Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Otaku.pl

Opowiadanie

Dragon Ball - Saiyan Princess

14. Syn Vegety

Autor:Killall
Serie:Dragon Ball, Saga: Androidy
Gatunki:Akcja, Dramat, Fantasy, Fikcja, Mroczne, Przygodowe, Science-Fiction
Uwagi:Utwór niedokończony, Alternatywna rzeczywistość, Przemoc, Wulgaryzmy
Dodany:2013-07-05 09:06:16
Aktualizowany:2026-07-05 18:24:16


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Historia jest w całości dziełem Killall.


Muzyka do opowiadania

Ocknęłam się późnym popołudniem, gdy promienie słoneczne dosięgły mych powiek. Czułam się zmęczona, zupełnie jakbym dopiero co zasnęła. Nade mną stał chłopak od tych cyborgów. Ubrany w szare, luźne spodnie z paskiem o złotej klamrze. Czarnej, obcisłej koszulce i nieproporcjonalnie krótkiej, rozpiętej narzucie w kolorze granatu ze sterczącym kołnierzem. Ziemska odzież była bardzo... dziwna. Przez ramię miał przewieszoną pochwę z mieczem. Nosił pomarańczowe buty za kostkę.

Przypomniało mi się, że dnia poprzedniego, a przynajmniej na to wychodziło, skonfrontowałam się ze swoim bratem. Tylko dlatego, że nie chciałam czekać, aż skończy się rozczulać nad sobą po przegranej walce. Wracając na ziemię, zerwałam się na równe nogi, poszukując wzrokiem księcia.

- Co się stało? - zapytał niebieskooki młodzieniec, widząc moje przemoczone ubranie.

Dostrzegłam Vegetę w oddali obserwującego prawie bezchmurne niebo. Pogoda była zupełnie inna niż poprzednio. Przetarłam zmęczone oczy, głośno ziewając. Nie czułam żadnego bólu, zupełnie jakby nic się wieczorem nie wydarzyło. Dłonie jednak nosiły ślady po kontakcie z KI. Zdjęłam jeszcze wilgotną pelerynę, zastanawiając się przy tym, kiedy ostatni raz jadłam posiłek. Poczułam silny uścisk w żołądku. Usiadłam na pobliskich kamieniach, chcąc zachować resztki energii, a także nie dać po sobie poznać co mi dolegało. Ponownie ziewnęłam, nie zakrywając ust. Czułam się zmęczona, jakbym co najmniej kilkukrotnie ukończyła maraton.

- Nic się nie stało - mruknęłam posępnie, odwracając wzrok.

Fioletowo włosy usiadł naprzeciw mnie, tak jak to poprzedniego dnia uczynił mój brat. Z intensywnością wpatrywał się w oddalonego od nas mężczyznę. Możliwe, że nad czymś myślał. Wyglądał, jakby sam bił się z jakimiś myślami. Im dłużej się mu przyglądałam, tym więcej dostrzegałam podobnych podobieństw z Vegetą. Naprawdę był jego synem. Z przyszłości...

- Wybacz, że cię męczę, ale muszę wiedzieć. Skąd tu się właściwie wzięłaś? - zadał kolejne pytanie młodzieniec.

- Siostra Vegety skąd może niby pochodzić? - Zrobiłam głupią minę do durnego pytania.

- No... z kosmosu - zająknął się, drapiąc za lewym uchem, lekko pochylając głowę w przód.

Spojrzałam na niego z zaciekawieniem, unosząc brwi chyba na pół czoła. Czego tak naprawdę ode mnie chciał? Co potrzebował wiedzieć? Po co były mu te wszystkie informacje? Teraz to ja miałam kilka pytań.

- Dlaczego w przyszłości, z której pochodzę, nic o tobie nie wiem?

- A po co ci to wiedzieć? - rzuciłam bez namysłu, wzruszając ramionami. - Ja ci nie powiem, bo nie wiem.

Podciągnęłam nogi na kamień, by je skrzyżować. Wyciągnęłam się delikatnie w tył i podparłam rękoma. Mój kręgosłup do tej pory skulony potrzebował zmiany.

