Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Yatta.pl

Opowiadanie

Rezonans

Niedotrzymana obietnica

Autor:Rinsey
Serie:Slayers
Gatunki:Akcja, Dramat, Fantasy, Przygodowe, Romans
Uwagi:Utwór niedokończony, Alternatywna rzeczywistość
Dodany:2026-07-19 12:12:28
Aktualizowany:2026-07-19 12:12:28


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Kopiowanie całości lub fragmentów przez osoby trzecie bez zgody autorki jest zakazane.


Rozdział 23

Niedotrzymana obietnica

Wystarczyło się zanurzyć jedynie na chwilę we wrogie zaklęcie, aby wyczuć dwie potężne siły walczące o kontrolę nad urokiem.

Niestety, można też było wyczuć, że jedna z sił, chociaż błyszczała tak silnym i pięknym blaskiem, jak nigdy wcześniej, nie wytrzyma zbyt długo agresywnego, wręcz napastliwego ataku oponenta.

Musiała działać jak najszybciej.

Póki Sylphiel dzielnie stawiała opór dzikiej szarży nurtów Elsevien.

Jednak obecna szaleńcza ofensywa mistrzyni magii tożsamości mogła oznaczać tylko jedno.

Filia się obudziła.

I teraz od przebudzenia Amelii zależało wszystko.

A więc ich plan przynosił pierwszy powiew wiatru nadziei.

Mogli jeszcze wyjść z tego cało.

W jej piersi ponownie pojawiła się pulsacja żywiołu ziemi. Lekko uniosła dłoń i położyła ją na swojej klatce piersiowej.

Nie była sama.

Nawet jeśli Elsevien skupiała wszystkie swoje siły na utrudnieniu dotarcia do Amelii, musiał istnieć sposób przedarcia się przez zgubny wpływ wrogich nurtów.

Myśl, Lina, myśl!

Scena, która rozegrała się przed jej oczami, była swego rodzaju powtórką z jej własnego transu. Co się zmieniło?

Odpowiedź była oczywista.

Siostra Amelii - Gracia.

Wcześniej pełniła rolę oczywistego antagonisty w scence rozgrywającej się w ramach idyllicznego wspomnienia, uzmysławiając Amelii, że ich rodzice nie żyją i że ona również jej nie potrzebuje.

Widać, że to właśnie był koszmar, z którym zmagała się obecnie księżniczka.

Relacja z siostrą.

W obecnej wizji Gracia była nieobecna, co implikowało pewną zależność…

Może to Gracia była kluczem do wypełnienia pustki w sercu Amelii?

I jeśli tak, jak Elsevien sprawiła, że ta kobieta po prostu zniknęła z otoczenia Filara, który miał zostać tutaj zatrzymany siłą szczęśliwości wspomnień?

Lina zatrzymała się na moment w bezruchu w nagłym olśnieniu.

Zaobserwowała, że siła magii tożsamości polegała między innymi na subtelności działania. Nie na brutalnej ekstrakcji, pozostawiającej w sobie trwały ślad, czym byłoby wydarcie części wspomnienia. Dużo skuteczniejsza była lekka manipulacja ciężarem wspomnień bądź wyobrażeń. Jedne barwy się wzmacniało, inne wyciszało… W ten sposób można było uzyskać nowy obraz bez brutalnej ingerencji w jego komponenty i skuteczniej trzymać ofiarę w objęciach zaklęcia…

Oznaczało to jedno.

Gracia wcale nie zniknęła.

***


Gdy ponownie wleciała przez okno do pałacowej kuchni, oczy małej Amelii rozszerzyły się w przerażeniu.

- Dlaczego wróciłaś?

Lina dyskretnie rozejrzała się po pomieszczeniu. Phil wraz z żoną zastygli w bezruchu. Ziarenka soli lecące na świeżo usmażoną jajecznicę znieruchomiały w powietrzu.

- Poczekaj, Amelio. Chcę tylko z tobą porozmawiać. Nigdzie cię nie zabiorę bez twojej zgody. - Lina niosła dłonie na znak swoich czystych intencji. - Mogę tu z tobą na chwilę zostać?

Spojrzenie dziecka, chociaż wciąż nieufne, zaczęło łagodnieć.

- No nie wiem…

- Jestem trochę głodna, moglibyście mnie poczęstować tą wspaniałą jajecznicą?

To było dobre pytanie. Wzrok dziewczynki powędrował do ojca, który odwrócił się z uśmiechem i z całą swoją beztroską oraz dobrocią odpowiedział Linie zamiast córki.

- Oczywiście! Amelio, nie możesz głodzić swoich gości! - zwrócił się do dziewczynki. - Zapraszamy! Dołącz do nas, Lino - zwrócił się do rudowłosej. - Kochanie, możesz rozstawić talerze? - skinął na swoje dziecko.

Lina uśmiechnęła się pod nosem. Podświadomość Amelii zapamiętała jej imię. Dobrze.

Ponownie poczuła w sobie obecność ziemi. Tętniąc w jej wnętrzu niczym drugie serce.

