Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Studio JG

Opowiadanie

Ślepcy

1.

Autor:Clemerina
Korekta:Dida
Serie:Naruto
Gatunki:Dramat, Fikcja
Uwagi:Utwór niedokończony
Dodany:2011-10-08 22:16:57
Aktualizowany:2011-10-08 22:16:57


Następny rozdział

Świat to nieskończona liczba rzeczywistości.

W jednej z nich, jestem ja. Samotny, pełen goryczy dla samego siebie, świadomy tego idiotycznego pasożyta niszczącego mnie od wewnątrz. Mający u stóp całą przeszłość, przyszłość i teraźniejszość, wydaję się być ucieleśnieniem marzeń wielu i obiektem nienawiści mas. Czymś idealnym, nie posiadającym prawa bytu w zepsutym świecie, który kształtuje się dookoła mnie. Pozwolenie sobie na ironiczny uśmiech jest wszystkim na co mogę się zdobyć, patrząc na tych zniszczonych własnymi pragnieniami ludzi, szukających wytrwale swojego celu istnienia, nie zdając sobie sprawy z tego, że umierają.

Rzeczywistość otumania swoją brutalnością, odbierając nam resztki godności, którą zyskaliśmy przy narodzinach, brzmiących tak dumnie, a kryjących za sobą tylko ból, krew i rozdzierające krzyki kobiet. Otacza nas dziwna codzienność, ograniczona zasadami i normami prawnymi, wytyczającymi pewne schematy myślowe, prowadzące do naszej destrukcji w imię czegoś, co nigdy nie było naszym celem. Jednakże to uświadamiamy sobie w tych ulotnych sekundach, kiedy oddech słabnie, a my mamy ochotę krzyczeć z tej bezdomnej rozpaczy.

To moja Prawda. Rzeczywistość, którą kreuję, by jakoś przetrwać, dotrwać do końca upragnionego celu i odejść w zapomniane, czując, że wszystko jest na swoim miejscu. Jedna z niezliczonych możliwości, które powoli roją się w mojej głowie, próbując zniszczyć to, co dotychczas bez skrupułów wybudowałem. Niszczenie zdaje się być wrodzone w nasze bezsensowne ludzkie istnienia, przemijające niczym ulotny cień skrzydeł motyla. Budujemy swoją własną destrukcję, bez świadomości istnienia wyboru.

- Itachi? - Cichy, na pozór nieco nieśmiały głos rozległ się w pomieszczeniu, zaburzając tę melancholijną atmosferę, którą długo budowałem wokół tego biurka i kawałka papieru. Odwróciłem się, mrużąc delikatnie oczy, by dostrzec kontury postaci siedzącej na łóżku i wpatrującej się we mnie z intensywnością. - Czy my wciąż żyjemy?

- Zadajesz naprawdę bezsensowne pytania - odpowiedziałem beznamiętnie, wyglądając przez zakurzone okno, będące jedynym źródłem znikomego światła. Odgłos grających świerszczy docierał nawet tutaj, zaskakując naturalnością swojej melodii. Ile to już lat? Zbyt dużo czasu minęło, od kiedy ostatnio mogłem zastanowić się nad tym wszystkim co mnie otacza. - Mówimy, myślimy, jesteśmy w stanie się poruszać, jednak każdy z nas czuje, że to nie jest to, czym było dawniej. A więc to jest w pewnym sensie odpowiedź na twoje pytanie. Nie, my już nie żyjemy. Ktoś nam to prawo odebrał, zakłócając spoczynek zmarłych, którymi już od jakiegoś czasu jesteśmy. Gdzieś tam, pomiędzy innymi domami, drzewami i trawami leżą nasze prawdziwe ciała, które kiedyś znów zaczną domagać się spokoju duszy. To też jest odpowiedź na to głupie, choć nie do końca, pytanie. W pewnym sensie wciąż żyjemy.

- Nie rozumiem twoje toku myślenia. - Postać westchnęła głośno i mechanicznym niemal gestem poprawiła kilka opadających na twarz ciemnych, nieco szarawych w tym świetle kosmyków. Spojrzała na mnie, a smutek tego spojrzenia zdawał się we mnie uderzać całą swoją nieopisaną mocą, która wywoływała gęsią skórkę. - Jednakże zgadzamy się w jednym. Nie powinniśmy byli się tu znaleźć.

