Tanuki-Czytelnia

Tanuki.pl

Wyszukiwarka opowiadań

Otaku.pl

Opowiadanie

Wammy's House

Czerwony Świat

Autor:Yumi Mizuno
Korekta:Dida
Serie:Death Note
Gatunki:Akcja, Dramat, Kryminał, Mroczne, Obyczajowy
Uwagi:Przemoc, Erotyka, Wulgaryzmy
Dodany:2010-09-28 21:34:08
Aktualizowany:2010-12-19 15:13:08


Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Trzy dni wcześniej

Noc, kolejna noc. Co się ze mną dzieje? Nie wiem... Czasem widzę świat na czerwono, wszystko jak przez szkło, nie, to są raczej magiczne okulary z czerwonym szkłem, twarze ludzi są wyraźniejsze niż kiedykolwiek, słyszę bicia serc dookoła mnie, czasem nawet te napisy, tańczą, skaczą, nad głowami ludzi, a oni ich nie widzą.

Imiona, to były imiona, nazwiska, a pod nimi liczby. Sensu ich nie znałem, czy to były dni, lata, sekundy, godziny? Nie wiem. U ludzi starszych było mniej niż u dzieci, ale to nie było regułą.

Wraz z tym jak pierwszy śnieg spadł na ziemię, postanowiłem sam wybrać się na spacer. Jak zawsze nie mówiłem, że gdzieś się wybieram, bo po co? Wszyscy byli zajęci lataniem po podwórku i rzucaniem w siebie nowymi garściami śniegu. Co nieliczni brali ów miękki biały puch i kładli go pod mikroskopy albo gdzie indziej wciskali to paskudztwo. Wstręt (i to nie mały) czułem bądź co bądź do swojej rodziny, a co za tym idzie też sam do siebie.

Założyłem kurtkę na ramiona i westchnąłem głośno. Tak, znowu, on stał za mną. Doprowadzało mnie to do szału, zawsze bezszelestny, jak mój cień. Nie musiałem się nawet odwracać by na niego spojrzeć.

- Czego? - syknąłem ostro, wkładając w moje słowa tyle jadu ile tylko mogłem.

- Gdzie idziesz? - zapytał się, obracając lizaka w ustach.

- Przewietrzyć włosy - powiedziałem, zakładając czapkę na głowę i chwyciłem za klamkę.

- Iść z tobą? - zapytał się, sięgając po swój płaszcz.

- Niby po co? - Odwróciłem się twarzą do mojego brata. L wyglądał teraz jak zbity z pantałyku.

- Nie mogę? - Uniósł wysoko brwi i zatrzymał się w pół gestu.

- Wyjść tak, iść za mną, nie. - Po tych słowach zniknąłem za drzwiami, mocno nimi trzaskając. Wiedziałem, że nie wywrze to na nim żadnego wrażenia, co jeszcze bardziej doprowadzało mnie do szału.

- B? Dokąd idziesz? - Podbiegła do mnie Purpurowa, uradowana brodząc w śniegu, który sięgał jej po biodra. Uroczo wyglądała w swoim kożuchu. Tak, zdecydowanie ona była jedyną osobą, którą lubiłem spośród grona tej swołoczy.

- Na spacer... - odparłem ochryple, w przeciwieństwie do innych nie powstrzymywała mnie, nie proponowała też (pomimo moich szczerych nadziei), co by dotrzymać mi towarzystwa.

- Wróć cały i zdrowy. Dzisiaj na kolację jest budyń! - zawołała zadowolona, biorąc trochę śniegu w rękawiczki. Dość niezgrabnie szło jej formowanie śnieżki w dwupalcówce jednak w końcu ją ugniotła i wręczyła mi, niby jakiś talizman na otwartą dłoń. Lód poczułem od razu, w zetknięciu się z moim ciepłym ciałem, powoli topniał. - To na obronę przed złymi ludźmi - powiedziała, patrząc na mnie poważnie. Tak, źli byli w jej mniemaniu wszyscy ci, którzy byli spoza naszej rodziny. Choć Watari starannie próbował zmienić jej tok myślenia, ona jednak udawała, że go rozumie, przyzwała rację, przepraszała, a mimo to w poszczególnych zdaniach łatwo było ją rozszyfrować. Posądzała cały świat o śmierć M, która odbiła się na nas wszystkich. Wolne krzesełko zostało do dnia dzisiejszego, lecz nasze wspomnienia i protesty nie przeszkadzały panu Zero szukać nowego M.

Przytaknąłem jej tylko skinieniem głowy i ruszyłem przed siebie. Co ja wtedy myślałem? Po co wychodziłem?! B jesteś durniem i tyle!