- Dokładnie, kochanie! - dodała żona Philionela, z uśmiechem sięgając do szuflady po sztućce.

- Tak jest, tato, mamo! - Mała Shyllien z entuzjazmem pobiegła do szafki z naczyniami i po chwili przytachała w małych dłoniach stos talerzy. Uśmiech rudowłosej czarodziejki się poszerzył. - Jeden, dwa, trzy, cztery… pięć? Czemu wzięłam pięć talerzyków? - Zaczęła się zastanawiać na głos dziewczynka.

- Dobrze policzyłaś, Amelio - powiedziała cicho Lina, siadając na ławie tuż obok stołu kuchennego naprzeciwko księżniczki.

- Na pewno? Mama, tata, ty, ja…

- I Gracia - zakończyła stanowczo młoda kobieta.

- Gracia? - Oczy dziecka zaszkliły się łzami.

- Gracia. Ona zawsze była obok ciebie, Amelio. Nigdy nie zniknęła, czyż nie?

Jak tylko skończyła wypowiadać te słowa, tuż obok Liny zmaterializowała się znana jej postać.

Długie, ciemne włosy opadające na nieskromny uniform, na jaki składała się skórzana bielizna, peleryna oraz ochraniacze. Wysoka sylwetka o niebieskich oczach tak bardzo podobnych do oczu obu Shyllien - ojca i córki.

- Amelio…


***


Jak one to robiły?!

Pierwsze krople potu zaczęły spływać po jej czole. Dłonie zaczynały kostnieć od gęstego przepływu czystej surowej mocy. Z zagryzionych nerwowo w ogromnym skupieniu ust, pociekła strużka krwi.

Była tak pochłonięta ingerencją w zaklęcie, że nie zauważyła, że coraz więcej deszczówki zaczynało przenikać przez dach starego, zdobionego kościoła.

Kolejne wysyłane fale mocy, mające na celu uszczelnienie uroku, tworzyły zgodnie z jej planem coraz szczelniejszy kokon nurtów.

Sylphiel już miała w garści. Uzdrowicielka nie miała już szans wydostać się z jej sieci. To było kwestią czasu, zanim z powrotem zostanie uwięziona w nowym koszmarze…

A mimo wszystko ona wciąż stabilizowała połączenie ze wzmocnionym przez nią samą kokonem sennym małego Filara.

Po którym Lina Inverse wciąż poruszała się bez przeszkód, z gracją lawirując pomiędzy kolejnymi zgubnymi, tkanymi przez nią nićmi uroku.

Skąd w słabej uzdrowicielce było tyle woli walki? Sylphiel, którą znała poddałaby się już dużo wcześniej…

Lina Inverse pomimo całego swojego potencjału wciąż była początkującą, mało doświadczoną czarodziejką.

Skąd czerpała siłę, aby poruszać się po śnie Filara?

Nagle w jej głowie stanęło wspomnienie potężnej siły będącej prawie idealną mieszanką ognia… i ziemi.

W jednej chwili złożyła dłonie w pięści.

- No nie mówcie mi, że ich Rezonans jest tak potężny, że przenika moje zaklęcie! - krzyknęła pełna frustracji. Jej głos odbił się głuchym echem po prawie pustym pomieszczeniu. - Cholera, cholera, cholera!!!

Uderzyła złożoną w pięść ręką o ścianę i jęknęła z bólu.

Gdy obserwowała drobne krople krwi na swojej dłoni, jej klatka piersiowa ponownie zaczęła unosić się w miarowym tempie.

- Nie zostawiacie mi wyboru…


***


- Gracia?

- Mówiłam ci wielokrotnie, młoda. Naaga jestem. Naaga the Serpent. Ohohoohooho! - zakończyła donośnym śmiechem.

Lina spojrzała na rodzeństwo z lekkim niedowierzaniem. Czy matka w tej rodzinie była jedyną normalną osobą?

- To naprawdę ty?

- I tak i nie - odparła Gracia już dużo poważniej. - Jestem częścią twojego umysłu, Amelio. Ignorowałaś mnie, bo bałaś się mnie wspominać. Zakopałaś się w szczęśliwym wspomnieniu, bo boisz się życia w samotności. Musisz pokonać ten lęk.

- Nie… Ja nie chcę… Tutaj jest dobrze… Bezpiecznie… Ciepło… Tam, gdzie nie ma rodziców jest tak szalenie zimno…

Gracia wstała gwałtownie i walnęła rękami o stół.

- Amelio! Nie bądź tchórzem! Obiecałaś tacie, że mnie odnajdziesz! Masz mnie przeprosić w jego imieniu, nie pamiętasz? Chyba nie ośmielisz się zapomnieć o ostatniej prośbie naszego ojca?

- Nie… Oczywiście, że nie… - W oczach Amelii ponownie pojawiły się łzy. Jej małe ciało trzęsło się z zimna i narastającego poczucia winy, a po chwili otuliło się delikatnym, ledwie zauważalnym światłem.