- Ponieważ jestem synem twojego brata? - odparł po chwili milczenia. - Chociaż jesteś dużo młodsza od niego. Jak?

- I co z tego? - warknęłam, zupełnie nie rozumiejąc jego aluzji. - My, Saiyanie powoli się starzejemy. Nikt ci nie mówił?

- Nie to miałem na myśli - zmieszał się, a jego blade policzki zapłonęły.

Spuścił wzrok, podciągnął kolano ku górze, jednocześnie przyciągając je do siebie. Wydawał się całkiem niegroźny, chociaż jego spojrzenie miał tak samo intensywne co jego ojciec. Za chwilę skierował się ku Vegecie. Cicho westchnął. Gdybym go nie obserwowała, nawet bym nie zauważyła. Co go tak trapiło? Zastanawiało mnie to odrobinę, choć wcale nie musiało. Był w jakimś stopniu moją rodziną. Może właśnie dlatego?

- Na naszej planecie nie ma czegoś takiego jak bariery wieku - postanowiłam kontynuować rozmowę. - Żyjemy na tyle długo, że różnica wieku się po prostu zatraca. Wiesz, o czym mówię?

Niebieskooki spojrzał na mnie z zaskoczeniem, lecz za chwilę jego tęczówki nabrały cieplejszych barw. Chyba się nawet na chwilę uśmiechnął. A może mi się tylko zdawało?

- Mniej więcej - odpowiedział szeptem.

Mój brat miał dziecko, które było z przyszłości. Jak to było w ogóle możliwe? Jakim cudem pojawił się w naszym świecie? To, że pchnęły go do tej decyzji okrutne rządy androidów, już wiedziałam. Jednak w głowie dudniło mi zupełnie inne pytanie; Dlaczego nie wiedział nic o mnie? Czy w jego świecie Sara, księżniczka Saiyan, siostra Vegety po prostu nie istniała? Czy ktoś mi mógł wytłumaczyć, o co tu chodziło?! Trafiłam do jakiegoś chorego świata! Czy nic nie mogło być normalne i proste? Chociażby rok... Czyżby Saiyańska krew przyciągała kłopoty? Od natłoku myśli rozbolała mnie głowa. Chwyciłam się palcami oburącz za skronie, usiłując je wymasować.

- Mówisz, że nic o mnie nie wiesz. Czy to znaczy, że nie ma mnie w twojej przyszłości? - zapytałam.

Postanowiłam jednak podjąć temat. Fakt, że mój rodzony brat miał syna, w dodatku nieczystej krwi było nad wyraz interesujące. Nigdy bym go o to nie posądziła. On dumny, następca tronu Saiyańskiego zbratał się z... No właśnie, z kim? Z Ziemianką? Zawsze był przeciwnikiem mieszania się ras. Wielokrotnie to słyszałam w moim krótkim Saiyańskim życiu na własnej planecie. Później z opowieści Natto, gdy wypytywałam o to, jaki był mój brat. Chciałam mieć o nim jak najszersze pojęcie. Stworzyć w głowie jakieś wyimaginowane wspomnienia, byleby nigdy o nim nie zapomnieć. Mieć jakąś nadzieję, że mnie ocali.

- Nie - odparł krótko. - Moja teraźniejszość, a wasza przyszłość, tak w ogóle. To znaczy teraz już nie, bo ją zmieniłem.

- A Vegeta? - wskazałam na niego palcem. - Co z nim?

Wciąż stał tyłem do nas, podpierając skałę. Wpatrywał się w błękitne niebo, które niczym nie przypominało tego z dnia poprzedniego. Raczej nie słyszał naszej rozmowy, był za daleko. Tylko dlaczego tak sterczał? Wczorajszego dnia robił dokładnie to samo, tylko bardziej gniewnie. Teraz zdawał się taki uśpiony. Odpoczywał? Chłopak podchwycił moje spojrzenie ku księciu i również skierował twarz ku niemu.

