaciel rodziny. Wujek Yoshi. Wieczny żartowniś, uwielbiał się przebierać za wampira, za mumię... raz nawet zrobił to w domu towarowym, poowijał się papierem toaletowym i straszył licealistki. Wyprowadziła go wtedy ochrona. Zniknął całe wieki temu.

Spojrzał siedzącej przed nim zatroskanej kobiecie w oczy.

- Wu... wujek Yoshi?

- Nie skojarzyłeś? Nie wiedziałeś?

Pokręcił głową.

- Nie, nie wujek Yo...

- Shinji, naprawdę myślisz, że ty jeden masz rację, a wszyscy policjanci prowadzący śledztwo, prokurator, adwokaci, wreszcie sędzia - wszyscy oni się mylą? Wszyscy ludzie z takim doświadczeniem uznali winnym niewinnego człowieka? Który sam się przyznał do winy?

- NIEEEEE!!!!!

Szarpnął się gwałtownie wstecz i runął razem z krzesłem do tyłu, uderzając o coś głową.


***


Poderwał się raptownie i zaraz opadł z powrotem na poduszkę. Jego ciało przeszył ostry ból, który rozlał się zaraz po nim falą. Zebrało mu się na wymioty, ale zdołał jakoś je powstrzymać. Obawiał się, że torsje go zabiją. Gdy najgorsze sensacje przeszły, zdołał skupić wzrok na otoczeniu.

Jakaś szafka.

Nieznany sufit.

Parawan.

Zapach jodyny albo płynu Lugola.

Szpital?

Niebieskie oczy.

Rude włosy.

Langley.

- Langley...? - szepnął.

- Od kiedy ty mi mówisz “Langley”, baka-Shinji?! - twarz dziewczyny siedzącej koło jego łóżka zmarszczyła się w gniewnym grymasie.

- A... Asuka?

- No, przecie że nie Wondergirl - obruszyła się Ruda.

Poprawiła się na obrotowym stołku, jakby mimochodem wypinając biust.

Mózg Ikariego zaczął znowu wykazywać oznaki aktywności. Ktoś w centralach synaptycznych uznał chyba za stosowne wyłączyć alarm, bo pożar w karku i jad mrówek tasmańskich wewnątrz czaszki straciły na intensywności.

- Gdzie... ja...

- W szpitalu - weszła mu w słowo Asuka. Uprzedzając następne pytanie dodała: - Trafiony-zatopiony. Nieprzewidywalny Nakajima storpedował cię z pułapu pięciu metrów. Swoją drogą, w życiu bym się nie spodziewała, że to chuchro pośle piłkę na taką wysokość. Przecież on jest mało co od niej cięższy.

W szpitalu? Mózg Shinjego z pewnym trudem przetrawiał informacje. To znaczy... Ale chyba nie w tym? Zaraz, jakim “tym”? Tym, co mu się śnił na ognisku? Ale to chyba nie był szpital? “Gdzie ja właściwie jestem?” - deliberował Shinji. - “Który szpital?” Skoro to jest Asuka, a nie Langley... Zaraz, przecież Asuka jest Langley. Souryuu Asuka Langley... Zaplątał się w swoich myślach.

- Shinji, co się dzieje? Naprawdę tak ci niedobrze? - Czerwony Diabeł chyba naprawdę się przejął. Shinji słyszał wyraźnie troskę w jej głosie.

- Lao Tzu.

- Co?

- Mędrzec Lao Tzu śnił kiedyś, że jest motylem. Po obudzeniu sam nie wiedział, czy jest motylem, któremu śniło się, że jest mędrcem, czy mędrcem Lao Tzu, któremu się śniło, że jest motylem.

Długa ta przemowa sprawiła, że Shinjemu znowu zrobiło się niedobrze.

- Tylko mi tu nie rzygaj - Asuka wpadła w panikę. Zdążyła mu jednak podstawić pod nos metalową miseczkę o kształcie nerki.