- Nie powinniśmy byli. - Pokiwałem bezwiednie głową, wpatrując się w głupią ćmę, próbującą wydostać się na zewnątrz tego klaustrofobicznego pomieszczenia. Jej desperackie próby odzyskania wolności miały w sobie coś kpiącego z niej samej. Westchnąłem cicho, spoglądając na pusty skrawek papieru leżący przede mną. - My już nie mamy tego prawa, by być żywymi. Ktoś nam je brutalnie odebrał, przywołując tu, do tego przeklętego przez bogów i ludzi miejsca.

- Zginiemy tu, prawda? - Drobna postać wstała i podeszła do mnie, kładąc dłoń na ramieniu. Teraz mogłem stwierdzić to, co już od dawna wiedziałem. Był przerażony, strach obezwładniał jego szare komórki, które nie potrafiły poradzić sobie z natłokiem zdarzeń. - Umrzemy na tej dziwnej, bezosobowej wojnie, będąc mięsem armatnim dla żywych. Bo przecież my nie mamy praw, prawda?

- My już nie możemy umrzeć, mały. - Spojrzałem na niego swoimi czerwonymi oczami, tak bardzo wyróżniającymi mnie z tłumu. - Przecież my już jesteśmy martwi. A zmarli praw nie mają.

Cofnął się, nieco przytłoczony moim beznamiętnym rozumowaniem, które po wielu latach nawet mnie samego przestało zaskakiwać. Otoczony dziwną melancholią patrzyłem jak nieco roztrzęsiony otwiera drzwi i zamyka je starannie, rzucając mi ostatnie, nieco przestraszone spojrzenie. Podniosłem głowę do góry, przymykając oczy, a dźwięk przekręcanego klucza obijał się od szaroburych ścian pomieszczenia, którego mimo usilnych prób, żaden z nas nie mógł nazwać pokojem.

Przyzwyczai się - przeszło mi przez myśl. Postukałem ładnym, odpowiednio naostrzonym ołówkiem w czystą kartkę papieru, ze zirytowaniem próbując znów się skupić i odgonić natrętne myśli. W końcu wszyscy się przyzwyczaimy.

Podniosłem wzrok na różowawe niebo, zaskakujące intensywnością i czystością swojej barwy w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Zaskakująco żywe, odcinało się od ciemności nocy, następującej zbyt szybko i nie pozwalającej cieszyć się tak dawno niewidzianym światłem dnia. Ciche westchnięcie stojącego obok mnie chłopaka, którego niemalże czarne włosy wymykały się z ciasno związanego koku. Uniosłem lekko kąciki ust do góry, patrząc jak wyciąga przed siebie rękę i wpatruje się w nabierające naturalnych odcieni ciało.

- Prawie jak prawdziwe, prawda? - zapytał, sam siebie, odwracając głowę w stronę nadchodzącego mężczyzny. Zdjął z twarzy porcelanową maskę skrytobójcy i uśmiechnął się do niego pogodnym, spontanicznym uśmiechem. Odwróciłem wzrok, zdając sobie sprawę, że był on przeznaczony tylko dla posępnej postaci o zabandażowanej twarzy. - Piękny zachód słońca, nieprawdaż, panie Zabuza?

- Zachody zazwyczaj są piękne - odpowiedział, opierając się o kamienny murek, dzielący nas od olbrzymiej przepaści, chroniącej to miasto od niechcianych spojrzeń. Rzucił mi nieco rozbawione spojrzenie, rozczochrując długie włosy chłopaka. - A widziane po raz pierwszy od kilku lat, przytłaczają swoim pięknem. Mimo wszystko jest to rzecz, za którą się tęskni, co nie, Uchiha?

- Nie wiem. - Wzruszyłem delikatnie ramionami, w oddali dostrzegając nikły kształt ptaka, rozpościerającego skrzydła. Zmrużyłem nieco oczy, na próżno próbując rozpoznać gatunek zwierzęcia. - Zachody były ostatnią rzeczą, nad którą miałem czas się zastanawiać. Przecież byliśmy geniuszami, nam nie dane było zastanawiać się nad pięknem tego świata. Już jako dzieci zabijaliśmy w imię tej innej sprawy, która nie była naszą. Z tobą było tak samo, Zabuza. Nawet z Haku. - Spojrzałem na znajdującego się pomiędzy nami chłopca, który próbował dotknąć drobnego, białego motyla. - A teraz, ta dziwna ironia pozwala się śmiać tym, których kiedyś z zimną krwią zabiliśmy. Dlaczego nam nawet po śmierci nie należy się wieczny spokój?

- Nie wiem - odpowiedział mężczyzna, odwracając się w moją stronę i zdejmując denerwujący bandaż z twarzy. Ponownie podniosłem wzrok na niebo. - Chyba zbyt często zabijaliśmy, chcąc zyskać nieśmiertelną chwałę.

- Masz rację, Zabuza. - Uśmiechnąłem się drwiąco do samego siebie, chcąc ukoić przemożną ochotę głośnej kpiny, pragnącą wyrwać się ze zduszonego gardła na temat czegoś, co powoli, im dłużej tu byliśmy, nabierało kształtu. Westchnąłem cicho, unosząc głowę i przymykając oczy. - To chyba kiedyś nazywało się karmą.

Noc wciąż była czymś, co sprawiało swoistą radość i momentami hipnotyzowało ukrytym w głębi mroku pięknem. Ciemne, bezgwiezdne niebo odbijało się w naszych pustych oczach, które nagle nabierały ludzkiego blasku, wywołując ciche westchnienia z gardeł. Tworzyła ułudę czegoś, co tak naprawdę nie miało nigdy miejsca w obecnym świecie, ani w chorych planach Madary, w których ten uważał się za boga.

Drzwi uchyliły się, wpuszczając do środka powiew świeżego, chłodnego powietrza. Nie odrywałem wzroku od kilku słów napisanych na skrawku papieru, który z iście stoickim spokojem obracałem w dłoni. Mimowolnie mrużąc oczy, spodziewałem się dotknięcia broni na gardle i ponownego ujrzenia tej cudownej krainy, z której Kabuto wyrwał mnie i innych, chcąc zamienić w bezwolne marionetki. Jednakże nie było błysku stali, a ja po kilku sekundach odwróciłem się zirytowany, spojrzeniem napotykając porcelanową maskę.

- Zabiłeś Konan - stwierdziłem, patrząc na skomplikowany wzór, łączący się z trzema dużymi łezkami. Kiwnął głową, siadając na nieposłanym łóżku, które jęknęło cicho pod jego ciężarem. - A potem znalazłeś grób Nagato. Nie ma dla ciebie żadnej świętości, Madara? Zbyt długo przebywasz z Kabuto.

- Też się za tobą stęskniłem - odpowiedział nieco ironicznie mężczyzna, powoli zdejmując maskę, spod której błysnęły złowieszczo czerwone tęczówki. Jego ponurą twarz wykrzywił grymas, łudząco podobny do uśmiechu. - Swoją śmiercią przekreśliłeś dość znaczną część moich planów. Zbyt dużo o mnie wiedziałeś, ale teraz nie jesteś kimś, kto byłby w stanie zniszczyć moją idealną wizję świata lub choć trochę zmienić wynik wojny. W pewnym sensie powinienem być ci wdzięczny. Twoja śmierć dało mi Sasuke. Jest twoją ulepszoną wersją, która nie posiada żadnych innych celów oprócz zemsty.

- Sasuke wciąż jest dzieckiem, którym można bez problemu kierować - odpowiedziałem beznamiętnie, mimowolnie napinając mięśnie. - Pewnego dnia obudzi się i stwierdzi, że to tak naprawdę twoja wina. Zrozumie w końcu, że każdy ma wybór, którego wynik może przesądzić o istnieniu setek ludzi. Zacznie się wtedy zastanawiać nad swoimi decyzjami.

- Przecież sam w to nie wierzysz. - Prychnął cicho. Wstał, podchodząc do mnie i kładąc dłonie na ramionach, syknął do ucha. - Sasuke się nie zmieni. Dzięki tobie może być tylko gorszy. Wkrótce przestanie rozróżniać swoich dawnych przyjaciół, będą dla niego tylko wrogami, którzy zabrali mu ukochaną rodzinę. A ty nie możesz nic zrobić.

- Nie kuś mnie Madara. - Wstałem, mierząc go wściekłym spojrzeniem. Zmrużył lekko oczy, splatając ramiona na piersi. - Bo wciąż mogę zniszczyć twój urojony świat.

- Już nie, Itachi. Teraz jesteś nikim.

Następny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu

Brak komentarzy.