Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Yatta.pl

Opowiadanie

Ciekawe czasy

Początek

Autor:WolfBlacker
Korekta:Dida
Serie:Twórczość własna
Gatunki:Akcja, Fikcja
Uwagi:Utwór niedokończony, Przemoc, Wulgaryzmy
Dodany:2009-05-08 22:50:11
Aktualizowany:2009-05-08 23:29:11


Następny rozdział

Mały, ciasny pokój. Półmrok. Podłoga wysypana trocinami. Metalowe krzesło, podobny stół. Drzwi bez klamki. I trzy postacie.

Jedną był gwardzista ubrany w czarny, ciasno przylegający do ciała strój, dodatkowo miał na to narzuconą kamizelkę taktyczną, a twarz zakrytą maską przeciwgazową.

Druga postać, wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna siedział teraz na krześle. Jego twarz wręcz tonęła w gęstej, rudej brodzie, głowę miał ogoloną na łyso. Nosił czarny mundur ze srebrnymi wykończeniami, do tego ciemnoszary płaszcz. Na mundurze odznaczenia. Dowódca.

Trzecia postać, ubrana w poszarpane resztki skórzanej kurtki i dżinsów, czołgała się właśnie po podłodze, brocząc obficie krwią.

- I powiedz mi, na co to wszystko? Na co ci to wszystko było? I tak nam nie powiedziałeś niczego ciekawego. Nic, czego byśmy już nie wiedzieli. - Siedzący uśmiechnął się kpiąco. Ranny dostrzegł to w marnym świetle pięćdziesięciowatowej żarówki.

- Nic nie wiecie… Nic nie możecie… Co wy se myślicie, że ot tak jakiś przeklęty komputer wszystko za was załatwi? - stęknął leżący.

- Nie, my po prostu poczekamy aż reszta zrobi za nas brudną robotę! - zaśmiał się dowódca, po czym wstał i zaczął krążyć wokół rannego jak drapieżnik wokół zwierzyny. - Po co mamy się mieszać? Majestic-12, Illuminati, Templariusze, ba, nawet Watykan nam pomoże! Wszyscy będą się gryźć o każdy skrawek informacji, technologii, wpływów, podczas gdy my będziemy spokojnie pociągać za sznurki. Kto by pomyślał? To mała wojenka w Somalii, to „broń biologiczna” w Iraku… Wszystko idzie po naszej myśli. I nikt nam w tym nie przeszkodzi. Przecież sam o tym dobrze wiesz.

Mówca wyjął zza pazuchy broń. Stary, dobry Tokariev. Używali takich jeszcze sowieccy komisarze.

- I tu się twoja historia kończy, panie Ishinov. Dziękujemy za współpracę. Nawet jeśli nieumyślną.

Szczęknął metal.

- Zdechniesz, Samid.

- Ty już tego nie doczekasz.

Strzał. I cisza.

***

4 października 2017

09:32

Camp Formidable, region Rhône-Alpes, siedziba SAS

- Nie dadzą się nam wyspać. W końcu padniemy z przemęczenia…

- Nie nasza wina, że musisz po pracy jeszcze łazić po klubach, Sinns.

- Dobra, spokój. Marf, jak wygląda sytuacja?

- Wybornie, kapitanie. Niepokoje w Rosji, walki na Bliskim Wschodzie. No i istna wojna domowa w Republice Nowej Kalifornii. Neokomuniści z ultrakonserwatystami. Gra toczy się o dwa tysiące głowic nuklearnych, składowanych tam jeszcze za czasów USA.

- Czyli bez zmian. A złe wieści?

- Dostaliśmy nowych rekrutów, wytypowanych z innych jednostek. Mamy paru z Delta Force, OpFor, Navy SEAL oraz Royal Marines. Cholera, jest nawet jeden chłop ze Specnazu. Niezły zabijaka.

- Za czterdzieści minut chcę ich widzieć w hangarze trzecim. Pokażą co potrafią.

- Tak jest, kapitanie.

***

W niedużym pomieszczeniu, robiącym za przebieralnię, siedział już tylko jeden rekrut. Obracał między palcami odznakę Royal Marines, jego oddziału. Wpatrywał się w kulę ziemską na niej ukazaną i na słowa „Per Mare Per Terram” - „Przez morza, przez lądy” Wrzucił znaczek do jednej z kieszeni w kamizelce i potarł lekko drżące dłonie. Został wybrany. To jego szansa.