Lina myślała, że coś jej się przewidziało. Przetarła oczy i ponownie spojrzała na księżniczkę.

Nie, wzrok jej nie mylił! Amelia rosła… Obecnie wyglądała na około 10 lat…

- Powiedz mi, czego się boisz? - kontynuowała bezlitośnie Gracia.

- Ja….

- Wypowiedz to na głos.

- Boję się, że…

- Dalej, Amelio!

- Że zawsze już będę sama… Bo… opuściłaś Seyrun przeze mnie!

- Dlaczego?

- Zawsze byłam ci tylko kulą u nogi. - Po policzkach dziewczynki obficie spływały kolejne łzy. - Byłaś starsza, większa, mądrzejsza, zdolniejsza… Wtedy… Gdy mama umarła… Ja byłam na ciebie zła, że ciągle zostawiasz mnie samą… Krzyknęłam do ciebie…

- Powiedz to na głos, Amelio.

- Że wolałabym, abyś to ty zniknęła zamiast mamy! - wykrzyczała, jakby szybkość wypowiedzenia tych słów zmniejszyła ich wagę i zaklęte w nich cierpienie.

Gracia podeszła do siostry i pogłaskała ją po głowie.

- Dobra robota, Amelio. - Po czym zwróciła się do obserwującej całą wymianę w dotychczasowym milczeniu czarodziejki. - Lino Inverse, co o tym sądzisz? Czy prawdziwa Naaga znienawidziłaby Amelię?

Lina wymieniła z Gracią znaczące spojrzenie, po czym usiadła po drugiej stronie księżniczki i złożyła dłonie na kolanach.

- Też mam starszą siostrę, Amelio. Jest bardzo, bardzo straszna. Zawsze się jej bałam - Lina uśmiechnęła się sucho. - Teraz przeze mnie zginęła nasza babcia, a ona sama została porwana przez Rezo. Też się boję z nią spotkać… Boję się usłyszeć, co ona powie… Jak mnie osądzi… Ale… - Młoda kobieta podniosła dumnie głowę i spojrzała małemu Filarowi prosto w oczy. - Nie powstrzyma mnie to przed tym, aby zrobić wszystko, aby się z nią spotkać. To w końcu moja jedyna siostra… Czy ty nie masz podobnie, Amelio?

Niebieskie oczy rozszerzyły się w szoku.

- Mam iść naprzód pomimo tego, że tak bardzo się boję?

- Tak, Amelio. Nie ma innego sposobu, innej drogi niż naprzód. Ale obie mamy szczęście. Nie jesteśmy same. Zelgadis, Sylphiel, Gourry, Filia… Oni wszyscy na nas czekają. Wierzysz mi? - wyciągnęła do niej dłoń.

Księżniczka spojrzała najpierw na dłoń czarodziejki, a potem na swoją siostrę.

- Naaga, czy naprawdę mogę iść cię szukać?

Gracia uśmiechnęła się lekko.

- Mnie się pytasz? Ja zawsze robię, co zechcę. Ohohohoho! - Ponownie pałacową kuchnię wypełnił donośny śmiech. - Tak samo postępuje twoja koleżanka, którą tak podziwiasz. I ty też tak możesz, młoda - dodała po chwili Gracia, uśmiechając się szeroko. - Nie potrzebujesz niczyjego pozwolenia.

Z oczu Amelii ociekły kolejne strużki łez, jednak dziewczynka szybko wytarła je brzegiem dłoni.

- Panno Lino…

Czarodziejka uśmiechnęła się z satysfakcją. Obok niej siedziała szesnastoletnia dziewczyna, którą poznała kilka miesięcy emu.

- Ja.. chcę wrócić. I spróbować znaleźć Naagę, nawet jeśli nie będzie chciała mnie widzieć.

- A jak nie będzie chciała z tobą rozmawiać?

- Zrobię jej jajecznicę! - Na twarzy Amelii malowała się czysta determinacja. - I będę za nią chodzić, dopóki mnie nie wysłucha!

Lina zaczęła się głośno śmiać.

- Brzmi jak dobry plan! To jak? Wracamy? - Raz jeszcze wyciągnęła do niej dłoń.

Amelia również odpowiedziała uśmiechem.

- Wracajmy, panno Lino! - odparła, zaciskając dłoń wokół ręki czarodziejki.

Zaledwie chwilę później cały pałac zaczął się potężnie trząść.

- Panno Lino! Co się dzieje? Próbuję się obudzić, ale coś ingeruje z zewnątrz…

Czarodziejka błyskawicznie przeanalizowała otaczającą ich siatkę energetyczną.

- To Elsevien… - powiedziała, obserwując nieboskłon, na którym zaczynały być widoczne pierwsze pęknięcia. Świat tworzący jaźń Filara, wyglądał jakby się powoli rozpadał na kawałki. - Musi być już naprawdę zdesperowana. Próbuje zniszczyć twoją duszę, zanim zdołasz się obudzić. Amelio… - zwróciła się do Shyllien. Jej czerwone oczy błyszczały w skupieniu i determinacji. - Spróbuję zatamować wpływ mocy Elsevien. To powinno dać ci chwilę, aby się wybudzić. Następnie natychmiast musisz połączyć się z Filią, ścieżka pośród nurtów utkana przez Sylphiel powinna cię poprowadzić. I to niestety nie wszystko. Potrzebuję, abyś mnie wsparła mocą Filara. Jak tylko połączysz się z Filią, muszę zanurkować do rdzenia zaklęcia wspomagana twoją mocą.