- Dopiero tutaj poznałem ojca. - Przyznał cicho, trochę niechętnie, spuszczając głowę. - Dwadzieścia lat wstecz zginął z rąk cyborgów, które zdaje się, widziałaś. Różnica polega na tym, że te tutaj są dużo silniejsze od tych w moim świecie. Przybywając do was za pierwszym razem, nie wiedziałem, że tak namieszam.

Siedziałam chwilę w milczeniu. Musiałam sobie to wszystko poukładać. Cyborgi, Vegety, nie Vegety, czary-mary, podróże w czasie. To wszystko było możliwe? Jeśli zdradziłby mi sekret jak przemierzać czasoprzestrzeń, to mogłabym zapobiec katastrofie na ojczystej planecie? Czy wtedy wszyscy by żyli? Nikt nie musiałby zginąć? Ja nie musiałabym cierpieć?

- Czyli chcesz powiedzieć, że tam skąd pochodzisz, nigdy nie spotkałam Vegety? - pisnęłam z przerażeniem. - To potworne!

Zerwałam się na równe nogi, nie wiedząc, czy uciekać, skoczyć do księcia i sprawdzić jego autentyczność czy zacząć głośno lamentować. To wszystko zdawało się tak nieprawdopodobne! Chłopak wydawał się przejęty moimi słowami, reakcją. Możliwe, że był zmieszany.

- Ale dlaczego? - jedynie to udało mi się wydukać po kilku chwilach.

Wiedza o tym, że moja przeprawa przez ból i poniżenie w jego świecie okazała się fiaskiem, była szokująca. Na samą myśl brakowało mi powietrza w płucach. To nie było sprawiedliwe. Syn Vegety nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Jego także to męczyło jak, bardzo zmieniła się przeszłość. Czy to miało jakiś głębszy sens? Ja zaś myślałam nad tym, co ze mną mogło się stać w tej przyszłości, a zarazem w przeszłości tej pierwszej, której doświadczyła Sara, lecz nie ja. Czy mogłabym się kiedykolwiek tego dowiedzieć?

- Myślę i myślę... Jedyne co mi przyszło na myśl to, to że mnie zabiłeś. - wyszeptałam z goryczą.

Młody mężczyzna spojrzał na mnie z nieudawanym zaskoczeniem. Vegeta wciąż trwał w swojej kamiennej postawie.

- Zabiłeś mnie wraz z Freezerem! - zacisnęłam pięść, mając łzy w oczach. - Jak to możliwe? I to u jego boku… Miałam przecież plan doskonały! Tutaj wypalił! Dotarłam aż tu! Odnalazłam Vegetę.

Jego oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej. W zdumieniu otworzył usta, a jednak wciąż milczał. Może to ja nie dawałam mu dojść do słowa? Miałam w głowie taki huragan, że potrzebowałam wykrzyczeć wszystko, o czym pomyślałam. Nie chciałam, by cokolwiek stamtąd niepostrzeżenie umknęło.

- Jak mogłeś jej, mi to zrobić?! - krzyknęłam już całkiem rozgoryczona. Łzy ciurkiem ciekły mi po policzkach. - On zabił jej rodziców! Cudem uszła z życiem, a ty zabiłeś dziecko, które jedynie chciało odnaleźć swojego brata! Ostatnią osobę, jaka jej w życiu została!

Z każdą sekundą złość zalewała moje ciało wraz z energią, która szukała ujścia. Szybko przeszłam do czynów. W mgnieniu oka zaatakowałam chłopaka. On odskoczył w bok, a ja trafiłam w skałę, na której spoczywał do tej pory. Doskoczyłam do niego ponownie, mając w głowie tak niesamowity mętlik, że po raz kolejny rozbolała mnie głowa. Na początek okładałam go pięściami w tors. Był na wysokości mojej twarzy. Ku memu zdumieniu nie reagował. Nie chcąc się nad tm zastanawiać, naparzałam go pięściami jak oszalała, a on z napiętym jak struna brzuchem stał i czekał, aż skończę. W pewnym momencie rozbłysło się światło, a oślepiająca aura nie tylko mnie pozbawiła chwilowo wzroku, ale i odrzuciła. Upadłam na wciąż mokrą ziemię.

- Zabiłeś ją! Zabiłeś mnie!