- Samuel MacLean! - odezwały się głośniki w rogu pomieszczenia. Rekrut wstał. To on. Wstał i wyszedł na zewnątrz, do hali.

Wywołujący spojrzał na żołnierza, póki ten jeszcze nie zasłonił twarzy. Był to wysoki, jakieś sto osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, barczysty mężczyzna z krótką, czarną brodą i okrągłymi, szarymi oczami. Proporcjonalna twarz, brak znaków szczególnych… Po prostu kolejny z dziesiątków takich.

- Starszy szeregowy Samuel MacLean melduje się! - Zasalutował rekrut.

- Sierżant Marfory. Kapitan Scott wzywa do hangaru trzeciego. Chce zobaczyć co wy tam umiecie w Cztery-Pięć Komando - powiedział nieco niższy od niego mężczyzna. Miał ciemną, opaloną skórę i małe, bystre oczy. Spoglądał z wyższością na nowego kandydata.

- Zrobię co mogę, sierżancie - odparł MacLean, nasuwając maskę na twarz i poprawiając jej sprzączki.

- To może nie wystarczyć. Za mną.

Żołnierze wyszli z hangaru. Kiedyś to było małe, prywatne lotnisko dla awionetek i helikopterów, ale kryzys ekonomiczny zmusił każdego bogacza do pozbawiania się na gwałt takich luksusów. Życie.

Po paru chwilach weszli do hangaru trzeciego, położonego najbardziej na uboczu. Był nieco większy od pozostałych, co skrzętnie wykorzystano. Na środku hali stała dziwaczna konstrukcja ze sklejki drewnianej, plastiku, kamer i kabli. Był to tor przeszkód dla kandydatów na członków SAS. Obok stały dwa duże, proste metalowe stoły, na których umieszczone były monitory, przekazujące obrazy z kamer. Każdy mógł zobaczyć jak sobie dany kandydat radzi. Proste.

Nad tym wszystkim górowała drewniana platforma, wysoka na pięć-sześć metrów. Przyczepiona do niej była lina; spuszczając się z niej zaczynało się test.

Przed tym wszystkim stała grupa osób. Kilka przyglądało się monitorom, kilka opierało się o ścianę, jedna właśnie wychodziła z głośnym westchnieniem.

- No wreszcie świeże mięso. Trochę wam to zajęło. Dzięki, Marf. - Odwrócił się człowiek z cygarem w ustach. „Ma około czterdziestki”, pomyślał MacLean. Gęsta, ruda broda, haczykowaty nos, poznaczone zmarszczkami czoło i zielone oczy, za którymi czuło się chłód myślenia. Z tej postaci wręcz biła pewność siebie i charyzma.

- Ech, to ty jesteś Sam MacLean alias Blitz z, zara, skąd…? A tak, Rybiogłowych. Tak chyba tam na was w Arbroath wołają, co? Nie wyglądasz mi na takiego, co by mógł mnie zadziwić. No, chyba że będziesz miał wynik najgorszy z możliwych - chrypnął żołnierz. - Jestem kapitan Scott i jeśli będziesz miał dużo szczęścia dzieciaku, będę twoim dowódcą. Jak chcesz nam się zaprezentować, idź na platformę. Jak masz już dosyć, wiesz gdzie jest wyjście. Chłopaki z Delta Force już dali sobie spokój, i słusznie. Z takim czasem to oni mogą do wojny okopowej co najwyżej - mruknął i przeszedł do monitorów. Pozostałe postacie w kominiarkach, maskach, goglach i przeróżnych innych nakryciach twarzy przyglądały się MacLeanowi z uwagą.

- Tor gotowy do testu! - zawołał ktoś z głębi hangaru.

Rekrut wziął głęboki oddech i wszedł po drabince sznurowej na platformę. Na górze stał jeszcze jeden żołnierz, z opaską medyka na ramieniu. Wskazał bez słowa stół, na którym leżały dwa granaty ogłuszające M84, dwa magazynki 9mm oraz MP5 - mały, poręczny karabinek, który jest używany praktycznie wszędzie. MacLean sprawdził magazynki. Kule z farbą. Załadował broń, przyczepił granaty do kamizelki taktycznej za zawleczki i stanął przy linie, czekając na sygnał.