Amelia wpatrywała się w nią z niedowierzaniem.

- Panno Lino, ja nie dam rady… Nie mam takiej kontroli… A ty… jak aktywujesz swoją moc we wnętrzu mojej jaźni?

Lina uśmiechnęła się do niej ciepło.

- Amelio, mówiłam ci już. Nie jesteśmy same. Zaufaj Sylphiel. Ona cię poprowadzi.

- A ty panno Lino?

- Ja również mam wsparcie. Od samego początku. - Zamknęła oczy i dotknęła swojej klatki piersiowej.

„Zel, teraz!” - krzyknęła głośno w swoim wnętrzu wiedząc, że jej mentalne wezwanie do niego dotrze.

W jednej chwili rozległ się świst zwykle towarzyszący fali uderzeniowej. Moment później otoczyła ją aura ognia i ziemi, która w ciągu sekundy zmieniła się w jednolity strumień potężnej mocy o kształcie ogromnego walca.

- Amelio… Zaczynaj… Nie utrzymam tego zbyt długo… - Czuła, że boli ją całe ciało, chociaż dobrze wiedziała, że jest to ból mentalny. Nie umiała sterować mocą powstałą na skutek Rezonansu, ale mogła być narzędziem dla Zelgadisa, którego obecność czuła blisko siebie jak nigdy wcześniej.

Jednocześnie miała świadomość, że jeżeli będzie naczyniem dla tak potężnej mocy zbyt długo, jej umysł w końcu pęknie.

Odgoniła szybko od siebie te myśli. Miała zadanie do wykonania. Resztą będzie martwić się później.

- Amelio! - upomniała wciąż wpatrującą się w nią z przerażeniem dziewczynę.

Jej krzyk był wszystkim, czego księżniczka potrzebowała, aby przywołać się do porządku. Zamknęła oczy i złożyła dłonie jak do modlitwy.

Jednocześnie toczył się wyścig dwóch fali destrukcji złudnego świata dziecięcych wspomnień.

Świadome wybudzenie kontra gwałtowna destrukcja z zewnątrz.

Życie albo śmierć.

Niszczycielski strumień mocy uderzył z impetem o ziemno-ognistą barierę.

Lina głośno jęknęła z bólu. Nogi się pod nią ugięły. Ból stawał się coraz trudniejszy do zniesienia.

I właśnie wtedy rozległ się spokojny szept Amelii.

- Mamo, tato, żegnajcie. Dziękuję wam raz jeszcze za wszystko. Naaga, już niedługo się zobaczmy.

Następny trzask dwóch ścierających się mocy. Kolejna fala bólu nie do zniesienia.

A potem kojący dotyk na ramieniu.

- Panno Lino. Dziękuję. Już wystarczy…

W jednej chwili ból ustał, a otaczający ją świat zaczął się rozpadać na tysiące kawałków.


***


- Panno Lino! Wszystko w porządku?

Powoli otworzyła oczy, obie z Amelią były zawieszone w pustce wypełnionej świetlistymi liniami.

Liniami?

Przecież to były nici zaklęcia Elsevien…

Oznaczało to, że…

- Amelio udało ci się! Wróciłaś! - Czarodziejka przytuliła do siebie młodszą dziewczynę.

- Wszystko dzięki tobie, panno Lino - Uśmiechnęła się miło zaskoczona tym tak rzadkim dla Liny gestem bliskości. - Ale prawie roztrzaskałaś swoją psychikę…

- Ale nic mi nie jest! - Rudowłosa puściła księżniczkę i rozejrzała się dokoła. - Sylphiel? Jesteśmy gotowe - zawołała w głąb zdającej się nie mieć końca pustki.

Natychmiast w odpowiedzi pojawiły się dwa świetliste korytarze.

- Jesteś niesamowita Sylphiel - powiedziała cicho Lina. - Wytrzymaj jeszcze trochę - wyszeptała, po czym zwróciła się do towarzyszki. - Amelio, dotknij mojego korytarza.

- Tak jest, panno Lino! - Dziewczyna posłusznie dotknęła jednego z korytarzy i wysłała tam wiązkę mocy. Chwilę później cofnęła się z ciężkim okrzykiem. - Panno Lino, musisz tam iść?

- Tak, Amelio. To rdzeń zaklęcia. Muszę wyłowić pragnienie, które jest fundamentem tego uroku. Tylko wtedy ostatecznie zakończymy ten koszmar.

- Rozumiem… Ale uważaj proszę. Tam jest aż gęsto od emocji o bardzo ciemnych kolorach.

- Będzie dobrze, Amelio. Ruszaj szybko do Filli. Smoczyca już na ciebie czeka - Lina wskazała głową drugi z korytarzy mieniący się dużo przyjemniejszym blaskiem.

- Dobrze. Na pewno się zobaczymy, prawda?

Lina uśmiechnęła się szeroko.

- No pewnie! Powodzenia i do zobaczenia! Do boju, Amelio!

- Do boju, panno Lino!

Obie uśmiechnęły się do siebie - jakby chciały sobie obiecać, że spotkają się znowu, po czym każda z nich wskoczyła do świetlistego tunelu.

***

Nurty gwałtownie wirowały wokół kobiety o długich blond włosach na tle ciemnej pustki usłanej tysiącami cienkich świetlistych nici. Jej niebieskie oczy otworzyły się szeroko, a na twarzy pojawił ciepły uśmiech, gdy naprzeciwko niej w odległości kilku metrów zmaterializowała się dziewczyna w białej sukience z emblematem Seyrun na piersi o kształcie pięcioramiennej gwiazdy.

Dwie pary niebieskich oczu się spotkały, po czym zabłysły w geście zrozumienia.

Niemalże jednocześnie wyciągnęły przed siebie dłonie.

Każda z nich na samym początku się obawiała, czy sprosta postawionemu przed nią zadaniu.

Chociaż różniły się niemalże wszystkim - wiekiem, doświadczeniem, rasą… Ich lęki były chwilę wcześniej identyczne.

Czy naprawdę dadzą radę zastąpić swojego poprzednika?

Czy nurty faktycznie przyjdą na ich wezwanie?

Czy Varney na pewno dokonało właściwego wyboru?

Odpowiedź przyszła do nich sama.

Czy to instynkt, czy to miłość do magii, czy od początku rozwijany wewnętrzny potencjał… Umysł i ręce wykonały dokładnie to, co było niezbędne w tym momencie.

Wewnątrz ciemnej pustki brutalnego, mrocznego zaklęcia magii tożsamości obejmującego całe Varney rozpoczął się pierwszy taniec nurtów nowo narodzonych Xullan i Shyllien.

***

Korytarz tętniący mocą Shyllien stopniowo zaczął się przeobrażać pod stopami Liny w spiralne schody prowadzące w dół. Pokonywała kolejne kroki w nieprzyjemnym półmroku. Jej instynkt kazał zawracać. Naznaczona magią Amelii wyczuwała niezwykle gęstą mieszaninę emocji - strach, nienawiść i obezwładniającą rozpacz. Otchłań, która chwytała mocno za gardło i wlokła na samo dno. Bez choćby jednego promienia nadziei na ucieczkę.

Ale właśnie dzięki temu wiedziała, że jest we właściwym miejscu.

Rdzeniu zaklęcia magii tożsamości.

Teraz „jedyne”, co musiała zrobić, to znalezienie pragnienia, które było siłą napędową mrocznego czaru.

Po chwili poczuła, że nurty zaczynają drgać. Najpierw chaotycznie, jednak z każdą minutą drgania te stawały się coraz bardziej regularne. Powoli, bardzo powoli zaczynały przywodzić na myśl rytm.

Lina uśmiechnęła się z satysfakcją.

Amelia i Filia wreszcie się spotkały.

Co oznaczało, że teraz to na nich będzie musiała się skupić Elsevien.

Raz jeszcze spojrzała w dół ciemnej, przerażająco rozpościerającej się przed nią drogi.

Teraz albo nigdy, Lina - upomniała się w myślach.

Wzięła głęboki wdech i zrobiła pierwszy krok naprzód.

W jednej chwili poczuła, jak płuca wypełnia jej woda. Odruchowo zaczęła się krztusić, nogi odmówiły posłuszeństwa.

Wykorzystała całą swoją siłę mentalną, aby uspokoić odruchy śmiertelnego ciała.

To nie jest prawdziwe, to nie jest prawdziwe. Nie topisz się naprawdę.

Jakby w odpowiedzi na to stwierdzenie, świat zawirował gwałtownie, prowadząc ją na spotkanie prawdy.


***


- Tato, zobacz! Zostałam najmłodszym nadwornym magiem Seyrun! - Młoda dziewczyna o bujnej brązowej czuprynie, wyglądająca na nie więcej niż 15 lat, rzuciła się na szyję filigranowemu mężczyźnie o rzadkich, siwiejących włosach.

- Brawo, córcia! Jestem z ciebie bardzo, ale to bardzo dumny! Z dnia na dzień stajesz coraz bardziej podobna do mamy. - W ciemnych oczach tak bardzo podobnych do jej własnych zaszkliły się łzy. - Jesteś coraz piękniejsza, jak ona. I coraz mądrzejsza, ale to masz po mnie! - Roześmiał się serdecznie.

- Mama by ci chyba za to dała niezłego kuksańca! - Dziewczyna również się roześmiała, po czym na moment spoważniała. - Chociaż w zasadzie tego nie wiem… Tato… Jaka była mama?

Na twarzy mężczyzny pojawiło się zaskoczenie, które szybko zostało zamaskowane szerokim uśmiechem. Odszedł od stołu uginającego się spod stosu ksiąg oraz chaotycznych notatek i usadowił się wielkim, wygodnym, choć też nieco podniszczonym, fotelu.

- Chodź do taty - zawołał, pokazując gestem swoje kolana.

Dziewczyna mocno się zarumieniła i odwróciła głowę.

- Tato, nie jestem już dzieckiem…

- Zawsze będziesz moim dzieckiem, Elsie.

- Jestem ciężka…

- Jaka ciężka? Chcesz powiedzieć, że uważasz swojego ojca za tak słabego fizycznie, że nie utrzyma własnej córki na kolanach?

Elsevien wyglądała, jakby chciała mu przytaknąć.

- Nie, oczywiście, że nie, tato.

- No to chodź do mnie!

Dziewczyna westchnęła ciężko i poddała się namowom ojca. Zbliżyła się i usiadła na jego kolanach tak delikatnie, jak umiała, próbując jak najwięcej własnego ciężaru przełożyć na swojego nogi. Mężczyzna zdawał się nie zauważyć jej starań, będąc w pełni usatysfakcjonowany, że córka spełniła jego prośbę.

- Twoja mama była najpiękniejszą kobietą w całym Eques. - Rozmarzony zaczął tkać opowieść. - Nawet jeśli nie była w stanie mi pomóc w moich badaniach, miała dużo ważniejszą mądrość. Doskonale rozumiała ludzi. I robiła wszystko, aby każdy czuł się kochany.

- A dlaczego… nigdy mi nie powiedziałeś… Dlaczego mama umarła?

- Eques ma prawo. Magowie, zwłaszcza dzieci obdarzone potężną mocą muszą mieszkać w Eques, aby móc zapanować nad swoją mocą i odpowiednio ją rozwijać. Zaś słabsi magowie nie dadzą rady przetrwać natężenia nurtów w Eques. Twoja mama była wspaniałą osobą, ale była za słaba, aby móc się opiekować tobą w Eques, a byłaś od urodzenia obdarzona bardzo potężną mocą. Podjedliśmy więc decyzję, że ja zamieszkam w Eques i cię wychowam. A jak tylko zyskasz odpowiednią kontrolę, spróbujemy przekonać Radę Seyrun, aby pozwoliła nam zamieszkać w półmagicznym Rejonie. Niestety, twoja mama nie doczekała tego momentu. Zmarła za smutku i żalu, że nie mogła być z nami…

W brązowych oczach pojawiły się łzy, szczęki mocno się zacisnęły, a twarz wykrzywiła się w grymasie złości.

- Jak Eques mogło na to pozwolić?

- Taki jest system…

- Ten system jest…

- Elsie, nie. Nie wolno tak mówić. Dobrze o tym wiesz.

- To niesprawiedliwe…

- Wciąż można pracować nad tym, aby Eques stało się lepsze. Właśnie po to, prowadzę moje badania. Nawet jeśli Rada Seyrun nie uważa ich za godne uwagi…

Dziewczyna cała zesztywniała.

- Tato, co to znaczy, że nie uważa ich za godne uwagi? Chcesz powiedzieć, że Rada odrzuciła twoje podanie o dofinansowanie twoich badań?

- Niestety tak…

- Ale pan Philionel…

- Nie udało mi się pomóc jego żonie… Biedaczka cierpiała na depresję z powodu poronienia dziecka niemagicznego. Z rozpaczy jej wewnętrzny nurt pękł... Nie głosował przeciwko, ale wstrzymał się od głosu. Podejrzewam, że pogodził się z faktem, że badanie wpływu chorób psychicznych na przepływ wewnętrznego nurtu, nie przyniosą pożytku Eques.

Dziewczyna gwałtownie podniosła się z jego kolan i zaczęła z widocznym oburzeniem chodzić dookoła fotela ojca.

- To niedorzeczne! Nie udało ci się jej pomóc, BO jest za mało badań na ten temat! Twoje badania są szalenie ważne, tato! Czemu oni tego nie rozumieją!

- Elsie… Niestety w Eques dominuje pogląd, że jak twoja psychika jest zbyta słaba, nie uniesiesz życia w przepływie nurtów. A takich jednostek Eques nie potrzebuje. Nie może pozwolić im odejść do Rejonów niemagicznych… Po życiu w Eques wpływały by one na przepływ nurtów w tych Rejonach. Jedyne, co ich zdaniem można zrobić, to pozwolić im się wypalić w Krainie Równowagi.

- Równowagi? Chyba umieralni dla słabych jednostek!

- Elsie! Ostrzegam cię! Nie wolno ci tak mówić! Nie przeżyję, gdy również i ciebie stracę! Obiecaj, że zrobisz wszystko, aby dobrze służyć Seyrun. Ja nadal będę prowadzić moje badania. Pewnego dnia Seyrun doceni ich wartość. Po prostu mam za mało wyników… Obiecaj mi Elsie, błagam…

Brązowe oczy rozszerzyły się w szoku.

- Obiecuję….

***


Lina poczuła, że potężny wiatr wypycha ją z obrazu przeszłości i z powrotem znalazła się na zdających się ciągnąć w nieskończoność spiralnych schodach.

To nie było to wspomnienie. Musiała iść dalej. Głębiej. Tam, gdzie ciemność i rozpacz były jeszcze cięższe i mroczniejsze.


***


- Tato? Jesteś tu?

Elsevien, nieco starsza i wyższa, odziana w szykowne białe szaty z wyszytym emblematem pięcioramiennej gwiazdy, weszła do laboratorium ojca. Powoli rozejrzała się po pomieszczeniu. Porozrzucane ubrania, książki, szklane fiolki… Na stole leżały wciąż nierozpakowane pudełka obiadowe. Wzięła do ręki Jedno z nich - różowe w ohydne żółte kropki.

- Wysłałam ci je dwa tygodnie temu - wyszeptała, po czym zawołała głośniej. - Tato?! Wyczuwam twoją energię, czemu się chowasz? - Skierowała się w głąb pokoju, gdzie znajdywały się schody prowadzące do głównej części laboratorium.

Powoli pokonywała kolejne stopnie, drżącą dłonią trzymając się poręczy.

- Tato?

Jak tylko zeszła na sam dół, zatrzymała się w osłupieniu.

W marnym świetle dojrzała drogie magiczne instrumenty rozbite na podłodze. Długi kamienny stół, w domyśle odporny na różne substancje chemiczne i magiczne, ciągnący się przez całe pomieszczenie, stał się czarny od licznych zwęgleń. Krzesła, regały, półki, książki… Wszystko zniszczone, popękane, rozerwane na strzępy, wypełniało całą podłogę. W powietrzu unosił się zapach zgnilizny, potu i niemytego ludzkiego ciała.

- Tato! - Rzuciła się w stronę drobnego mężczyzny, jak tylko dojrzała ruch pośród porozbijanych lamp.

- Kaerho, wróciłaś! - Jego głos był zachrypnięty, jakby nie mówił od wielu dni.

- Tato, to ja, Elsie…

- Kaerho, dokonałem tego! Oddzieliłem nurt wewnętrzny od ludzkiej psychiki! Już nie będziesz musiała umierać. Będziemy wszyscy razem, ty, ja i mała Elsie. Och nasza mała Elsie, muszę jej opowiedzieć, co widziałem. Nurty są łagodne! Już nie musimy bać się ich niszczycielskiego działania! Wszyscy mogą być razem! Już nie muszą cierpieć! Eques jest takie piękne! Widzisz - wyciągnął przed siebie dłoń, wskazując roztrzaskane w drobny mak szklane naczynie - jakie piękne kwiaty tu kwitną?

- Tak, tato… Są bardzo… piękne… - przytaknęła, tłumiąc ściskający gardło płacz.

***


Wciąż tętniąca w jej wnętrzu moc Filara prowadziła ją przez mroczną mgłę cudzych wspomnień.

To jeszcze nie było to wspomnienie.

Musiała zejść jeszcze niżej.


***


- Panno Lino, już jesteś bardzo blisko. - W wymiarze „spalonych drzew” rozległ się słaby głos Sylphiel.

Nie zwracała uwagi na swoje poranione ciało, poszarpane ubranie ani na twarde, ostre korzenie, które otoczyły i mocno ściskały całą jej sylwetkę.

Z każdą chwilą wzięcie oddechu i utrzymanie skupienia na zaklęciu przychodziło coraz ciężej. Ale nie mogła się poddać, jeszcze nie.

Nie była Shyllien, ale doskonale wyczuwała emocje swojej przeciwniczki.

Strach, gniew, niesamowicie głęboki ból.

Przerażający krzyk, który nigdy się nie stał wołaniem o pomoc. Bo jedyne co w niej zostało, to brak wiary w cokolwiek poza samą sobą, samotność i cierpienie.

Siatka mocy zadrżała energicznie pod jej palcami. Odtworzony przez nowego Filara i Strażnika Nurtów rytm zachwiał się niebezpiecznie.

Oznaczało to jedno.

Elsevien przystąpiła do ostatecznego ataku na Filię i Amelię.

A Lina potrzebowała jeszcze trochę czasu, aby zejść w głąb rdzenia zaklęcia.

Istniało tylko jedno rozwiązanie, które pozwoli uratować Varney.

Ku swojemu zdziwieniu nie odczuwała lęku.

Uśmiechnęła się lekko. Chyba faktycznie stała się troszkę silniejsza.

Przez uśmiech zaczęły się przebijać dwie strużki łez.

- Lino, Amelio, Filio, proszę, ocalcie Varney…. Gourry… wybacz mi, ale nie zdołam dotrzymać obietnicy… Kocham cię… I dziękuję ci za wszystko.

Potem potężna energia wystrzeliła z jej palców i pognała w stronę Xullan i Shyllien.