Jedyne, o czym w tej chwili myślałam to fakt, że gdzieś inna ja została pozbawiona życia. Pragnęłam, by poczuł mój gniew, mój żal. Nikt mu na pewno nie mówił, że nie żyje w innym czasie! Nie rozumiał, co to znaczy otrzeć się o śmierć. Byłam wściekła, a zarazem przerażona tym faktem. Kiedy postanowiłam przejść do konkretów i utworzyłam w dłoni szkarłatny pocisk KI, Vegeta zareagował. Żadne z nas nie zauważyło, kiedy w mgnieniu oka stanął między nami, trafiając mnie pięścią w brzuch, tak mocno, że złożyłam się na twardej ziemi. Z wrażenia zabrakło mi tchu. Był to drugi raz, kiedy podniósł na mnie rękę. Dzień po dniu!

- Wystarczy - warknął, kończąc cały teatr.

- Ojcze, to twoja siostra!

- Nie wtrącaj się - starałam się wysyczeć, chociaż ból mi to utrudniał.

Wyplułam ślinę, trzymając się za brzuch, podniosłam się, srogo łypiąc na mieszańca. Nie obchodziło mnie czy był synem swego ojca tu i teraz, czy innego już martwego. Jeśli był w stanie mnie zamordować w swoim świecie, to mógł zrobić to tutaj. Nie zamierzałam się poddawać. Pragnęłam żyć za wszelką cenę. Jeśli miałam zginąć to tylko i wyłącznie w walce. Następnie skierowałam wzrok na księcia. Ten, który do tej pory mnie bronił, przestał istnieć. Nic mu nie uczyniłam, a on mnie zaatakował. Byłam kimś gorszym od mieszańca z przyszłości? Zacisnęłam w gniewie szczęki. W oczach ponownie stanęły mi łzy.

- Zmieniłeś się - wykrztusiłam łamiącym się głosem, wypluwając plwocinę.

Jedyny brat, jakiego miałam, nie odpowiedział, tylko tępo spojrzał w ziemię. Miał zaciśnięte pięści. Nie miałam pewności czy był rozwścieczony, czy zdezorientowany. Nie był sobą, a przynajmniej nie tym którego zapamiętałam. To już kolejny raz. Na pewno był moim bratem? Musiał. Co zatem go tak bardzo zmieniło?

- Patrz na mnie, jak mówię do Ciebie! - ryknęłam, a on spojrzał dziwnym wzrokiem.


***


- Jeszcze raz podnieś na nią rękę - wycedził książę. - Ręka ci uschnie mały gnoju.

Vegeta był niewyobrażalnie wściekły. Stał nad mym oprawcą, choć był to tylko o kilka lat starszy dzieciak. Chłopiec, który od niego oberwał pięścią w brzuch, kulił się z bólu na posadzce. Mężczyzna mierzył do niego z dłoni.

- Nie ważne, co zrobi. Nikt nie ma prawa jej tknąć! - wrzasnął. Gotowało się w nim.

Chłopak nie odpowiedział. Bał się księcia. Zdawał sobie sprawę, że miał przechlapane. Gdy postanowił mnie zaatakować, nie przyszło mu do głowy, że w tym ciemnym zaułku mogę zostać ocalona. Miała to być zwykła potyczka między dzieciakami, a jednak oberwałam na tyle mocno, że z ledwością byłam w stanie się podnieść. Wciąż szydzono ze mnie i mojego nieelitarnego statusu w elitarnej rodzinie. Naśmiewano się także z powodu mojego dłuższego pobytu w inkubatorium. Nie było to przyjemne.

Pocieszał mnie jedynie fakt, jak matka wspominała, że cudem przeżyłam. Do tej pory dzieci w tym czasie umierały, a ja dostałam swoją szansę. I ją wykorzystałam. Walczyłam. Z tego powodu mój pobyt w bańce ochronnej był dłuższy niż innych latorośli. Wcale nie czułam się z tego powodu gorsza. Dlaczego inni tak uważali?