Po dziesięciu przeraźliwie długich minutach Shinji stwierdził, że torsje jednak go nie zabiły. Słabe pocieszenie.

- Życie jest cierpieniem - wystękał.

Asuka ze wstrętem odstawiła pełne naczynie poza zasięg wzroku i chusteczkami higienicznymi starannie wytarła z pościeli i z twarzy pacjenta resztki płynu i innych treści rodem z żołądka.

- Nie jęcz. Powiedz lepiej, co takiego ci się śniło, mędrcze Latzuo...

- Lao Tzu...

Souryuu wzruszyła ramionami w geście godnym księżniczki z rodu cesarskiego, powiedzmy - Hohenzollernów. Shinji popatrzył na nią z zazdrością i doszedł do wniosku, że gdyby umiał tak zadzierać nosa, dawno już byłby mikadem. Ponieważ jednak nie zanosiło się na to w przewidywalnej przyszłości, uznał, że lepiej będzie odpowiedzieć na pytanie.

- Śnił mi się szpital.

- Szpital? - Souryuu nachyliła się nad nim niziutko. Niestety, w przeciwieństwie do jej domowych koszulek, bluzka od szkolnego mundurka była ciasno zapięta pod szyją. Zresztą i tak w szkole Asuka nosiła stanik.

Oczywiście zauważyła, dokąd powędrowało jego spojrzenie. Tylko westchnęła z rezygnacją.

- Doktor Akagi... to jest Ritsuko... robiła mi...

- Testy?

- Powiedzmy - uciął. Dość dokładnie pamiętał, o czym rozmawiał z doktor Ritsuko Akagi ze swojego snu i nie miał najmniejszej ochoty o tym myśleć.

Jego Nemezis odchyliło się od niego i popatrzyło z namysłem.

- I tak ze szpitala trafiłeś do szpitala? - dziewczyna wysnuła całkiem bystrą konkluzję.

- Aha.

Coś jakby współczucie błysnęło jej w oczach.

- Baka-Shinji. Trzeba odróżniać sen od rzeczywistości.

- Niby po czym? - zapytał słabym głosem.

Znowu się nad nim nachyliła. Wyglądała, jakby chciała go pocałować, ale zamiast tego uszczypnęła go w ramię. Paznokcie miała ostre jak szkło. Shinji syknął.

- Choćby po tym. Poczułeś?

Ikari stwierdził, że daruje sobie nawet kiwanie głową. Oczywiście, że poczuł. Bez wątpienia była to najbardziej rzeczywista z rzeczywistości. Jak mógł w to wątpić. Cholera.

Coś jeszcze sobie przypomniał. Spytać, czy nie? Psiakrew i tak przed tym nie ucieknie. Liczy się intencja, no nie?

- A... co z Miyagim?

- Z Irytatorem? A co ma być?

- ???

Asuka westchnęła melancholijne.

- Wiesz, co Shinji? Ty masz naprawdę niesamowitego pecha. Choć raz przytomnie się ustawiłeś. Za sensejem, z prawej strony... Nakajimę, jak już udawało mu się tę piłkę wypuścić, przecież z reguły znosiło w lewo. Tak ją ładnie posłał w niebo, aż dziw bierze... Kurczę, taką miałam nadzieję, że tym razem trafi Irytatora. A tu masz, zniosło go w prawo i przelobował senseja. On naprawdę jest nieprzewidywalny. Czy ten pieprzony Miyagi wiecznie musi mieć takiego fuksa? Eeeech, życie...

Dwie półkule mózgowe Ikariego zawyły unisono:

“CO TU DO (niecenzuralny ciąg wyrazów) JEST RZECZYWISTOŚCIĄ?!!!”

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu
  • Crystal Storm : 2007-08-29 17:33:47
    Co tu jest grane?

    Ja tez nie wiem co tu jest rzeczywistoscia. Naprawde glowa mnie od tego boli. Ktos umarl, potem szpital, ten co umarl wcale nie umarl. Gdzie tu jest prawda?...

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu