Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Yatta.pl

Opowiadanie

Rezonans

Głębia tożsamości

Autor:Rinsey
Serie:Slayers
Gatunki:Akcja, Dramat, Fantasy, Przygodowe, Romans
Uwagi:Utwór niedokończony, Alternatywna rzeczywistość
Dodany:2026-07-19 12:12:13
Aktualizowany:2026-07-19 12:12:13


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Kopiowanie całości lub fragmentów przez osoby trzecie bez zgody autorki jest zakazane.


Rozdział 22

Głębia tożsamości

Krople intensywnego deszczu w równomiernym tempie uderzały o dach najwyższej z wieży starego kościoła. Delikatna strużka znalazła pojedynczą dziurę w konstrukcji i przedostała się do środka komnaty, spływając po śnieżnobiałej ścianie na marmurową podłogę. Jednak oczy brązowowłosej kobiety tak były skupione na sferze wypełnionej pajęczyną pasm mocy, że nie zwróciła najmniejszej uwagi na niedoskonałość wiekowej budowli.

Ktoś wniknął do wnętrza jej czaru. Tkanego z niezwykłą precyzją od wielu miesięcy, zaklęcia przygotowanego przez nią samą, nazywaną przez wielu, w tym również przez niego, absolutną mistrzynią magii tożsamości.

Kto mógł tego dokonać? Może… Bardzo może mogłaby dokonać tego Sylphiel Nels Rahda. Ale nie… ta dziewczyna miała zdecydowanie za słabą psychikę, aby unieść ciężar tego zaklęcia. Ponadto musiałaby rozpracować klucz do samego rdzenia uroku. Uzdrowicielka nigdy nie miała takiej intuicji magicznej…

Właśnie wtedy stanął jej przed oczami obraz młodej dziewczyny o niesamowicie bystrych czerwonych oczach, kryjących w sobie jednocześnie rzadko spotykany intelekt i tę niesamowitą siłę ducha.

Zacisnęła mocno wargi, tłumiąc słowa niezadowolenia, po czym skupiła całą moc i uwagę na tętniących pod jej palcami nurtach tożsamości.


***


- Ona już mnie wyczuła… - Sylphiel odezwała się, jak tylko otworzyła szeroko oczy na znak, że wyszła z transu. - Nie mamy dużo czasu.

- Dobrze, co udało cię się potwierdzić, Sylphiel? - Czerwone oczy lekko się zmrużyły w pełnym skupieniu.

- Po pierwsze, cel tego zaklęcia. Jego zasięg to całe Varney. Każdy złapany miał zostać pogrążony w koszmarze. Koszmar zaś miał wyssać jego całą siłę życiową, na samym końcu doprowadzając wszystkich do powolnej śmierci.

Lina i Gourry oboje na początku aż zaniemówili. Dopiero po chwili czarodziejka dała upust wzburzeniu i niedowierzaniu jednocześnie.

- Co z tą babą jest nie tak?! Zakładam, że chodzi jej o energię życiową mieszkańców Eques?

- Być może też. Ale panno Lino, nie możemy zapominać, że jest to zaklęcie osadzone w magii tożsamości. Aby korzystać z magii tożsamości, należy bardzo dobrze rozumieć swoje wnętrze. Żadne z uczuć nie może być pogrzebane głęboko w podświadomości, gdyż przy potężniejszych zaklęciach te uczucia mogą pochłonąć maga.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

- Aby stworzyć, tak potężne zaklęcie, musi być ono zakorzenione w bardzo przemyślanym pragnieniu. Skrystalizowanym przez lata myśli i dążeń. Musimy mieć to na względzie, zanim opracujemy plan złamania tego zaklęcia.

- Czyli udało ci się znaleźć rozwiązanie, Sylphiel? - wtrącił z uśmiechem Gourry.

- Dzięki pomysłowi panny Liny - odwzajemniła uśmiech uzdrowicielka. - Nurty tego zaklęcia są ze sobą bardzo ciasno powiązane ze sobą, przez co ciężko znaleźć jakąkolwiek lukę, aby przerwać jego ciągłość. Ale… Gdyby wzbudzić wszystkie nurty jednocześnie, a potem zacząć je wyciszać, następnie znowu wzbudzać i wyciszać, wszystko w idealnym rytmie, myślę, że nawet ta konstrukcja zacznie się rozpadać. Czyli…

- Potrzebujemy obudzić Filię i Amelię i pokonamy tę jędzę! - podsumowała triumfalnie Lina.

- Niestety, to nie wystarczy, panno Lino. Jak wspomniałam, Elsevien, mnie wyczuła. Pewnie szybko się domyśli, co planujemy i zrobi wszystko, aby złamać idealny rytm potrzebny do wykonania pęknięcia.

- Czyli? Widzę, że to rozgryzłaś, Sylphiel, gadaj, co wymyśliłaś!

- Już, panno Lino! - nerwowo założyła kosmyk długich, ciemnych włosów za ucho. - Każde zaklęcie magii tożsamości ma tak zwany rdzeń. I ten rdzeń składa się jednocześnie z emocji maga wymieszanych z nurtami. Stąd wspomniałam, że ważne jest zrozumienie pragnienia, które jest siłą napędową tego zaklęcia. Jedno z nas będzie musiało się zanurzyć w tę część zaklęcia i znaleźć to pragnienie w odmętach nurtów rdzenia. Tutaj niezbędna będzie moc Shyllien, która ułatwi zanurzanie się we wspomnienia Elsevien. Gdy rdzeń zostanie uszkodzony, Elsevien straci połączenie z zaklęciem, co pomoże w jego rozbiciu dzięki rozhuśtaniu nurtów przez Amelię i Filię. Czy brzmi to zrozumiale?

Lina powoli pokiwała głową.

- Jak najbardziej… Dasz radę mnie poprowadzić, Sylphiel? Rozumiem co trzeba zrobić, ale jeszcze nawet nie zaczęłam się uczyć magii tożsamości, potrzebuję przewodnika po strukturze zaklęcia.

- Tak, panno Lino. Ty pójdziesz wybudzić Amelię, Gourry pójdzie wybudzić pannę Filię. Ja w tym czasie utkam sieć, aby połączyć Amelię z panną Filią, a następnie podłączyć je do sieci zaklęcia. Stworzę dodatkowe połączenie od Amelii do rdzenia. Tą ścieżką później pójdziesz ty, panno Lino.

- A kto będzie cię w tym czasie stabilizował, Sylphiel? - wtrącił poważnie Gourry. - Jak zanurkowałaś w to zaklęcie, znowu prawie pochłonęło cię twoje drzewo.

- Przez jakiś czas będę połączona z wami obojgiem, to powinno wystarczyć, aby rozproszyć „moje drzewo” - odparła lekko się uśmiechając, jednak uśmiech nie sięgnął jej oczu.

- Sam nie wiem…. - Szermierz nie wyglądał na przekonanego.

- Gourry, nie mamy innego planu. Inaczej wszyscy zostaniemy przerobieni na energię życiową, która będzie do dyspozycji Elsevien. Kluczem będzie czas. Jak wszystko uda się zrobić w odpowiednim czasie, nic mi się nie stanie.

- Obiecujesz? - Niebieskie oczy skupiły się tylko i włącznie na niej.

- Obiecuję… - odparła z całą pewnością, na jaką było ją stać w tym momencie.

***

Geniusz, niepowtarzalny talent, najmłodszy mag zatrudniony na dworze w historii Seyrun.

Określenia te towarzyszyły jej od dzieciństwa.

Taka mądra, taka zdolna, taka piękna.

Miała ponad 20 lat doświadczenia w przewodzeniu nurtom.

Prawie 10 lat w tworzeniu zaklęć należących do jednej z najtrudniejszych dziedzin magii, magii tożsamości.

Tylko jedna osoba mogła rzucić jej wyzwanie. Jednak dzięki złożoności jej zaklęcia, Szary Wilk był całkowicie odseparowany od jej czaru. Każdy inny szanujący się mag powinien mieć na tyle świadomości, aby wiedzieć, że nie ma żadnych szans, by nawet próbować się wedrzeć do struktury jej zaklęcia.

A jednak wyczuwała jej energię.

Sylphiel Nels Rada podjęła właśnie próbę wtargnięcia do rdzenia jej zaklęcia.

Lekko się zaśmiała w duchu.

Sylphiel była doskonałą uzdrowicielką. Miała niesamowitą wrażliwość na ludzką krzywdę. I ta cecha sprawiała, że w tej kategorii niemalże nie miała sobie równych. Od zawsze było to dla niej jasne, że emocje, nie muszą, ale mogą wspomagać działanie czarów. Ale magia tożsamości? Tutaj trzeba było wykazywać się niesamowitą wytrzymałością psychiczną. Sylphiel, którą znała, nawet by się nie odważyła rzucić jej wyzwania.

Ponownie ukazała jej się przed oczami postać rudowłosej dziewczyny.

Czy to byłaś ty, Lino Inverse?

Z resztą, to nie było istotne.

Zmiażdży ich wszelkie wysiłki w zarodku. I przypomni im wszystkim, kto tutaj jest mistrzynią magii tożsamości.


***


Sieć zaklęcia delikatnie, niczym troskliwa matka, okrywała po kolei Linę i Gourry’ego, a następnie Amelię i Filię.

Jak tylko ten wstępny pomost energetyczny został aktywowany, Sylphiel poczuła jej obecność, co wywołało u niej zimne, nieprzyjemne dreszcze.

Elsevien zawsze wzbudzała w niej niepokój. Nigdy nikomu o tym nie mówiła, zwłaszcza Zelgadisowi, ale ta pozornie ciepła kobieta zawsze wzbudzała w niej niepokój. Kojarzyła jej się z pająkiem, który szczelnie oplata swoją ofiarę nicią słodkich słów i obietnic, aby na samym końcu wykorzystać ją w korzystnym dla siebie celu.

Nigdy nie zapomniała słów, które kobieta skierowała w jej stronę, gdy Sylphiel z ogromnym trudem próbowała opanować magię tożsamości, z pozornie wyrozumiałym uśmiechem.

- Sylphiel, radzisz sobie całkiem nieźle. Ale nie oczekuj od siebie zbyt wiele. Jesteś delikatną, ciepłą dziewczyną. Magia tożsamości może doprowadzić do destrukcji tak kruchej psychiki.

Przywołane wspomnienie sprawiło, że ponownie jej dłonie zaczęły się trząść.

Przestań! Masz ludzi, którzy w ciebie wierzą i którzy na ciebie liczą. Jesteś kimś innym niż byłaś kilka lat temu! - upomniała samą siebie w myślach.

Ponownie skupiła się na przepływie nurtów otulających sny Shyllien i Xullan Rejonu Varney, po czym wydała z siebie okrzyk zaskoczenia.

No tak, Elsevien jak mało kto, wiedziała, jak usidlić swoje ofiary.

Niektórym należało pokazać lustro, pokazujące ich największe lęki.

Innych zaś dużo łatwiej było uwięzić w mirażu szczęścia zaklętego w ulotnym echu przeszłości bądź złudnego mirażu przyszłości.

Panna Lina i Gourry nie będą mieli łatwego zadania…

***

Na dziedzińcu kompleksu pałacowego Seyrun panował radosny gwar. Szaro-srebrne cegły zdawały się emanować jasną księżycową aurą. Był to sprytny trik głównego budowniczego. Chociaż w Eques cała materia była nasączona magią, tutaj akurat była to zasługa niesamowitej właściwości materiału budowlanego, pozyskiwanego z Księżycowych Gór, najwyższego pasma górskiego w Seyrun, których to skały absorbowały światło księżyca. Efekt był po prostu oszałamiający. Grupa młodych adeptów magii podążająca za potężnym starym mentorem o długiej siwej brodzie zdawała się zupełnie zapomnieć o toczącym się wykładzie. Zatrzymawszy się i utkwiwszy oczy we wspaniałej budowli, bezwiednie naśladowali kilku malarzy rozstawionych pomiędzy dumnie wznoszącymi się dębami, usiłujących zakląć tę ulotną chwilę za pomocą płótna i pędzla.

Nagle pośród zgiełku rozległ się czysty, donośny dźwięk trąbki. Część adeptów rozejrzała się wokoło. Jeden z nich nagle się obejrzał za siebie i krzyknął do kolegów z grupy.

- Nadchodzą Święci Wojownicy Ceiphieda! Och! Tam jest moja siostra! Patrzcie, to ta blondynka!

- Jacy oni są piękni! I dostojni! Chciałabym taka być, jak dorosnę!

- Ale co oni tu robią?

- Głupku, jak można nie wiedzieć? To przyboczna straż księżniczki!

- Księżniczki? Księżniczki Amelii?

- No przecież nie księżniczki Gracii!

Gdzieś pośród tłumu błysnęły bystre czerwone oczy.

- Mam cię!


***


Pojedynczy promień słońca padł prosto na poduszkę, na której rozlewała się mieniąca się złotym blaskiem kaskada blond włosów. Niebieskie oczy otworzyły się szeroko z widoczną irytacją.

- No nie mógł zasłonić tego głupiego okna - wymruczała półprzytomnie pod nosem.

Ale zaraz, zaraz, czy słońce naprawdę powinno być tak wysoko o godzinie ósmej rano?

Natychmiast jej wzrok powędrował w stronę zegarka.

- Jedenasta?!

Jak mogła tak zaspać?! Czemu durny Xelloss jej nie obudził?!

Błyskawicznie zerwała się z łóżka i ruszyła do łazienki. Z impetem weszła pod prysznic, a jej umysł starał się ułożyć jakikolwiek plan działania i listę priorytetów.

Herbaciarnię jako tako da się ogarnąć. Dzisiaj nie powinno się pojawić wielu gości z rana.

Jedenasta to już dawno nie jest rano - odezwał się irytujący głosik jej w głowie, który zdecydowała się zignorować.

W pół do dwunastej miała przyjść dostawa nowych herbat sprowadzanych z samego Seyrun. To był absolutny priorytet.

O piątej po południu zapowiadał się Xelloss. Kazał jej obiecać, że zamknie herbaciarnię wcześniej i „zrobi się na bóstwo”.

Na samą myśl przeszedł ją dreszcz podniecenia.

Byli razem już rok. Wytrwali razem okrąglutkie dwanaście miesięcy. Wściekała się na niego, drażniła się z nim z całą zaciętością, jaką była z siebie wykrzesać. Bywała paskudna, bywała czuła, bywała okropna, bywała przemiła, bywała absolutnie nieznośna.

Była po prostu sobą.

A on to w pełni akceptował i po prostu był z nią.

Nigdy wcześniej nie była tak szczęśliwa.

Już w pełni ubrana w firmową różową sukienkę z uroczą białą filiżanką wyszytą na piersiach zeszła na dół zerknąć na stan herbaciarni.

Z przerażeniem stwierdziła, że pod drzwiami czekał pojedynczy klient i przyśpieszyła kroku.

- Serdecznie, zapraszam! - otworzyła drzwi z entuzjazmem, w którym była widoczna radość, ogromne poczucie szczęścia i spokój ducha.

- Cześć, Filia! - Pomieszczenie wypełniło radosne powitanie rosłego mężczyzny o długich blond włosach.

- Przepraszam... Ale kim pan jest?

- Nie poznajesz mnie? - W jego niebieskich oczach pojawiło się autentyczne zaskoczenie. - To ja, Gourry.

W jednej chwili poczuła tak silne ukucie w sercu, że mimowolnie się cofnęła w głąb lokalu.

Nowo przybyły zrobił kilka kroków w jej stronę.

- Potrzebujemy twojej pomocy, Filia. Musisz się obudzić.

Jej serce natychmiast wypełniło się niemym krzykiem.

Nie, nie, nie, nie, nie.

Na ustach pojawiły się słowa, których jej świadomość nie rozumiała zbyt dobrze.

- Nie chcę. Tu jest dobrze. Już wystarczy. Już dość zrobiłam. Zasłużyłam na odpoczynek.

- Filia... Nie możesz tutaj zostać.

- A właśnie, że mogę. Idź stąd.

- Nie mogę tego zrobić. Sylphiel, Lina, wszyscy będą w niebezpieczeństwie, jeśli nie wrócisz.

Nie słyszała dalszych wypowiadanych przez niego słów. Całe jej wnętrze opanował czysty, gorący bunt.

Żar emocji stał się energią, a energia nurtem, posłusznym pani ten kotwicy tożsamości.

- IDŹ STĄD!!!

W otoczeniu jasnego blasku mężczyzna zwany Gourry’m rozpłynął się w powietrzu.


***


Kolejni wojownicy Ceiphieda maszerowali w idealnym rytmie w pozłacanych, białych uniformach. Zwarty szyk szczelnie otaczał kilkuletnią dziewczynkę o mądrych granatowych oczach i ciemnych włosach do ramion.

- Amelia? - Lina jęknęła niespodziewanie na głos.

Amelia była... małą dziewczynką?

Skupiła się na moment, próbując zajrzeć w głąb zaklęcia w miarę swoich możliwości.

Pośród standardowych nurtów otaczających głębię jaźni nowo narodzonego Filara, rozpoznała kręgi mocy o ciemnej aurze.

Skutki interferencji dwóch mocy rozpoczynających walkę o władzę nad zaklęciem.

Sylphiel... Dasz radę. Dasz radę. Tylko nie przestawaj w siebie wierzyć.

Jak tylko wypowiedziała w myślach imię uzdrowicielki, przestrzeń wokół niej się zakrzywiła.

Na samym środku kompleksu pałacowego zmaterializowała się wielka wieża zegarowa. Dłuższa wskazówka ustawiła się na dwunastce, a mniejsza na jedenastce...

Godzina?

Tyle Sylphiel da radę wytrzymać na placu boju.

Kurwa.


***


Gourry stał pośrodku bezkresnej pustki. Oczy zamknięte, ręce opuszczone, zwisające bezwładnie wzdłuż tułowia. Po chwili jego usta poruszyły się prawie niezauważalnie.

- Rozumiem cię, Filia. Naprawdę cię rozumiem. Ale Sylphiel jest w niebezpieczeństwie. I nie mamy czasu. Mam nadzieję, że nie będziesz mi miała tego za złe.

Jego oczy otworzyły się szeroko pełne determinacji i powagi. Powoli uniósł jedną dłoń przed siebie.

- Przybądź - wyszeptał, rozpraszając wszechogarniającą ciszę.

Niewielu znało prawdziwą moc posiadacza miecza światła.

Miecz światła był legendarnym artefaktem, który wybierał jednego wojownika na swojego władcę.

Był to miecz o świętej mocy, darowaną ludziom, aby zwalczali perfidne bestie i nienawistne Demony.

Był to też oręż przenikający wszelkie granice czasoprzestrzeni, zawsze odpowiadając na wezwanie swojego dzierżyciela.

W zaginionym podwymiarze tożsamości aktualnego Xullan zmaterializowało się święte ostrze.

Szermierz niemalże z namaszczeniem chwycił srebrzystą rękojeść obiema dłońmi, po czym rozkazał cicho:

- Światło.

Klinga w jednej chwili rozjarzyła się potężnym strumieniem świętej energii.

- To nie będzie przyjemne, Filia. Obiecuję, że będzie bolało bardzo krótko.

Następnie wziął zamach i przeciął świetlistym ostrzem pustkę będącą budulcem świadomości Filii Ul Copt.


***


To trwało zaledwie chwilę.

W jednej sekundzie stała w swojej herbaciarni przepełniona poczuciem szczęścia i spełnienia.

Moment później każdy z jej zmysłów po kolei był brutalnie odcinany od tego, co wydawało się jej być rzeczywistością.

Najpierw przestała czuć aromaty swoich ukochanych naparów herbacianych.

Gdy zaniepokojona odwróciła się za siebie, zorientowała się, że wstawiony czajnik na wodę już dawno się zagotował.

Nie słyszała szumu gotującej się wody.

Kiedy wyciągnęła dłoń, aby wyłączyć gaz, zdała sobie sprawę, że w ogóle nie czuje pod palcami ani ciepła ani zimna.

Nic nie czuła.

Przerażona złapała się za uszy i próbowała pochwycić wzrokiem coraz bardziej zamazujący się obraz.

Nie wiedziała co się dzieje. Natychmiast opanował ją strach i panika. Zaczęła niekontrolowanie krzyczeć, chociaż nikt, nawet ona sama, nie był w stanie usłyszeć jej głosu.

Świat dokoła niej zaczął wirować coraz bardziej i bardziej, aż znalazła się w świetlistym, pustym pomieszczeniu.

Powoli wracała świadomość, a wraz z nią przemożne poczucie straty…

- A więc to był tylko sen… - Otuliła się mocno ramionami. - Nie chciałam wracać. Nie chciałam… - Po jej policzkach pociekły dwie łzy. - Panie Gourry, czasem potrafisz być naprawdę okrutny…

- A co niby twoim zdaniem powinien zrobić? Pozwolić ci się taplać w tej całej ułudzie? - Nagle ciszę jej umysłu przeciął dobrze jej znany bezczelny głos.

- Val? - Jej oczy wypełniły się kolejnymi łzami. Zrobiła kilka kroków w jego stronę i dotknęła jego twarzy. Była ciepła. Czyżby… - Ale ty… nie żyjesz…

- Owszem. - Wyszczerzył się, prezentując cały wachlarz białych zębów.

Nadzieja tak szybko, jak zaczęła kiełkować w jej sercu, została beznamiętnie zdławiona.

- A więc jak to możliwe?

- Pomyśl trochę, siostra. - Pogłaskał ją po głowie, po czym usiadł po turecku w niedużej odległości od niej. - Jesteś uwięziona w zaklęciu. Zaklęciu twojego umysłu. Czym więc mogę być jak nie częścią twojego umysłu?

Filia ciężko westchnęła, po czym również powoli usiadła na podłodze wydającej się być zbudowaną z nicości naprzeciwko Valgaarva.

To prawda… Ten Val był weselszy, dużo bardziej beztroski, nieobciążony przeżyciami, które doprowadziły go do zesłania do Ruelzaar. To było całkiem logiczne, że ten Val został stworzony przez jej umysł.

Pomijając fakt, że na jej oczach jego martwe ciało powróciło do nurtów.

- Mój umysł naprawdę jest aż taki bezlitosny? Przywołał twoją osobę, aby zwiększyć wyrzuty sumienia, że dałam się usidlić w tak żałosny sposób?

- Przecież absolutnie uwielbiasz wzbudzać w sobie poczucie winy na wszelkie możliwe sposoby i się potem tym torturować, ile wlezie, co nie?

Smoczyca uśmiechnęła się smutno.

- Chyba coś w tym jest… - Po czym pokręciła głowa, uniosła dłonie na wysokości twarzy i całkiem mocno uderzyła swoje policzki. - Dobra, koniec tego mazgajstwa. Już to przerabiałam sama ze sobą. Podjęłam decyzję. Postanowiłam powalczyć trochę o świat, w którym Val czułby się szczęśliwy. W obecnym stanie ledwo mogę ci spojrzeć w oczy, nawet gdy jesteś częścią mnie i tylko przybrałeś kształt Vala. Pan Gourry i reszta potrzebują mojej pomocy. Jesteś, mam nadzieję, ucieleśnieniem mądrzejszej części mojego umysłu - zwróciła się ku bratu. - Jak mam się stąd wydostać?

W złotych oczach Valgaarva była widoczna powaga i skupienie.

- Obecnie nie będziesz w stanie tego zrobić.

- Dlaczego?

- Bo głęboko wewnątrz siebie wcale nie chcesz wracać. Gourry dzięki mieczowi światła odciął cię od ułudy zaklęcia. Ale to nie zmienia faktu, że ty chciałaś tam zostać. Racjonalnie, jak zawsze, idziesz w stronę poczucia obowiązku. To zaklęcie jest niesamowite. Wręcz żywi się twoimi słabościami. Robi wszystko, aby zatrzymać cię w sobie.

Nie chciała tego słuchać. Nie chciała słuchać, jak bardzo jest żałosna…

- Val. Jak. Mam. Się. Stąd. Wydostać?

W złotych oczach pojawił się wesoły błysk.

- To proste - wzruszył ramionami. - Wyjdziesz stąd, jak zaklęcie nie będzie miało się czym karmić. Gourry i tak ci ułatwił sprawę.

- Bo mogę rozmawiać z częścią siebie, która mi w niczym nie pomaga? - wtrąciła z irytacją.

- Miałaś marzenie. - Utkwione w niej spojrzenie złotych oczu ponownie stało się poważne. - Od niemalże zawsze. Ale z poczucia obowiązku zawsze dławiłaś je w zarodku. Dopiero wroga ułuda pozwoliła mu się zmaterializować…

Złość. Gorąca złość na wszystko wokół i samą siebie w jednej chwili wypełniła jej wnętrze.

- I co z tego? Wciąż nie rozumiem, jak mam wrócić! Panie Gourry… Przepraszam… Ja nie wiem, o co tutaj chodzi… Nie wiem, jak mam wrócić…

Znowu. Znowu przez nią ktoś zginie.

- Pomyśl, siostra. Co się robi ze słabością? - Głos Valgaarva był nieustępliwy.

- Ignoruje się ją. Zakopuje głęboko w swoim bycie. I udaje się, że nigdy nie istniała - wyszeptała, mocno zaciskając dłonie. Z jej oczu pociekły kolejne łzy. Tym razem łzy wściekłości. Na własną nieudolność. Niemoc. I nieporadność.

- Nie, Filia. Słabość się akceptuje i idzie się z nią przez życie. - Nagle rozległ się nowy męski głos.

Zszokowana Smoczyca gwałtownie odwróciła się w drugą stronę.

- Pan Gourry?

Wojownik uśmiechnął się do niej ciepło.

- Wreszcie mnie do siebie dopuściłaś.

Siedzący po jej drugiej stronie Valgaarv również się uśmiechnął.

Filia natychmiast zaczęła się gęsto tłumaczyć.

- Panie Gourry, ja przepraszam. Ale jak mam zaakceptować to… żałosne pragnienie? Mam ważne cele. Jestem winna to Valowi… Postanowiłam spróbować stworzyć taki świat, aby Val był ze mnie dumny… Muszę spróbować być Xullan, której teraz wszyscy potrzebują. Nie mogę tego robić, a jednocześnie zaakceptować, że moja dusza pragnie czegoś tak niedorzecznego…

- Niby czemu? - Gourry usiadł po jej prawej stronie, dokładnie na wysokości młodszego Ul Copta.

- Co? - To pytanie sprawiło, że w jej głowie zapanowała pustka.

- To prawda, że potrzebujemy twojej siły jako Xultan. - Szermierz ułożył się wygodniej, kładąc dłonie na kolanach. - Ale czemu nie możesz jednocześnie spełniać tego niedorzecznego marzenia? Czy świat, w którym byłabyś naprawdę szczęśliwa, nie może być światem, którego pragnąłby dla ciebie i siebie Val?

Oczy Filii rozszerzyły się w szoku, podświadomie przesuwając się w stronę mistrza Miecza Światła. Czuła się, jakby ktoś otworzył okno i do jej małego ciemnego pokoju wpadł powiew świeżego powietrza.

Mogła sobie pozwolić na coś tak błahego i niemożliwego?

Spojrzała się na postać Valgaarva, jakby chciała znaleźć potwierdzenie w postaci swojego serca.

Młodzieniec, który przybrał postać jej brata, uśmiechnął się i powoli zaczął się rozpływać w powietrzu.

Jej serce wypełniło dziwne, niespotykane wcześniej ciepło.

- Val… - Ponownie zwróciła się do młodego Smoka. - Na pewno wolno mi tak zrobić?

- Przypominam ci, że jestem częścią ciebie, siostra. To chyba logiczne, że jak ty będziesz szczęśliwa, ja jako część ciebie również będę szczęśliwy.

- Wciąż nie wybaczyłam Xellossowi…

- Możesz wybaczać mu powoli. Masz czas, siostra.

- Val… Dziękuję… - wyciągnęła dłoń w stronę jego coraz bardziej zanikającej sylwetki.

- Zawsze będę częścią ciebie. Nie zapominaj o tym. - Jego dłoń musnęła jej rękę, zanim rozpłynęła się w przestrzeni, którą nie wiedzieć, kiedy zaczęły wypełniać przeróżne barwy tęczy…

Po chwili Filia wytarła kolejne łzy i odwróciła się w stronę uśmiechniętego szermierza.

- Dziękuję, Panie Gourry.

- Nie ma o czym mówić. Przepraszam za użycie Miecza Światła, ale musiałem działać szybko.

- Ewidentnie na to zasłużyłam. - Smoczyca również się uśmiechnęła.

Gourry wstał i wyciągnął do niej dłoń.

- Gotowa na powrót?

Filia wzięła głęboki wdech i wydech, po czym chwyciła jego dłoń.

- Tak.


***


Z niedowierzaniem wpatrywała się w przepływ tańczących nurtów na powierzchni magicznej sfery otrzymanej od Czerwonego Kapłana.

Sylphiel jakimś cudem udało się złagodzić jej ingerencję…

Udało im się obudzić Strażniczkę Nurtów.

Gdyby udało im się obudzić nowego Filara, jej czar, którego stworzeniu poświęciła tyle miesięcy…

Nie, nie, nie, nie. Nie.

Nie myśl, słaba uzdrowicielko, że zdołasz mnie pokonać w moją własną grę.

Raz jeszcze skupiła moc i wysłała strumień potężnej energii do sieci zaklęcia magii tożsamości.


***


To śniadanie widziała już wcześniej. Unoszący się wszędzie zapach pieczonego mięsa, świeżych ziół i przypraw. Philionel krzątający się w kuchni, wprawnymi ruchami dłoni mieszający jajecznicę z wielu jaj. Kobieta o dobrze jej znanym granatowym kolorze oczu, z ciemnymi włosami do ramion siedząca przy stole i uśmiechająca się ciepło.

Tuż obok mała dziewczynka o wielkich dziecięcych oczach wypełnionych ufnością i szczęściem, zanurzona w beztrosce idylli rodzinnego poranka.

I ona, zwiastun końca tej beztroski, przybywająca, aby położyć temu wszystkiemu kres.

W tym momencie nie mogła się pozbyć wyrzutów sumienia.

Amelia była tutaj szczęśliwa.

Otoczona rodziną.

I… fałszem.

Jeżeli to było działanie tej całej Elsevien, trudno było nie docenić tego przeklętego kunsztu, tej perfidnej doskonałości w osaczaniu swych ofiar.

Nie było lepszego sposobu, aniżeli usidlić Amelię. Oddać jej rodzinę, pozbawić ją nowo zdobytej siły poprzez cofnięcie do lat dziecięcych.

Wiedziała, że sprawi młodszej dziewczynie kolejny ból…

Jednak to było nieuniknione…

Dobrze wiedziała, że takie szczęście zbudowane z kłamstwa i iluzji nie ma żadnej wartości.

I Amelia była na tyle silna, że ma pewno to zrozumie.

Pełna determinacji wleciała do królewskiej kuchni przez okno i utkwiła wzrok w zaskoczonej dziewczynce.

- Amelio, czy mnie poznajesz? - Jej głos był klarowny i donośny, skierowany do jednej osoby w tym pomieszczeniu.

Rodzice księżniczki zamarli w bezruchu, a dziecko wbiło przerażone oczy w nowo przybyłą.

Póki co wyglądało to dobrze! Udało jej się w jakiś sposób wpłynąć na zaklęcie Elsevien.

- Nie… Kim jesteś?

A może jednak nie było tak dobrze…

- Jestem Lina. Obecna ty pozna mnie za jakieś 10 lat.

- Jesteś z przyszłości?

- Nie, Amelio. To ty zostałaś uwięziona w swojej przeszłości. A ja… wiele osób cię potrzebuje w teraźniejszości.

- Nie wierzę ci… Ona mnie nie potrzebuje. A skoro ona mnie nie potrzebuje, jak może mnie potrzebować ktoś jeszcze?

Nagle w pałacowej kuchni zerwał się wiatr. Lina czuła jak jakaś siła z coraz większym naciskiem zaczyna ją wypychać z pomieszczenia.

- Kto cię nie potrzebuje?

Oczy dziecka wypełniły się łzami, a twarz wykrzywiła się w wyrazie cierpienia.

- Moja siostra… - wyszeptała. - Moja własna siostra mnie nie potrzebuje. Dlatego nie chcę iść z tobą tam, gdzie pewnie nie potrzebuje mnie nikt. Idź sobie.

- Amelio!

- Idź sobie!

Wiatr w jednej chwili stał się tak silny, że zagłuszył wszelkie krzyki.

- Amelio! - Lina zdołała krzyknąć po raz ostatni, zanim potężna siła wypchnęła ją z impetem.


***


Gdzieś w miejscu zapomnianym przez wszystkie dwanaście wymiarów potężny mag, odziany w imponujące karminowe szaty, obserwował przepływ nurtów w ogromnym skupieniu. Skomplikowana machineria, nazwana przez swojego twórcę Laer Vendah, wydawała delikatne dźwięki, gdy przez skomplikowane szklane naczynia krążyły z zawrotną prędkością energie o różnych barwach.

- Panie, co zamierzasz w obecnej sytuacji? - Kobieta o krótkich ciemnych włosach stanęła tuż obok fotela, w którym spoczywał Czerwony Kapłan. Jej żółte oczy z silnym niepokojem wpatrywały się w przepływy nurtów w wymiarze Varney. - Najpierw Valgaarv, teraz Elsevien. Nasze zapasy energetyczne zostały mocno nadwątlone.

- Kwestia samych zasobów energetycznych nie stanowi problemu, Eris - odparł Rezo spokojnym barytonem. - Energia miała stworzyć i aktywować portale na terenie Baharesi. Ten etap planu jest już dawno za nami. Niepokojące jest to, że jeden z moich generałów uwięził cały wymiar bez mojej wiedzy. To błąd z mojej strony. Nie doceniłem jej siły nienawiści. Chociaż jak teraz pomyślę, to coś było w niej od dawna. Sam ją przestawiłem Zelgadisowi wiele lat temu i przez pewien czas szkoliłem ją osobiście. Jak mogłem tego nie zauważyć?

- Panie… - wtrąciła delikatnie Eris. - Ośmielę się zauważyć, że wciąż jesteś człowiekiem. Najgenialniejszym, jaki istnieje. Ale wciąż człowiekiem. Nie wyrzucaj sobie tego proszę. Nasuwa mi się jednak pytanie, czy będziesz interweniował?

- Tak, masz rację. - W jego tonie na ułamek sekundy pojawił się smutek. - Zaś co do mojej interwencji… Prawdę mówiąc, Eris. Nawet gdybym chciał, nie jestem w stanie. W czar Elsevien można ingerować jedynie od wewnątrz. Z mieszkańców Varney tylko Zelgadis mógłby je natychmiast złamać, gdyby był w środku, natomiast on jako jedyny został pominięty w sekwencji zaklęcia.

- Ale przecież Zelgadis i Lina Inverse osiągnęli Rezonans. Czy to nie wystarczy?

- Na pewno daje im to pewną szansę. Ale nie ma żadnej pewności, że uda im się wygrać. Natomiast, gdyby Elsevien się powiodło i przejęłaby moc całego wymiaru… Wtedy będę musiał podjąć tę decyzję wcześniej... A to z kolei mi przypomina: jak ma się nasz nowy pionek zdobyty dzięki uprzejmości Liny Inverse?

- Wciąż się opiera, panie.

- Wciąż? - W jego tonie był słyszalny podziw, lecz nie niepokój. - Cóż za siła ducha. Widać ta siła jest dziedziczna w tej rodzinie.

- Panie… Co zaś planujesz zrobić z Liną Inverse?

Potężny mężczyzna oparł brodą na złożonej dłoni.

- Zadziwiające jest, jaką potężną siłą są ludzkie emocje. Jeżeli Varney przetrwa… Lina Inverse sama do mnie przyjdzie. A za nią bezmyślnie podąży mój wnuk. A wtedy, droga Eris… - Uśmiechnął się szeroko. - Będziemy mogli przejść do ostatniej fazy planu.

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu

Brak komentarzy.