***

Nagle w laboratorium pojawiła się co najmniej dziesiątka wojowników Ceiphieda odziana w majestatyczne biało-złote uniformy. Natychmiast wyszła im naprzeciw brązowowłosa kobieta. Tuż za nią zatrzepotał długi czarny płaszcz przykrywający długą granatową suknię.

- Fyndel? Co to ma znaczyć? Jakim prawem wparowujecie do pracowni mojego ojca?

- Mamy rozkazy od Rady Seyrun. Pan Archin stanowi niebezpieczeństwo dla Równowagi.

W czerwonych oczach Smoka nie było współczucia, tylko mechaniczność żołnierza wykonującego rozkazy.

Na twarzy Elsevien pojawił się brzydki grymas wściekłości.

- Niebezpieczeństwo dla Równowagi? Niby jak?! Spójrz na niego! Spójrz! - wskazała ręką wychudzonego mężczyznę o zarośniętej, zaniedbanej twarzy i niewidzących oczach, leżącego na podłodze.

- Przykro nam, Elsevien, musimy zabrać twojego ojca do Maezhiran.

- Maezhiran?! To więzienie! Mój ojciec nie zrobił nic złego!

- Prowadził badania, które zostały uznane za niebezpieczne. Na szczęście nikomu nie stała się krzywda. Rada w swojej wspaniałości nie wysyła pana Archina do Ruelzaar. Powinnaś być wdzięczna. Maezhiran odseparuje twojego ojca od wpływów na nurty.

- Chyba sam nie wierzysz w to, co mówisz!

- Elsevien, odsuń się.

- Tkniesz mojego ojca po moim trupie!

W jednej chwili pomieszczenie wypełniło się dwiema potężnymi energiami.

Dwójka przeciwników mierzyła się wrogim spojrzeniem. Nurty zaczęły niebezpiecznie szybko krążyć dokoła.

Nagle całe laboratorium zostało wypełnione duszącą aurą żywiołu ziemi.

- Elsie, przestań, zanim sama zostaniesz aresztowana - rozległ się melodyjny tenor.

- Zelgadis… - Brązowe oczy rozszerzyły się w szoku. Widząc jego sylwetkę, natychmiast opuściła rękę.

Fyndel, wykorzystując zawieszenie broni, podszedł do umęczonego mężczyzny i wziął go za ramię.

- Fyndel, masz być delikatny - warknął Zelgadis, jego postać-chimery wzmacniała niewypowiedzianą groźbę.

- Tak jest - przytaknął Smok nie z szacunku, lecz z lęku.

Gdy zostali sami, Elsevien błagalnie spojrzała w stronę maga ziemi.

- Zelgadisie, zrób coś. Błagam.

W szafirowych oczach pojawił się jedynie smutek.

- Nie jestem w stanie nic zrobić, Elsie. Przepraszam.

- Po zesłaniu Rezo do Ruelzaar jesteś najpotężniejszym wojownikiem tego wymiaru. Jak to nic nie możesz zrobić?! - Stanęła tuż przed nim, mierząc go wściekłym spojrzeniem.

- Tylko tak możemy uchronić Równowagę. Moja moc nie zdominuje nurtów destrukcji…

- I… to wszystko co masz mi do powiedzenia?! Ty, ja, my - to nie ma żadnego znaczenia?!

- Elsie… - Jego oczy zwęziły się nieprzyjemnie. Ton głosu był wciąż łagodny, jednak tliło się w nim ostrzegawcze echo. - Myślałem, że rozumiesz, co to znaczy być Strażnikiem. Przysięgaliśmy chronić Równowagę. Za wszelką cenę.

- To ma być twoim zdaniem Równowaga! Jesteś taki sam jak oni! W dupie mam taką Równowagę! Przyjdzie dzień, że pożałujesz! Przysięgam!

Gorące łzy wściekłości ciekły jej po policzkach. Podniosła dłoń i zamachnęła się.

Zelgadis patrzył tylko na nią w milczeniu, jednak nawet nie zaczął robić uniku.

Patrzyli się tak na siebie przez zdającą się trwać wieczność chwilę.

Po czym Elsevien obrzuciła go nienawistnym spojrzeniem i opuściła laboratorium swojego ojca.


***


Zel? - szepnęła do siebie.

Nie, to nie był na to czas.

Wyciągnęła przed siebie dłonie i wypuściła z nich delikatną, mieniąca się tysiącem barw bańkę energetyczną.

To było to wspomnienie.

Fundament rdzenia zaklęcia Elsevien.

Pieczęć powoli otoczyła cień przeszłości, a następnie delikatnie zamknęła go w swoim wnętrzu.

Właśnie wtedy poczuła pradawny rytm powolnego tańca nurtów pomiędzy Shyllien i Xullan, który coraz bardziej przenikał sieć wrogiego zaklęcia.

Nici najpotężniejszego uroku magii tożsamości rozplatały się bardzo powoli.

Melodia rozpadu nie przywodziła na myśl skocznego mazurka zwycięstwa.

Była to smutna ballada o tęsknocie, żalu i pożegnaniu.

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu

Brak komentarzy.