Zdenerwowany syn króla wymierzył palcem naładowanym energią w mego oprawcę. Z trwogą oglądałam całe zdarzenie. Sam chłopak nie krył swego przerażenia. Był pewien, że nikt go nie złapie, a mnie nie uwierzą, jeśli postanowię się poskarżyć. Teraz obawiał się o własne życie.

- Geta nie bijaj… - Chwyciłam go za nogę ze łzami w oczach.

Książę spojrzał na mnie tym samym wzrokiem co na Pottao. Tak na imię było chłopakowi. Zlękłam się. Nie lubiłam tego spojrzenia. Było mroczne, przeszywające. Możliwe, że zauważył mój strach, gdyż w chwilę później jego wyraz twarzy nieco złagodniał. Chociaż był cholernie silny, to nie chciałam, by mnie każdorazowo bronił i wymierzał swoją sprawiedliwość. Nie mogłam być tchórzem w tym świecie, w którym już naśmiewano się z mojego kruchego zdrowia. I twierdzeniem, że zasłaniam się starszym bratem jak tarczą. Jako czterolatka ledwo wpuszczona do cywilizacji nie przejawiałam zapędów do przemocy. Godzinne przesiadywanie w towarzystwie niewalczących - według planu królowej - powodowało tę niechęć.

- Masz szczęście, głupcze! - Książę kopnął niedoszłą ofiarę. - Żebym cię więcej nie widział.


***


Saiyanin ponownie odwrócił się plecami do nas. Zauważyłam, iż bardzo się denerwował. Czym? Czy było coś, o czym nie wiedziałam? Chłopak z przyszłości także wydawał się dziwny i chyba wcale nie chodziło o to, co powiedziałam przed chwilą. Ani to, co uczynił Vegeta.

- Nie zabiłem cię w żadnej przeszłości czy przyszłości! - W końcu przybysz zabrał głos. - Śmiem sądzić, że nie dożyłaś dnia, w którym Freezer przybył na Ziemię.

Spojrzałam na przed mówcę z wielkimi oczyma. Może kryło się w tym ziarenko prawdy? Nie pomyślałam o tym. Może umarłam z innego powodu. A może nigdy się nie narodziłam?

- Przypomnij sobie, czy był taki dzień, w którym o mało nie zginęłaś?

Długo nie musiałam się nad tym zastanawiać. Było kilkanaście, a może i kilkadziesiąt momentów, w których otarłam się o śmierć nie tylko przez niesubordynację. Chociaż za darmo także obrywałam. Przeszedł mnie dreszcz i pokręciłam nazbyt szybko głową, próbując wymazać te przykre i irytujące wspomnienia. On naprawdę musiał to robić? Tak, była taka możliwość. Nieskończenie wiele razy.

Podniosłam z ziemi płaszcz i przywdziałam go. Jeszcze raz zwróciłam się w kierunku starszego brata. Nie był on tym Saiyanem, który mnie opuścił. W ogóle nie wiedziałam, kim był. Uniosłam się ze sto stóp nad ziemię. Czułam, że się duszę. Musiałam jak najszybciej się przewietrzyć. Syn księcia obserwował mnie w milczeniu. Z żalem w sercu ruszyłam przed siebie. Ciężko było mi się przyzwyczaić, że mój brat nie był już tym bratem. Z trudem akceptowałam swoją śmierć w innym wymiarze. Nie rozumiałam, dlaczego tak było. Przyspieszyłam. Oczy napełniały się słonymi łzami i w pewnym momencie przesłoniły widoczność. Dodatkowo leciałam dużo szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Fakt, iż stał się istotą bez serca była dla mnie nie pojęta, bo jakoby był zgorzkniały dla świata, dla mnie miał odrobinę ciepła. Teraz go nie było.

Nieoczekiwanie wleciałam na coś i przez chwilę nie chciałam wiedzieć w co. Zresztą było mi wszystko jedno. Było to twarde, a zarazem miękkie. Vegeta mnie tu nie chciał, a ja nie zamierzałam błagać go o nic. Miałam ochotę zniknąć jak Sara z tamtego świata, w którym grasują cyborgi. Głośno zaszlochałam, po czym podniosłam powoli głowę i zobaczyłam go. Złapał mnie w okolicy łokci. Miał pusty wyraz twarzy. Taki sam odkąd mnie ujrzał.