- Na mój znak zaczniesz test - powiedział przez głośnik kapitan. - Twoje zadanie jest takie: po wylądowaniu na pozycji pierwszej eliminujesz cele, potem biegniesz na pozycję drugą, po schodach na dół, eliminujesz cele. Na pozycji czwartej wrzucasz granat przez drzwi i eliminujesz cele, a w końcu biegiem na zewnątrz na pozycję piątą. Drugi raz nie będę powtarzał. Gotowy? Trzy… dwa… jeden… znak, już, już!

MacLean natychmiast spuścił się po linie w głąb piętrowej konstrukcji. Trzy tarcze z wyrysowanymi sylwetkami uniosły się z podłogi na małych podnośnikach. Żołnierz przystawił broń do ucha i strzelił trzy razy. Trzy razy głośniki wydały z siebie pisk, oznaczający trafienie. Krótki sprint. Schody. Kolejna tarcza, trafienie. Obrót, tarcza, trafienie. Korytarz, drzwi. Granat lekkim łukiem poleciał przez drzwi i odbił się od ściany. Huk. W środku kolejne dwie tarcze, krótka seria i trafienie. MacLean rzucił się do wyjścia i w pełnym biegu wpadł na pozycję piątą, linię mety. Ktoś z obsługi wziął od niego broń, niezużyty zapasowy magazynek oraz pozostały granat. Blitz podszedł do stołu, przy którym stał kapitan.

- Nieźle, MacLean, nieźle… ale widziałem lepszych. Szesnaście punkt cztery sekund. Trzeci wynik. - Pokiwał głową. - Mieścisz się. Ewentualnie. Na razie możecie spocząć, wszyscy. O 17:30 chcę was widzieć w sali odpraw. Duża sprawa. Rozejść się - mruknął jeszcze kapitan, zaciągnął się cygarem i wyszedł z hali.

Zebrani powoli rozchodzili się, światła gaszono, obsługa techniczna krzątała się, wyłączając i zbierając sprzęt. MacLean zdjął swoją maskę i odetchnął głęboko. Udało mu się. Nagle ktoś klepnął go w plecy. Był to Marfory.

- Hej, nowy. Jakoś sobie poradziłeś, spodziewałem się, że będzie sporo gorzej. Bez urazy. - powiedział, kiwając głową. - A że kapitan tak gada… Cóż, on tak już ma. Dużo widział. Gregory Marfory. - Podał rękę rekrutowi. Ten uścisnął ją mocno, stanowczo.

- Samuel MacLean. Do zbiórki trochę jest czasu. Co wy tu porabiacie w wolnych chwilach, co? Biegacie po kolana w błocie i czołgacie się pod drutem kolczastym? Widziałem ćwiczenia jak tu szedłem.

- Nie, my rzadko się tak bawimy. Zwykle to zajęcia na strzelnicy, lekcje z taktyki, psychologii, politologii, inżynierii… Zobaczysz, spodoba ci się. Szczególnie jak mamy coś wysadzać. A gdy już mamy wolne, to niedaleko jest mały bar dla wojskowych. W końcu i francuska piechota tu stacjonuje, to niezły interes zbić się da. W warcaby tam se pograć można. - Uśmiechnął się lekko. - Pokażę ci, ale najpierw, cholera, musimy się przebrać w coś bardziej cywilnego. Tubylcy by się znerwili jakby po ulicach im biegali chłopacy ubrani jak na wojnę. Obgadamy, co i jak. No i poznasz resztę chłopaków. Dziesięć po przed hangarem pierwszym. Capiche?

- Capiche.

- No to dobra. Odmaszerować. - Marf klepnął rekruta po ramieniu i zostawił MacLeana samego, upajającego się swym sukcesem. Co go czeka? Jakim misjom będzie musiał sprostać? Czas pokaże. O tak. Czas pokaże.

Następny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • : 2009-05-09 15:01:38

    "Szesnaście i cztery dziesiąte". Czasem lepiej pięknie niż wiernie.

  • WolfBlacker : 2009-05-09 13:18:14

    Ten termin jest z angielskiego. Dosłownie przetłumaczone "Sixteen point four", czyli 16.4 sekund. Cóż, na nasze może dziwnie brzmieć ^^'

  • Dida : 2009-05-08 23:43:27

    Jak na razie, to zupełnie nie moje klimaty. Ale dawno temu zaczytywałam się w Jacku Higginsie, więc może mi się jeszcze spodobać. :P

    Cały czas się zastanawiam nad znaczeniem zwrotu: "Szesnaście punkt cztery sekund", bo wyjątkowo dziwnie brzmi według mnie, ale z drugiej strony nie znam się na terminologii wojskowej...

  • Skomentuj