Rozmyślając tak tutaj teraz o tym wszystkim. O tym, że mam ją właśnie teraz w ramionach. Że śpi, że ... nie wiem co się ze mną dzieje. Budzi się? Nie, tylko mruknęła. Kamień z serca. Ale wracając, poukładaj wszystko w głowie B.

Skończyłeś myśleć o tym co miało miejsce trzy dni temu, zatem.

Wyszedłem. Ulice Winchester wydawały mi się takie brudne, choć posypane były białym śniegiem. Może to właśnie pozwalało mi wyściubić nos z pokoju?

Wszystko było jak ze snu, tylko te samochody. Warknąłem wkurzony, szukając cichego miejsca. Przechodziłem obok rzeki Ithen. Nawet tam nie mogłem spokojnie rozmyślać. Banda pajaców właśnie zaczepiała bezdomnego pod mostem. Żałosne, pomyślałem i splunąłem z pogardą w ich stronę. Tak jak myślałem (szybko) zmienili obiekt prześladowań, zostawiając bezdomnego, zaczęli wczołgiwać się na most. A ja? Cóż, w prostacki sposób zacząłem biec przed siebie, nie patrząc się za plecy. Tak to było to co zawsze lubiłem, chwile kiedy pięcioro nastolatków ugania się za ośmiolatkiem. Niemal się śmiałem. Biegłem, nie wiem jak długo, kątem oka zauważyłem, że goni mnie już tylko dwóch.

Pomyślmy. Gdyby nie byli półmózgami, zastawiliby pułapkę, lecz z pewnością tamtych pozostałych gdzieś w tyle, a to kolka złapała, a to nuda ogarnęła ich ciałami, wymówek znajdzie się wiele, jak tylko jakiś powód ku temu jest stosowny. Phi, żadne wyzwanie. Nie wiele czekając podbiegłem do policjanta stojącego na rogu. Szybko zajął się nimi, teraz to kot musiał uciekać przed psem, a zadowolona mysz zdobyła ser.

Potem co robiłem? A tak, piekarnia, biblioteka, opustoszały plac zabaw, wszystko to w przeciągu jednego dnia. Na koniec, czując, że zbliża się wieczór, wstąpiłem do bazyliki. Wyrosła piękna, zadbana. Figury świętych z łaskawością i jakoby radością spoglądały na wchodzących. Z troską w oczach. Dziwnie swojsko właśnie tutaj się czułem. Ze świadomością, iż łatwo uciekłem łobuzom i z tym, właśnie z czym?

Zamrugałem kilka razy, i ponownie zobaczyłem świat cały na czerwono, krew mi do głowy uderzyła czy mam za wysokie ciśnienie?

- Witaj synu. - Usłyszałem za sobą głos siostry zakonnej. Była stara i uśmiechnięta, nie pytając o zgodę, usiadła obok mnie, wpatrując się w ołtarz przed nami.

- Coś się trapi? - zaczęła znowu.

- Nic. Nie siostry sprawa - odwarknąłem i natychmiast wstałem. Nie chciałem mieć już nic do czynienia z tym, co się dzieje w moim życiu. Te napisy, te kolory. Wybiegłem. Coś krzyknęła lecz nie słuchałem. Jak oszalały pędziłem ze świadomością, że jestem goniony przez setkę oprychów, takich jak tamci, lecz, gdy popatrzyłem się za siebie, nikogo nie było.

Uciekałem przed kimś. Kim?

To było irracjonalne. Zatrzymałem się i wtedy zobaczyłem, że jestem na moście z początku dnia, mimowolnie, coś mnie pchnęło, by zobaczyć czy starzec jeszcze tam jest. I był.

Nie ruszał się, nie mówił. Nie oddychał. Głowa jego zmasakrowana kijami była na miejscu. Niestety o mózgu powiedzieć tego samego nie mogę. Nienawiść i obrzydzenie teraz to w serce moje się wdarło. Im mocniej nienawidziłem, tym ciemniejsza czerwień przed moimi oczami się pojawiała. W brzuchu zawirowało, fetor ciała był nieznośny, a ja po prostu nie mogłem odejść, jak gdyby nigdy nic. Chciałem pomóc, a zaszkodziłem, a może nie? Może to i tak by się w taki, a nie inny sposób skończyło? Chwiejne kroki w tył, odgłos rzeki, pluskanie, niedobrze, niedobrze mi się zrobiło, inaczej! Nie dobrze mi było od początku, od samego początku, a ja, jak ten osioł, jak ta świnia, pasłem się nowym jadłem, nową wodą poiłem swoje gardło, tylko po co? Co mi to dało? Jedynie, nieopodal trupa. Padłem na ziemię, na czworaka, oddychając głęboko, walcząc z ciałem! Walczyłem i pokonałem, ale jednocześnie przegrałem. Ponieważ śniadanie i skromny obiad jaki spożyłem tego dnia, wyleciał ze mnie, ustami, nosem, niczym wulkan, paliło mnie. Chciałem oddychać, lecz w nosie pozostały jeszcze resztki, a żołądek tym czasem, skoro nie miał już posiłku, zaczął nakazywać memu ciału pozbycie się soków trawiennych, te, paliły niczym ogień moje gardło, Po chwili, która zdawała trwać kilka godzin, podniosłem się. Wytarłem usta i nos w rękaw kurtki i oparłem się. Zacisnąłem dłonie na barierce, pod paznokciami czując jak jej farba odpryskuje i delikatnie wbija mi się w palce.

Potem? Nie wiem. Znalazłem się na dole, chyba zeskoczyłem, bo nie pamiętam bym po schodach schodził.

- Ty stary durniu! - krzyknąłem do truchła, uczucie miałem takie, jak gdyby mi własnego ojca zamordowali. - Dałeś im się, nie zostawiłeś nic po sobie! Nic a nic! - Pięść moja sama się zacisnęła i z trudem powstrzymywałem się by nie zawyć jakoby zwierzę straszliwe. Wyć, jeno wyć mi się teraz chciało, ryk ten jednak nie byłby rykiem rozpaczy, jeno początku na sezon polowań, polowań na człowieka.

Tutaj znowu mi się film urywa. Nie widzę obrazów, dźwięki są jak przez mur wody, zapachy, tak te są wyraźne. Najpierw paliwo... Potem kłucie w mięśniach nóg. Chyba biegłem, znowu. Potem zapach liści... Co? Jakieś szczekanie i płakanie dziewczynki. Tutaj mam mały przebłysk.

Jestem w lesie. Dookoła mnie nikogo nie ma, chowam się za wierzbą, natomiast przede mną ta sama banda chuliganów w stroju policjanta (którego jak mniemam złapali), posuwa jedenastoletnie dziecko. Blondynka płacze, różowe jej ubranie jest teraz w jej własnej krwi i błocie tych co to ją molestują. Nie ma siły, by krzyczeć, płacze jedynie cichutko. Wargi różowe w słowa pomocy się wyginają. Nagle zasłona opada i słyszę wszystko idealnie.

- Jeszcze żyje! - krzyczy jeden.

- Jeeeszcze! Długo nie pożyje! Masz łom? - powiedział inny.

- Mam, łomem? Łomem to tamtego skurwiela pod mostem, może teraz inaczej? - zaproponował pierwszy.

Oni chcieli zrobić jej to samo co tamtemu włóczędze. Zacisnąłem brwi, widok świata dookoła mnie nie pomagał mi, czerwień mogłaby być dobra w nocy, ale nie za dnia, mało co widziałem. Zamknąłem więc oczy i słuchałem dalej.

- O... jeszcze żyje.... Co mówisz mała? Przepraszasz? Kogo? Matkę?! Te stary! Ta mała cipa przeprasza swoją starą!

Tutaj mała jęknęła, bynajmniej nie z rozkoszy, ale z bólu. Najprawdopodobniej jeden z nich podniósł ją za włosy.

- Taka byłaś ładna i czysta, teraz jesteś brudną szmatą - krzyknął jeden do niej i natychmiast rzucił nią o drzewo. O to samo, przy którym ja z drugiej strony siedziałem, lecz dopiero teraz sobie to uzmysłowiłem.

- Puśćcie Azora - mówiła ostatkiem sił, ton jej głosu był zmęczony. Widać, że wiele trudu jej sprawiło wymówienie tych słów. A więc nie martwiła się o siebie, tylko przepraszała matkę, jak i życie zwierzęcia było dla niej bardzo ważne. Anioł. Ona była aniołem. Potem, nasłuchiwałem jak to jeszcze w ciepłym ciele serce szybko bije... Kolejne pchnięcia... Kolejne śmiechy i splunięcia. W końcu opadła na ziemię.

- Zimna już jest - stwierdził jeden i splunął na podrapane ciało małolaty.

- Idziemy do baru - krzyknął zadowolony drugi i oboje ruszyli przed siebie.

Truchło blondynki opadło na ziemię, tak, że bez problemu mogłem patrzeć w jej puste, szklane, fiołkowe oczy. Tak właśnie oto upadł anioł. Mój anioł.