- Ale…

Poczochrał mnie po głowie, lekko wykrzywiając kącik ust. Przypominało to w pewnym sensie grymas, a nie uśmiech, ale mnie to w zupełności wystarczało. Próbował pokazać mi, że gdzieś tam w środku jest ten Saiyanin, z jakim mieszkałam wieki temu pod jednym dachem.

- I nikt więcej cię nie uderzy - szepnął, chociaż możliwe, iż nie bardzo umiał to wypowiedzieć. - Chyba że ja na to pozwolę.

Prawie się rozpłakałam po raz kolejny. Przecież obiecałam sobie, iż więcej tego nie zrobię. Zrobiłam i było mi z tym potwornie źle. Kilkukrotnie zamrugałam, odganiając napływające łzy. Wyszczerzyłam do niego zęby, ciesząc się niezmiernie. Nie musiałam odchodzić, wciąż byliśmy rodziną i wreszcie miałam nie być sama.

- Żyjesz... Jest... Dobrze - wydukał - Dobrze, że jesteś.

Przytuliłam się do niego mocno, a on nawet nie drgnął. Nie objął mnie nawet ramieniem. Jakbym znowu była mu obojętna. Widocznie tak musiało być. Nie wiedziałam, co się wydarzyło w jego życiu, że wyzbył się jakichkolwiek pozytywnych emocji. Jednak to musiało mi wystarczyć. Zresztą przez tyle lat nikt nie okazywał mi uczuć ani ja komukolwiek.

Wróciliśmy do jego alternatywnego syna. Vegeta uważał, że powinniśmy wziąć się do pracy, bo androidy wiecznie czekać nie będą, by nas zniszczyć. Podeszłam do fioletowowłosego nieco zmieszana. Oszczerstwa w jego kierunku były bezpodstawne i było to nad wyraz oczywiste. Ja byłam w gorącej wodzie kąpana, szukając we wszystkich swoich wrogów. Był to przecież mój chleb powszedni. Musiałam się nauczyć, że nikomu ufać nie wolno, jeśli chce się żyć.

- Jak ci na imię? - zapytałam, usiłując ukryć zakłopotanie.

- Trunks. - Wyciągnął do mnie dłoń. - Miło cię poznać.

Nie sądziłam, że aż tak miło. Zdążyłam już pokazać się od tej gorszej strony.

- Sara. - Podałam mu swoją rękę, wpatrując się w nią z uporem maniaka.

Nie byłam przyzwyczajona do tego typu powitań. Nie byłam też gotowa spojrzeć mu prosto w oczy. Nie, kiedy się tak wygłupiłam. Na pewno czas było odłożyć żal z pierwszego dnia pobytu na Ziemi, a raczej w pierwszych ich sekundach. Trunks nie wiedział, kim byłam. Nie miał też świadomości, że przybyłam na tę planetę i nie zamierzam służyć Changelingom. Zaatakował w dobrej wierze i musiałam mu to wybaczyć.

- Czy Vegeta naprawdę ma syna? - zapytałam podejrzliwie. - Czy spowodowane jest to innymi wydarzeniami?

Młodzieniec przez chwilę wydawał się posępny. Po chwili zrozumiałam, że nie mógł tego wiedzieć, bo na samym początku wspomniał, że nigdy nie było mu dane poznać swego prawdziwego ojca. Był niemowlęciem, gdy androidy uśmierciły księcia.

- Och, już się urodziłem - odpowiedział - Mały Trunks ma już rok.

Zrobiłam wielkie oczy. Więc faktycznie byłam spokrewniona z tym mieszańcem zupełnie niepodobnym do rasy Saiyańskiej. Ciekawa byłam, kim zatem była kobieta, która sprowadziła na ten świat tego mężczyznę. Nasza rozmowa szybko dobiegła końca, gdyż Vegeta oznajmił, że czas wziąć się do roboty, bo siła bojowa od durnego gadania nigdy nie wzrośnie. Miał całkowitą rację.

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu

Brak komentarzy.