- Sussan Carter... Mogłaś żyć dłużej, to nie tobie tutaj było umrzeć - mówiłem dziwnie spokojnie i dłoń moja po policzku jej powędrowała. Jedwabne, jeszcze nie do końca kobiece, ciało z różowiutką skórką już nigdy nie będzie wesoło pląsać po ulicach miasta, już nigdy nie będzie śmiać się i w przyszłości dzieci płodzić. To ciało nie pozna czym jest przyjemność kontaktu fizycznego, nie pozna wielu smaków potraw, samo nie pójdzie do kina, nie zakocha się, nie pocałuje, nie zapłacze z miłości, nie będzie tańczyło na balu, nie zda egzaminu dojrzałości, nie odda głosu w wyborach, nie doczeka się wnucząt, nie zostanie prawnikiem, piekarzem, listonoszem, lekarzem, nauczycielem. Tak wiele rzeczy ją ominęło, tak wiele rzeczy jej uciekło, tak wiele wspomnień, marzeń, czynności, uczuć, smaków, tak wiele, tak wiele, tak wiele...

Co mną kierowało by wstać, by wtedy się nie ruszać. Strach? Nienawiść? Nie wiem...

Kolejny urywek wspomnień. Noc, krew, siekiera, moja radość i śmiech, a ich krzyki i znowu krew, duszenie się i tonięcie w krwi. Rozkosz i podniecenie we mnie pulsowało. Kiedy skończyłem, coś innego jednak w sercu czułem.

Znajoma brama... Nikogo na podwórku, pewnie przez zimę. I znowu to wspomnienie różowego ciałka na białym śniegu.

- B? - Moje imię oderwało mnie od mętliku. Watari patrzył się na mnie lekko zdziwiony, lecz troskliwy. - Nie było cię przez trzy dni... - powiedział starzec z przerażeniem, a zarazem naganą w jednym zdaniu. Ze schyloną głową począłem biec przed siebie. Znowu uczucie anioła, znowu jest on obok mnie. Przystanąłem.

- Kolorowanki księżniczek? - mówiła zadowolona S, patrząc na mojego anioła.

Anioł lekko zdziwiony popatrzył na mnie. Nie. Po tym co zrobiłem, nie mogła na mnie patrzeć, to by jej zaszkodziło.

Poszedłem do pokoju, umyłem się i oczywiście, rozmawiałem z Watarim. Powiedziałem mu wszystko, jak nigdy, chciałem się wyżalić, nawet nie pamiętam w jaki sposób. Chyba krzyczałem, chyba wariowałem. Potem on przyprowadził mojego anioła, te dziewczynę. Usiadła na moim łóżku i przyglądała mi się z troską.

Czy to był zły sen? Bardzo bym chciał. Chciałbym by to wszystko było koszmarem.

Jestem wariatem. Jestem psychopatą. Leżę teraz tutaj, ona w moich ramionach, anioł w ramionach diabła. Czy nie może być gorzej? Jęknąłem i wtedy w drzwiach widzę Watariego. Udało się bym razem z nią czasem do szkoły chodził, a L chce być ze mną. Drań jeden. Przygląda mi się teraz inaczej. On wie? Ale jak?

Stojąc przed autem czekałem na Watariego, kiedy nagle usłyszałem za sobą jego głos

- Wczoraj znaleziono cztery zmasakrowane zwłoki, najprawdopodobniej chłopców. Na 70% zmierzali do baru. Dalej, ślady ludzkie i ciało dziewczynki zgwałcone i poturbowane. Wiem, że nie chciałeś tego. Ale kara to kara. Ty musisz ponieść swoją - mówił ostro, surowo, nigdy nie czułem na sobie jego karcącego wzroku. - Ale ja ci ją wymierzę, bracie - ostatnie słowa wypowiedział dobitnie i wsiadł do auta. Stałem w osłupieniu jakiś czas.

- B? - Mój anioł wyjrzał z okna, śmiejąc się. - Wskakuj, bo ci ucieknę! - zachichotała.

Bez słowa wsiadłem do auta. By zaraz po jakimś czasie zobaczyć wylęgarnię takich, jakich najprawdopodobniej zabiłem. By stanąć ze złem. By ochronić ją. By istnieć. Nie żałuję, nawet jak to ja ich zabiłem, należało im się. Lecz czy byłbym wstanie zabić? Te dywagację będę musiał odrzuć na później. Idzie nauczycielka Fiołka.

Poprzedni rozdziałNastępny rozdział

Ostatnie 5 Komentarzy

  • Skomentuj
  • Pokaż komentarze do całego cyklu

Brak komentarzy.